Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Pracuję w szkole ponadgimnazjalnej. Codziennie biorę udział w teatrzyku, o którym pisze prof. Hartman. Jako szkolny psycholog obserwuję zmagania sfrustrowanych, wypalonych nauczycieli z uczniami, których większość wykazuje naukowo-życiową aktywność na poziomie zombi.

Profesor Hartman pisze: "Nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie twierdził, że brak nauki prawa w szkole jest przemyślanym i usprawiedliwionym wyborem. To po prostu bezmyślność i ignorancja". Podzielałam ten pogląd, z pobłażaniem spoglądając na moich kolegów pedagogów rozwijających przeczące mu teorie spiskowe.

Nauczyciele i uczniowie jak stopniowo gotowane żaby

Od pewnego czasu nie jestem już taka pewna, czy jednak nie mają racji? Poziom nauki i związany z tym poziom wiedzy absolwentów kończących szkołę jest tak rozpaczliwy, że coraz częściej myślę, że to nie może być dziełem przypadku! Teoria, jakoby młodzi ludzie ogłupiani byli celowo, ponieważ odmóżdżeni nie będą stanowić kłopotu, łatwiej nimi sterować etc., naprawdę nabiera przerażającego sensu.

Choć jeszcze bardziej przerażająca jest koncepcja, że aktualny stan rzeczy jest efektem zaniedbania i bezmyślności odpowiadających za niego decydentów. Coraz częściej zastanawiam się, czy nie jestem wraz z kolegami po fachu i naszymi uczniami niczym te żaby z anegdoty, gotowane stopniowo. I właściwie wobec nadciągającej katastrofy już nawet nie ma znaczenia, czy woda jest podgrzewana celowo, czy po prostu ktoś z gapiostwa pozostawił garnuszek na gazie...

Bo tu przecież nie chodzi tylko o szkołę, edukacyjno-biurokratyczną hydrę, w której od dawna już nikt nikogo nie wychowuje i coraz rzadziej ktoś kogoś czegoś nauczy.

Problem jest nie tylko natury wychowawczej, ale i egzystencjalnej. I nie jest on związany ze szkołą i młodzieżą. To jest problem z naszą wspólną przyszłością, która kreuje się już teraz, która rośnie wraz z naszymi dziećmi. Za 20 lat stanie się teraźniejszością. Teraźniejszością pełną niedouczonych lekarzy, nauczycieli ignorantów, dyletanckich inżynierów...

Nie zgadzam się z profesorem, który twierdzi, że "jako biurokratyczny kosmos [szkoła] może pozwolić sobie na byt samodzielny, oderwany od rzeczywistości". Szkoła jest na swój ekonomiczno-administracyjny sposób bardzo mocno zakorzeniona w tej rzeczywistości. W dużej mierze to właśnie jest powodem jej dezintegracji i upadku.

Rycerze Zakonu nawracający mieczem i ogniem

Co się powinno zatem zmienić? Oświata musi uciec spod presji ekonomicznej. Nie może być tak, że przy każdej radzie klasyfikacyjnej wypływa ten sam problem. Należałoby usunąć, nie promować, nie klasyfikować ucznia X. Takich uczniów są jednak dziesiątki i nie możemy przecież zatrzymać czy usunąć wszystkich, bo musimy z kimś pracować. Przelicznik jest jasny: jedna klasa równa się jeden nauczycielski etat. Tych etatów i tak jest z roku na rok coraz mniej. Idea ideą, ale trzeba jeść i nakarmić rodzinę. Poetyka kaganka oświaty przegrywa z prozą życia. Dopóki szkoła, czyli dyrektor i nauczyciele, będą musieli wybierać między jakością pracy a możliwością pracy w ogóle, wynik będzie przesądzony. Oczywiście nie chodzi o to, aby ekonomię całkowicie od szkoły odseparować. Albo żeby pompować w oświatę pieniądze wbrew ekonomicznej logice.

Wciąż nie ma sensownego i wiarygodnego systemu weryfikacji pedagogicznych umiejętności nauczycieli. System awansu zawodowego zupełnie się nie sprawdza. Powtórzył status quo tych najbardziej zasiedziałych i najpilniejszych w prowadzeniu dokumentacji. Najlepszy nauczyciel to taki, który posiada talent księgowego w zarachowywaniu tabelek i zestawień. Ci wypadają najlepiej na rankingach. Niestety w konfrontacji z uczniami nie radzą sobie już tak dobrze.

Ciało Pedagogiczne to zwarte szeregi uzbrojonych, przeszkolonych, gotowych do boju nauczycieli, którzy niczym Rycerze Zakonu gotowi są nawracać mieczem i ogniem małoletnich pogan, niepodzielających poglądu, jakoby "Słowacki wielkim poetą był!".

Ci rycerze przygotowani do tradycyjnych potyczek utknęli obecnie w pełnym osłupienia zaskoczeniu. Zbombardowani zostali technologią, na którą ani mentalnie, ani technicznie nie są przygotowani. Nieliczni próbują się dostosować, poznają nowe narzędzia. Większość nadal wymachuje mieczykiem i tarczą. Wielu po prostu się poddało. Karta nauczyciela chroni ich przed zwolnieniem. Niestety, w ten sposób blokują miejsca dla tych, którym jeszcze się chce i nadążają za współczesną technologią. W ten obszar właśnie powinna wkroczyć ekonomia.

Prawdziwy świat nie działa na zasadzie guzików on/off

Kolejny, wspomniany przez prof. Hartmana absurd. Obowiązek nauki do 18. roku życia! Po co trzymać młodych ludzi w szkołach tak długo?! Szkoła jest skansenem, który nie przystaje do prawdziwego życia. Kiedy rozmawiam z 16-17-latkami, oni fantazjują beztrosko: przeniosę się do wieczorówki i pójdę do pracy. Ale do jakiej pracy pójdziesz? - pytam. Masz wykształcenie gimnazjalne, co możesz robić? Będziesz wykładał puszki na półkach w hipermarkecie?

Obrusza się. Bo przecież świat czeka na niego z otwartymi ramionami! Nawet jeśli ich matka jest bezrobotna, ojciec pracuje za tysiąc dwieście, siostra wyjechała i wróciła z Anglii bez żadnych kokosów, on wciąż wierzy, że na niego gdzieś tam czeka ciepła posadka. Żyje w ciepełku i jest nieustannie oszukiwany. Cały świat wokół funkcjonuje dzięki guziczkom on/off, a pizzę można zamówić online. Młodzież loguje się do życia w realu dokładnie na tych samych zasadach, na jakich loguje się do gry komputerowej. I wylogowuje się w dowolnym momencie, gdy jest to dla nich wygodne. Funkcjonując w takim świecie, nie sposób się przygotować na poszukiwanie i wykonywanie realnej pracy. Więc kiedy po roku spotykamy się w tym hipermarkecie, wykłada te puszki. Chrząka pod nosem: "Miała pani rację"... Niektórzy wtedy wracają do szkoły i z już innym nastawieniem zabierają się do nauki. Może tego im trzeba? Może ten proces należy przyspieszyć? Może powinni wrócić do hal fabrycznych, z których ich 100 lat temu wyciągnęły pozytywistyczne siłaczki? Może "wykopki w czynie społecznym" wcale nie były takim złym rozwiązaniem?!

Przy okazji Maratonu Pisania Listów Amnesty odkryłam, że moi uczniowie nie potrafią zaadresować koperty! Żeby było jasne. Nie potrafią też poprawnie skonstruować oficjalnego maila! Mówimy o znajomości i umiejętności zastosowania algorytmów i wzorów, kurtynę milczenia spuszczając na kreatywność, zdolności werbalne i inne tzw. kompetencje kluczowe, których podobno uczy obecnie szkoła.

Jak uczy? "Przeciętny absolwent liceum nie wie ani połowy tego, co zakładają sobie programiści w odniesieniu do absolwenta szkoły podstawowej" - tu się całkowicie zgadzam z prof. Hartmanem. Zgadzam się także co do postulatu, że szkoła powinna zmienić formułę i to drastycznie. Ale dorzuciłabym od siebie, że chyba wszyscy wokół powinniśmy zmienić formułę, bo poza murami szkoły wcale nie jest lepiej!

Jest pomysł, ale brak puenty

Próbując wydobyć się z anachronizmu, szkoła proponuje wspomniane przez prof. Hartmana "wyjścia". Nie bardzo rozumiem, dlaczego w świecie, w którym produkuje się śpiewające kucyki i sikające lalki, nie można wyprodukować interaktywnych albo po prostu użytecznych pomocy naukowych, które uatrakcyjniłyby lekcje. Dlaczego trzeba pokonywać setki kilometrów, aby dostać się na edukacyjną wystawę interaktywną z prawdziwego zdarzenia.

Dzięki niezmordowanym wędrówkom z własnymi dziećmi wiem, że oferta edukacyjna dla przedszkolaków jest imponująca. Muzea, teatry, i wszelkie instytucje prześcigają się w zaproszeniach. Pięcio-, sześciolatek to wdzięczny obiekt, bo z natury ciekawski, otwarty i doprowadzony przez rodzica stanowi idealny obiekt obróbki. Z 10-latkami jest trudniej. Konia z rzędem temu, kto znajdzie ciekawą ofertę dla 13-latka! (Chwała całej ekipie Uniwersytetu Dzieci! który jeszcze daje radę ). Powyżej 15. roku życia - pustynia! Okazuje się, że kondycja naukowa instytucji skądinąd powołanych do jej krzewienia jest doprawdy żałosna! Nawet tam, gdzie ktoś miał pomysł, zabrakło puenty. Jak w tym PRL-owskim budownictwie: może i projekt nie był taki zły, ale że nasypali więcej piasku niż cementu...

Fantastyczna wystawa "Wszystko jest liczbą" z Collegium Maius, przemyślana, pięknie zaaranżowana. Niestety, obecne na sali, przesympatyczne panie kustoszki, są tylko pilnowaczami. Nikt nie pomoże młodzieży rozwiązać zagadki, nie wyjaśni zależności. Cała para w gwizdek. A współczesny 17-latek zachowuje się jak 7-latek: porusza, pomaca, wprawi w ruch i jeśli go ktoś nie zatrzyma, poleci dalej. Podobna wystawa w Hewelianum w Gdańsku. Trochę już nadgryziona zębem czasu, ale wciąż ciekawa. Warsztaty dla młodzieży w sali sąsiadującej z tą fascynującą wystawą: nudne, prowadzone niekompetentnie, po prostu szkolne! We wrocławskim Humanitarium na 22 (sic!) oferty warsztatów tylko dwie skierowane do młodzieży ze szkół ponadgimnazjalnych.

Dlaczego?! Tajemnice ciała, fizjologii, biochemii ich nie dotyczą?!?

Czytam wraz z 13-letnią córką książki dla młodzieży, aby być na czasie. Pojawia się ich mnóstwo. Na "Harrym Potterze" świat się na szczęście nie kończy. Dlaczego szkoła nie sięga po aktualne tematy? Zwłaszcza że młodzi nie czytają. Muszę się mocno nagimnastykować, aby zachęcić własne dzieci, bo sam przykład zaczytanych rodziców niestety nie wystarcza. "Spotkanie nad morzem" - lektura czwartoklasistów - jest strzałem w kolano dla całej mojej kampanii proczytelniczej. Trudno jest zachować lojalność wobec takiej szkoły. Z jej bylejakością, prowizorką, hipokryzją. Niestety te zarzuty nie dotyczą wyłącznie szkoły. Cała rzeczywistość wokół jest podobna!

Nie dam się ugotować, skaczę

Ale nie chcę dać się ugotować! Jak te żaby. Działam. Poszukuję własnych dróg pracy z młodzieżą. Uspołeczniam poprzez wolontariat, socjalizuję poprzez działalność w samorządzie uczniowskim, umożliwiam samopoznanie na warsztatach, rozbudzam ciekawość poznawczą w klubie naukowym.

Z anegdot o płazach bliższa mi jest ta o żabach uwięzionych w garnku ze śmietaną. Jedna się utopiła. Druga skakała tak długo, aż ze śmietany ubiła masło i odbijając się z utwardzonego gruntu wyskoczyła na zewnątrz.

Skaczę więc, ile sił. Zachęcam, a czasem zmuszam, do skakania swoich uczniów. Czasem się tylko martwię, czy to "zewnątrz" jest tego warte? Czy ten nasz garnuszek oświaty nie tkwi w całym morzu śmietany...

PS Po napisaniu tych słów poszłam na debatę organizowaną przez Społeczną Akademię Kultury Jacka Żakowskiego, nowego projektu Europejskiej Stolicy Kultury Wrocław 2016. Jeśli o oświacie będziemy dyskutować w tak merytoryczny i zaangażowany sposób, możliwe, że uda się wypracować całkiem nowy model, który przystawałby do współczesnych oczekiwań i potrzeb. Kolejna debata odbędzie się 12 czerwca br., Wrocław, Nowe Horyzonty

Co o tym sądzisz? Napisz: listydogazety@gazeta.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.