Prof. Hartman pisze z pozycji wkurzonego, zmęczonego i zawiedzionego nauczyciela, co nie odbiera jego wywodowi wiarygodności, wręcz przeciwnie.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Z tekstu profesora Jana Hartmana przebija skrajne rozczarowanie systemem edukacji czy jego produktami, a więc po prostu absolwentami, uczniami. Tak, JEGO uczniami, co z dozą złośliwości starali się wykazać Piotr Pacewicz czy Marek Beylin .

Sam, będąc tegorocznym maturzystą, mogę stwierdzić, że młodzi ludzie nie zachwycają ambicją czy poziomem wiedzy. Niedawno moja znajoma jednym tchem oświadczyła, że "Ferdydurke" to bzdurna książka, z której nic nie zrozumiała, i zapowiedziała, że zamierza studiować kulturoznawstwo. O zgrozo.

Z równym przerażeniem wysłuchiwałem relacji dwóch znajomych studentów filozofii na renomowanym uniwersytecie ze zdawania przez nich ustnego egzaminu ustnego. Jakie szczęście, że egzaminator podpowiadał co drugie słowo, jakie szczęście, że przymykał oczy na trzymaną pod stołem ściągę. Podobnie wyglądają egzaminy moich znajomych na fizjoterapii czy zarządzaniu, o których opowiadają mi podczas niekończących się okienek i zwolnień.

W mojej humanistycznej klasie licealnej może z sześć osób na trzydzieści sięgało po nieobowiązkowe książki. Ale nic w tym dziwnego, skoro same lektury czytała zaledwie garstka uczniów. Sam z resztą omijałem przestarzałe molochy jak "Nad Niemnem" czy "Potop". Zresztą, czy to jest miarodajnym wyznacznikiem inteligencji ucznia? Ilości wkładanej przez niego pracy w siebie?

Po co komu "Potop"?

Na jednej z lekcji omawialiśmy esej prof. Mikołejki, który ubolewał w nim nad "zastąpieniem kondycji pielgrzyma kondycją turysty". Podczas niemrawej dyskusji w klasie nikt z nas nie wpadł chyba na to, że ta diagnoza dotyczyć też może systemu szkolnictwa. Może czas pielgrzymstwa i wielkich narracji się skończył, a nastał czas turystów, niszowości, małych narracji?

Dlaczego niemożność przebrnięcia przez "Potop" miałaby kogoś intelektualnie dyskwalifikować? Nagle okazuje się, że moi koledzy, w których na co dzień nie ma widocznego intelektualnego wigoru, piszą skrycie jakiegoś bloga, którego odkrywam i czytam z wypiekami na twarzy.

Nagle okazuje się, że niepozorny chłopak w bluzie z kapturem zna stolicę każdego państwa na świecie i potrafi oszacować odległości między nimi z dokładnością do tysiąca kilometrów. Ktoś napisał książkę, ktoś kilka piosenek, ktoś angażuje się w sport i stara się łączyć to z nauką. Czy to wszystko jest mniej warte niż ich znajomość "Potopu"?

Tej strony swoich uczniów profesor Hartman zapewne nie zna. Nie wiem, czy szkoła pomogła im w zdobyciu tych oryginalnych umiejętności, ale wiem, że mimo iż intelektualnie nie muszą błyszczeć i wpasowywać się w odgórne programy, to nie są tylko dziećmi "leniwymi i niezdolnymi".

Dlaczego szkoła powinna najlepiej kształcić najmłodszych?

Dużo rozczarowań i dużo niespodziewanych zachwytów - ta zasada obowiązuje również w stosunku do nauczycieli, tutaj jednak zdecydowanie z przewagą na stronę negatywną. Spotkałem w swojej dotychczasowej edukacji mnóstwo nauczycieli nadużywających swojej władzy, zakompleksionych, anachronicznych. Jedna z nauczycielek powiedziała naszej klasie otwarcie na pierwszej lekcji, że jest tutaj z przypadku, a historią, której nas ma nauczać, średnio się interesuje. Ci kreatywni i chętni do współpracy mają zaś ręce związane programami.

Czy radą na to wszystko jest szkoła specjalizacji, którą proponują i Hartman, i Ken Robinson, i właściwie wszyscy zabierający głos w sprawie reformy edukacji? Możliwe, choć jest to rozwiązanie szalenie radykalne.

Czy to będzie właściwe, jeśli mój kolega nauczy się szacować nie tylko odległości między stolicami, ale również pozna łączące je stosunki polityczne i odbywające się między nimi wędrówki prądów morskich kosztem umiejętności wyliczenia domowego budżetu? Czy to będzie właściwe, jeśli ci piszący piosenki czy wiersze nauczą się to robić jeszcze lepiej, ale nie będą wiedzieli, gdzie jest Krym, a gdzie Korea? Na te pytania nie potrafię odpowiedzieć.

Wiem tylko, że zarówno rygorystyczne podejście Hartmana, który pragnąłby nauczać młodzież filozofii i prawa, jak i pobłażanie i socjaldemokratyczna wyrozumiałość Beylina i Pacewicza, broniących przed rozdzielaniem ludzi na tych "do szkoły i do łopaty", to wypowiedzi z pozycji subiektywnej. Zarówno pierwszego, jak i drugich muszę rozczarować - szkoła to na razie olbrzymi tygiel, powolny moloch, nadwerężona do granic własnych możliwości konstrukcja, w obrębie której tańczymy wszyscy - zarówno nauczyciele, jak i uczniowie - taki chory taniec naprzemiennej pospolitości i miernoty oraz nagłych, niespodziewanych i sporadycznych wybuchów oryginalności i inteligencji.

I z racji społecznego rozwarstwienia jest to bodaj najbardziej sprawiedliwy stan rzeczy. Ale nie najbardziej efektywny, więc wieszczona na lewo i prawo "starość szkoły" jest chyba faktem, a jej koniec (w obecnym kształcie) jest nieunikniony. Czy w tym paroksyzmie da się jeszcze coś zdziałać w obrębie tego modelu?

Wydaje mi się, że postawiliśmy edukacyjną piramidę na głowie. Że mnożą się kierunki studiów i uczelnie, które nie reprezentują żadnego poziomu i są kpiną z wykształcenia wyższego, a szkoła podstawowa i kolejne stopnie edukacji traktowane są jak kamienie, po których trzeba jak najszybciej przeskoczyć, żeby dotrzeć do dyplomu.

Tymczasem uważam, że powinniśmy poświęcić najmłodszym więcej uwagi, zaoferować szeroką ofertę kształceniową, zająć się rozwojem od najmłodszych lat, tak żeby uczniowie na poziomie szkoły średniej dysponowali już dużą dozą samodzielności i żeby im wystarczyło "rzucić" garść specjalistów, z których wycisną to, co im potrzebne, i którzy tym, co im potrzebne, dzielić się będą chętnie i jak najlepiej.

Czekamy na wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Czytaj teraz

Przydatne linki

Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
    "Tymczasem uważam, że powinniśmy poświęcić najmłodszym więcej uwagi, zaoferować szeroką ofertę kształceniową, zająć się rozwojem od najmłodszych lat, tak żeby uczniowie na poziomie szkoły średniej dysponowali już dużą dozą samodzielności i żeby im wystarczyło "rzucić" garść specjalistów, z których wycisną to, co im potrzebne, i którzy tym, co im potrzebne, dzielić się będą chętnie i jak najlepiej." To jest jak najbardzij trafne spostrzeżenie. Moja córka poszła do szkoły jako sześciolatka. Trafiła na fajną choć wymagającą nauczycielke, ktora mimo że była nieco "przerażona" że przyjdzi jej pracować z sześciolatkami jakoś dała radę ;) i teraz uważa że jest to klasa najlepsza w całej jej nauczycielskiej karierze. Warto w uczniach pielęgnować ciekawość świata i korzystać z tego że dieci od najmłodszych lat naprawdę chcą uczyć się nowych rzeczy. Cały tekst: wyborcza.pl/1,95892,13955318,Maturzysta__Szkola_to_tygiel__w_ktorym_miesza_sie.html#ixzz2U0bwTXL5
    już oceniałe(a)ś
    9
    1
    Też nie przeczytałem "Potopu". Nie trafił do mnie w odpowiednim czasie, a potem to już lepsze książki czytałem. Zarówno historyczne jak i SF (nie wiem w której kategorii mieści się "Potop"). "Dlaczego niemożność przebrnięcia przez "Potop" miałaby kogoś intelektualnie dyskwalifikować?" Nie dyskwalifikuje intelektualnie - dyskwalifikuje kulturowo. "Potop" należy do kanonu polskiej kultury. Więc jeśli ktoś "czuje miętę" do polskiej kultury szlachecko-patriotyczno-narodowej to czyta "Potop" i domaga się od innych, aby też czytali. Ja akurat do tej grupy nie należę. "W mojej humanistycznej klasie licealnej może z sześć osób na trzydzieści sięgało po nieobowiązkowe książki. " A to jest już porażka, ale nie znam przyczyn. W mojej bardzo ścisłej klasie licealnej (mat-fiz, dużo olimpijczyków) wszyscy czytali książki nieobowiązkowe.
    @xiv "Dlaczego niemożność przebrnięcia przez "Potop" miałaby kogoś intelektualnie dyskwalifikować?" Nie dyskwalifikuje intelektualnie - dyskwalifikuje kulturowo. Nieee, nieznajomość kanonu dyskwalifikuje kulturowo, ale nieumiejętność przebrnięcia przez -- lekką w końcu! -- lekturę to już problem intelektu.
    już oceniałe(a)ś
    1
    0
    "Sam Z RESZTA omijalem przestarzale molochy... Potop" Dalej nie czytalem. Przypomniala mi sie historyjka o Napoleonie i armatach
    @mamula66 Bo " Potop" to trzeba czytać w podstawówce/gimnazjum - to przecież taka beletrystyka.
    już oceniałe(a)ś
    3
    0
    @uutek Nie o Potopie pisalem
    już oceniałe(a)ś
    1
    0
    @mamula66 Tak, mający się za mądrzejszego chłopaczek, dumny, ze ramot nie czyta, wali ortografa, że oczy bolą :D
    już oceniałe(a)ś
    2
    1
    Nie jest tak, że wyższe rejestry wiedzy zdobywa się przy pomocy lektur czy zadań, które lubimy i są na naszą miarę i gust szyte. Wręcz przeciwnie prawdziwy postęp osiągniemy jeśli nauczymy się rozwiązywać zadania, problemy które są dla nas trudne lecz mimo to z mozołem próbujemy je pokonać. Również to dotyczy lektur, filmów, muzyki i każdej dziedziny kultury. Po to wymyślano kanon, żebyśmy teraz mogli na skróty z tego korzystać. Powtarzam na skróty. Kanon to jest coś obowiązkowego. Nawet jeśli się obawiam: czytam, oglądam , słucham. Można ominąć jakieś dzieło ale proszę wierzyć, najmądrzejsi czytają najwięcej. Proszę też nie tłumaczyć sobie, że coś nie jest dla mnie na przykład muzyka poważna. Trzeba dawać sobie szansę aż nadejdzie taki moment, że zrozumiecie wielkość dzieła. To się zawsze opłaca jeśli chcemy się rozwijać.
    już oceniałe(a)ś
    4
    0
    Mający poczucie bycia "tym lepszym" maturzysta w bardzo łatwy sposób siebie usprawiedliwił, pisząc: "Sam z resztą omijałem przestarzałe molochy jak "Nad Niemnem" czy "Potop"."- i już mi się dalej jego czytać nie chciało. Skąd wie? Bo tak mu powiedzieli? Czy różni się od koleżanki, która idzie na kulturoznawstwo, a "Ferdydurke" nie czai? Pomijam, że Trylogię po raz pierwszy przeczytałam jako 12-latka, zachwyciła mnie wtedy- być może nie jest do lektura do liceum w natłoku innych przedmiotów, bo jest pojemna - ale taka wypowiedź, ze chłopczyk WIE, z góry wie, że to ramota?
    @marzeka1 nie wybrzydzaj na niego, bo sama może nie czytałaś jakichś pozycji literatury, które były kanonem w poprzednim pokoleniu a pokolenia, które jeszcze nadejdą - narzucą pewnie znowu inne kryteria znak czasu, stety i niestety...
    już oceniałe(a)ś
    1
    0
    Tak, tylko jak czegoś nie czytałam, nie wypowiadam się z tak dużą pewnością- bo on nie czytał "Potopu", a koleżanka chociaż tę "Ferdydurke" przeczytała, chociaż niewiele zrozumiała. I tak niby kanon się zmienia, ale gdy lata temu myślałam o polonistyce, to w liceum poszukałam sobie różnych list typu "100 największych dzieł literatura światowej" i po kolei czytała :D (fakt, nie wszystko do końca)- do dziś pamiętam, że listę zaczynał tekst z antyku: Apulejusz "Metamorfozy, czyli złoty osioł". Potem była lista noblistów itp.
    już oceniałe(a)ś
    2
    0