Ten artyku czytasz w ramach bezp豉tnego limitu

W moim liście chcę na swoim przykładzie opisać totalną beznadzieję, w jakiej żyje dziś wykształcony młody Polak. Wiem, list jakich wiele. Ale cóż, takie czasy. Abyście mogli Państwo uzmysłowić sobie, o jakiej beznadziei mowa, pokrótce opowiem swoją historię. Otóż jestem absolwentem dziennych studiów na Uniwersytecie Warszawskim: licencjat z czwórką z plusem na dyplomie (stosunki międzynarodowe), magisterium z piątką na dyplomie (studia amerykanistyczne). Niestety, jestem humanistą! Po skończeniu studiów w Polsce udało mi się zrealizować moje marzenie, studiowanie za granicą. We wrześniu ubiegłego roku zostałem studentem historii amerykańskiej na Uniwersytecie w Edynburgu. Jednakże, przyznam szczerze, z powodu ogromnej tęsknoty za domem (moja eskapada do Szkocji była przedsięwzięciem indywidualnym), po krótkim czasie wróciłem do Polski. I był to chyba największy błąd mojego życia. W Polsce moje wielkie nadzieje zderzyły się z rzeczywistością.

Po powrocie do kraju sądziłem, że potencjalni pracodawcy dostrzegą we mnie to nieuchwytne i enigmatyczne "coś". Dlaczego mieliby tego nie zrobić? Moim zdaniem wniosek nasuwa się sam: skoro był dobrym studentem na prestiżowej uczelni, to zapewne będzie też dobrym pracownikiem. Oczywiście nie chcę powiedzieć, że jestem wspaniały i jedyny w swoim rodzaju. Zdaję sobie sprawę z własnych niedoskonałości. Ogólnie jest we mnie więcej wątpliwości we własne siły niż wiary w siebie. Znam ludzi, którzy są ode mnie bardziej elokwentni, błyskotliwi, zaradni, przebojowi. Niemniej jestem inteligentny, pracowity, szybko się uczę. Zatem moje pytanie brzmi: czy lata spędzone w książkach, bycie sumiennym i odpowiedzialnym uczniem i studentem poszły zupełnie na marne? Czy jedynym stanowiskiem odpowiednim dla humanisty jest praca w recepcji, często za najniższą krajową? Czy do odbierania telefonów i sortowania poczty potrzebne są studia wyższe? Proszę mnie źle nie zrozumieć, nie uważam, żeby taka praca była uwłaczająca, jednakże po skończeniu studiów ambitny młody człowiek chciałby podjąć pracę, która w choćby niewielkim stopniu zaspokajała jego chęć samorealizacji, nie wspominając już o finansowej niezależności.

Brak doświadczenia

Pracodawcy wymagają, aby młody człowiek miał skończone studia (broń Boże humanistyczne!) i miał do tego co najmniej 5 lat doświadczenia. Oczywiście nie twierdzę, że jest to niemożliwe, jak najbardziej jest. Ale jak studiować na dziennych i pracować? Coś kosztem czegoś. Wielu z moich znajomych ze studiów pracowało. Niestety, śmiem twierdzić, iż wynieśli oni ze studiów o wiele mniej ode mnie. Byli wiecznie nieprzygotowani i ledwo zdawali egzaminy. Jaki więc sens było studiować? Czy studia nie powinny być intelektualną przygodą, podczas której poszerzamy swoje horyzonty i zgłębiamy zagadnienia, które nas pasjonują? Poza tym, czy moje harowanie podczas studiów pracą nie było? Czy to, że wolałem poczytać książkę w bibliotece, a nie parzyć klientom kawę w Starbucksie skreśla moją szansę na znalezienie teraz godziwej pracy? Być może to wina moich rodziców, którzy zamiast łożyć na moje utrzymanie, powinni byli kazać mi iść do pracy?

Dodam, że nie jest dla mnie zbyt przekonujące twierdzenie, mówiące, że wszystkiemu winna jest niekompatybilność szkolnictwa wyższego i rynku pracy. Uczelnie wyższe nie są szkołami zawodowymi. Moim zdaniem studia mają poszerzać horyzonty, nie przygotowywać do konkretnego zawodu (z pewnymi wyjątkami). Jedyne, co można zarzucić polskiemu szkolnictwu wyższemu, to to, że samo na własne życzenie zdeprecjonowało tytuł magistra. Dziś każdy jest magistrem, czy to nie jakiś obłęd? Pani w sklepie za ladą skończyła marketing i zarządzanie, stolarz technologię drewna, recepcjonistka w hotelu hotelarstwo i turystykę. I w równej mierze za taki stan rzeczy odpowiada Wyższa Szkoła Gotowania na Gazie w Pcimiu (bez urazy pcimianie), jak i Uniwersytet Warszawski. Niech mniej zdolni i pracowici studiują w Pcimiu, a bardziej utalentowani i posiadający większe samozaparcie studiują na UW. Czy naprawdę ponad 1000 miejsc na Wydziale Prawa i Administracji UW zostanie w tym roku obsadzonych przez umysły prawnicze pierwszej wody?

Beznadziejne warianty

Jako osobie wykształconej bez doświadczenia zawodowego (nie zaliczam do niego saksów w Zjednoczonym Królestwie ani bezsensownych praktyk podczas studiów) pozostaje mi kilka mało zachęcających wariantów:

1. Płatny staż w grajdole vs. bezpłatny staż w dużym mieście.

 

Pewnie, mogę iść na płatny staż do Urzędu Skarbowego w moim mieście (dodam, że na umowę śmieciową). Ale co mi po tym? Czy zdobędę to magiczne doświadczenie? Nie oszukujmy się, specyfika każdej pracy jest inna i to, że będę przekładał papiery z miejsca na miejsce, nie pomoże mi w późniejszym znalezieniu pracy. Mogę też iść na bezpłatny staż do jakiejś prestiżowej instytucji w dużym mieście. Jeśli dostanę wsparcie finansowe od rodziców, to z Bogiem sprawa. Ale czy wszyscy mogą sobie na to pozwolić? Mogę też wydać wszystkie moje oszczędności, żeby się utrzymać. Ale czy efekty takiego stażu będę wymierne? Czy komuś zaimponuje to, że zrobiłem staż w kancelarii premiera, skoro nikomu nie imponuje, że dostałem się na Uniwersytet w Edynburgu?

2. Praca poniżej swoich oczekiwań za minimalną krajową.

 

Tak jak wspomniałem wcześniej, jedynym stanowiskiem, do którego mógłbym aspirować, jest praca w recepcji. Oczywiście nie jest też pewne, że takową pracę bym dostał, bo nie mam przecież doświadczenia. A jeśli dostanę, to czy się za nią utrzymam? Może i tak. Ale nie będzie to życie, a jedynie przeżycie. Wiem, od czegoś trzeba zacząć, ale byłoby cudownie, gdyby można było z tego godnie żyć. Czy wymagam wiele? Pewnie tak, ale wymagam też od siebie, więc chyba mam prawo. Poza tym mieszkam w Unii Europejskiej, a nie w Bangladeszu.

3. Wolontariat/praca za granicą.

 

Taki EVS - supersprawa. Pakuję swoje rzeczy i jadę na lotnisko. Ale znalezienie organizacji chcącej przyjąć wolontariusza jest równie trudne jak znalezienie pracy. Praca za granicą, nawet za minimalną krajową, daje godne życie, ale trzeba jeszcze mieć odwagę, żeby jechać samemu i w ciemno. Ja już jej nie mam.

4. Studia podyplomowe/doktorat.

 

Również można się pokusić, jednak czy jest sens?

Jak widać z powyższych rozważań, nietrudno się dziwić, dlaczego zarówno mnie, jak i wielu innych moich rówieśników, ogarnęła apatia i niechęć do dalszych poszukiwań i robienia czegokolwiek. Szczerze powiem, że wyczerpał mi się już entuzjazm, który zaraz po doświadczeniu jest drugim ulubionym słowem pracodawców. Skoro brak mi i jednego, i drugiego.

Mogę stanąć na rzęsach albo, jak to powiedział Aleksander Kwaśniewski, "Mogę zaśpiewać i zatańczyć, tylko po co"? Jedno, za co dziękuję losowi, to moi rodzice, którzy mimo że mam 25 lat, chcą mnie nadal utrzymywać.

Czytaj ten tekst i setki innych dzi瘯i prenumeracie

Wybierz prenumerat, by czyta to, co Ci ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakuj帷e reporta瞠 i porady ekspert闚 w sprawach, kt鏎ymi 篡jemy na co dzie. Do tego magazyny o ksi捫kach, historii i teksty z medi闚 europejskich. Zrezygnowa mo瞠sz w ka盥ej chwili.