Zgadzam się z panem, że młodych trzeba uczyć logiki, trzeba uczyć mądrości, wiedzy o ludzkiej seksualności. Trzeba im mówić, skąd biorą się bogactwo, bieda, poniżenie i wielkość. Ale - na litość boską - nie trzeba w tym celu zamykać szkół
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Pan profesor Jan Hartman daje w ostatnich czasach w rozmaitych miejscach wyraz swoim frustracjom wynikającym z jego doświadczeń dydaktycznych.

W "Polityce" (nr 19 z 2013) napisał , że "próżność i samooszukiwanie to wielka siła utrzymująca uniwersytet przy życiu" oraz że "grzechem śmiertelnym jest prostytucja akademicka polegająca na ordynarnym frymarczeniu oświeceniową i XIX-wieczną umysłowością inteligencką".

"Długopazurzaste i wymalowane studentki i tak z tej umysłowości niczego nie pojmą, gdyż pojmować nie chcą" - po takich deklaracjach wybitnego filozofa i etyka z bliskiej mojemu sercu Almae Matris, czyli Uniwersytetu Jagiellońskiego (najlepszej podobno uczelni w tym kraju), nie pozostaje mi nic innego, niż ukręcić sobie stosowny sznur i spektakularnie powiesić się w uczelnianej toalecie.

Sukces nauczyciela?

Kilka dekad mojej pracy dydaktycznej okazuje się przecież "profestytucją", wszyscy moi studenci, magistrowie, licencjaci i licencjatki (powinienem pisać odwrotnie, bo moja macierzysta firma, czyli krakowski Uniwersytet Pedagogiczny, jest całkowicie sfeminizowana) to dzieło mojej dwulicowej, sprzedajnej, sprostytuowanej, zakłamanej do bólu działalności.

Zajmuję się teorią literatury, filozofią i socjologią mediów, a więc moje wykłady, konwersatoria i seminaria dotyczą mniej więcej tego samego, co tak boleśnie dotyka profesora Hartmana. I doskonale wiem, że wiedza o Derridzie, de Manie, McLuhanie i de Kerckhovie na nic się moim słuchaczom nie przyda. Kobiety urodzą dzieci, niektóre odnajdą swoje szczęście na zmywaku w Londynie; faceci będą czesać kasiorę, zajmą się gangsterką lub staną pantoflarzami gotującymi zupki i podcierającymi tyłki swojej progeniturze.

Tak, panie profesorze! Tak jest!

Tak było zawsze: nikt z nas, pedagogów, nie może liczyć na natychmiastowy, szybko weryfikowalny sukces. Zresztą - ten sukces nigdy nie da się zmierzyć, wyważyć, zbadać. Zapewne większość tych, których pan spotkał na swoich zajęciach, myślowych zakrętów Derridy nigdy nie pokonała (co zresztą nie dziwi!); czy jednak nie odczuwał pan żadnej, ale to żadnej satysfakcji, że ludzie ci, po latach spotkani, są po prostu dobrymi, fajnymi ludźmi?

Czy nie pomyślał pan, że te godziny, jakie pan z nimi spędził, zostały w nich - nawet zredukowane do kilku kwadransów - w postaci przekonania, że coś wiem, czegoś dokonałem (dokonałam)? Że spotkałam (spotkałem) człowieka, który chciał mi coś dać (a o znaczeniu kultury daru pana jako etyka i antropologa przekonywać chyba nie muszę), nawet jeśli nie był do końca przekonany, że to ma sens? I że to spotkanie uczyniło mnie odrobinę lepszym, jeśli nawet nie mądrzejszym?

Wejście w kulturę to przymus

Mnie jednak jako nauczyciela akademickiego z bardzo długim stażem, związanego z uczelnią kształcącą pedagogów/nauczycieli, boli bardziej to, co napisał pan w "Gazecie Wyborczej" o polskim szkolnictwie generalnie .

Kwestionuje pan, mianowicie, sens istnienia tego szkolnictwa. Z wieloma pańskimi diagnozami zgadzam się w całości, z innymi częściowo, ale dużo po prostu odrzucam.

Albo pana wywodów nie zrozumiałem, albo przedstawił je pan w sposób niejasny. Pisze pan np.: "Szkolnictwo powszechne w obecnym kształcie jest dziewiętnastowiecznym przeżytkiem. Kulturowym i politycznym. Jeśli działa do dziś, to tylko mocą biurokratycznej inercji i obezwładniającej hipokryzji. Machina szkolna produkuje bowiem nie tylko zastępy nauczycieli, urzędników oraz, rzecz jasna, absolwentów szkół, lecz również narkotyzującą propagandę własnych sukcesów i chwałę resortową".

Znów nie muszę pana przekonywać, że nabywanie kultury, wejście w nią, związane jest z pewnym przymusem. Owszem - nawet jeśli większość z nas nie czytała "Ferdydurke", to wie, że najbardziej znienawidzona postać nauczyciela stamtąd pochodzi. Tym też kieruje się wiele przekazów medialnych dotyczących szkoły, szkolnictwa, nauczycieli. Nauczyciele to podli frustraci, często pedofile, alkoholicy, stare panny i śmierdzące naftaliną kostiumiki.

Dobrze jest propagować akcję "Matura to bzdura", wykrywać jakieś błędy w arkuszach egzaminacyjnych i sprawdzać, czy wybitni intelektualiści lub celebryci byliby w stanie rozwiązać testy maturalne na poziomie podstawowym. Przynajmniej przez miesiąc media będą miały tematy na scoopa.

W takiej atmosferze nie da się zbudować zaufania do szkoły, która jest - czy pan tego chce, czy nie - narzędziem przymusu. Ale nikt lepszego narzędzia na inkulturację nie wymyślił. Z takim przymusem mamy do czynienia od pierwszego niemal oddechu: nie robi się kupy tylko wtedy, gdy się nam chce, i tam, gdzie się nam chce.

A dziewczynek nie bije się, choćby zrobiły nam dużo złego. Cywilizacja - i pan to doskonale wie - oparta jest na przymusach. Szkoła zaczyna się w rodzinie, w grupie rówieśniczej, w międzyludzkich kontaktach.

Kto i jak oceni, że "dziecko jest leniwe"

Boli mnie w pańskich wywodach jeszcze coś innego. Pisze pan: "Naszym obowiązkiem jest dać szansę na naukę każdemu dziecku, które chce się uczyć i ma po temu zdolności. Wyrównywanie szans edukacyjnych to sprawa honoru. Bez tego nie ma sprawiedliwego społeczeństwa. Ale zmuszanie dzieci leniwych i niezdolnych (a w dodatku jeszcze źle wychowanych) do siedzenia latami w szkole to absurd i udręka dla wszystkich".

Pomieszał pan wszystko. Równość szans edukacyjnych to nie "sprawa honoru". To sprawa gwarantowana konstytucyjnie. Zostawmy to jednak: co znaczy "dziecko leniwe"? Co znaczy "dziecko niezdolne"? Kto to ma osądzać? W czasie mojej pracy nauczycielskiej spotykałem ludzi, którzy - teoretycznie - nie powinni osiągnąć niczego, niekiedy nawet wchodzili w konflikty z prawem. Ale dziś są kimś, nawet w mikrowymiarze.

Znam kilku co najmniej doktorów w mojej branży, którzy jako studenci budzili we mnie niechęć. Zupełnie nie wiadomo kiedy, w jakich okolicznościach, odnajdywali jakąś ścieżkę, która zaprowadziła ich na bardzo wysokie pozycje. Czy dlatego, że wydawali się kiedyś "niezdolni" i "leniwi", należy zlikwidować szkoły?

Przez długie lata walczyliśmy z moją życiową partnerką o przyszłość dziewczyny wywodzącej się z patologicznego środowiska, z małej podkarpackiej wsi. Pisała wiersze, pochłaniała lektury, malowała, robiła wszystko, żeby wyrwać się z tego, co ją otaczało na co dzień. Niestety, pokonał ją rak mózgu. W tej walce spotkała ludzi - z tego samego podkarpackiego środowiska - którzy byli gotowi na wszystko, żeby jej pomóc: nauczycieli, pedagogów szkolnych i księży. Tak, panie profesorze: księży. Oni także dla wielu mediów są betes noires, łatwym celem do ataku.

Wiem, że wielu absolwentów, także mojej uczelni, nie powinno nigdy trafić do szkół jako nauczyciele, tym bardziej jako wychowawcy. To moja wina - jako profesora tej uczelni i jako, w szerszym wymiarze, humanisty.

Radość edukowania

Ale czy jest to powód, by stwierdzać z tą siłą perswazji: szkoły należy zamknąć? Każda generalizacja, co dla pana jako filozofa, etyka powinno być oczywistą oczywistością, jest fatalna. To pokonało w XX wieku wielu filozofów.

Przez lata pracy dydaktycznej doświadczałem satysfakcji, gdy rozpoczynałem zajęcia: spośród trzydziestu osób na sali przynajmniej cztery podejmowały ze mną dyskusję, wiedziały, o czym mówię, i były zainteresowane. I to dla nich w ogóle ruszałem się z domu, przygotowywałem prezentacje, sugerowałem lektury.

Moi koledzy, logopedzi, dokonują niekiedy cudów, by dzieci, na których postawiono krzyżyk, wydobyć z głębokich kryzysów. To są dzieci z autyzmem, z powikłanym zespołem Aspergera. Nauczyć je mówić, nauczyć potrzeby kontaktu ze światem, niekiedy wyrwać - czasami dosłownie: z gardła - artykułowane dźwięki to ogromne zadania. Ostatnio w mediach sporo o chłopcu z USA, który po zwalczeniu głębokiego autyzmu studiuje fizykę kwantową i upatruje się w nim przyszłego noblisty.

Rozumiem: przeciw generalizacjom stawiam przypadki wyjątkowe. Ale dzięki temu, że istnieje coś takiego jak szkoła, istnieje w ogóle szansa, by wydobyć z czeluści takie właśnie wyjątki. Czy nie odczuwał pan nigdy radości, że któremuś z pańskich studentów coś się udało, chociaż miał pan przeświadczenie, że to głąb, że niczego nie chce, że nic go nie interesuje?

Zgadzam się z panem, że to, czego stara się uczyć dzisiejsza szkoła, jest anachroniczne - dowiodły tego tegoroczne egzaminy maturalne. Powiem więcej: ci spośród uczniów, tak chętnie odpytywani przez dziennikarzy i deklarujący swoje lekceważenie wobec przedmiotów humanistycznych i miłość do rzeczy "ścisłych", wcale tak biegli ani w matematyce, ani w fizyce nie są. To są deklaracje, a nie rzeczywiste preferencje. Istniejemy bowiem w kulturze deklaratywnej, powiedzenie czegoś komuś niewiele kosztuje.

Napisanie czegoś na FB czy Twitterze też. Inflacja deklaracji ("kocham", "uwielbiam", "fascynuję się") jest przerażająca. W dyskursie publicznym, w tym medialnym. Uczenie patriotyzmu na nowelkach pozytywistycznych, a nawet na wierszach Baczyńskiego, jest śmieszne. Ale jeśli zapyta pan o patriotyzm, to przecież nie usłyszy pan nic ponad kilka banałów wykutych do egzaminu. Ale czyj to problem? Ich czy po prostu systemu uczenia?

Prawo Ohma na pewno do niczego?

Doskonale pan wie, jak wygląda to w szkolnictwie wyższym. Od kilku lat jesteśmy jako pracownicy naukowi zmuszeni do wypełniania setek dokumentów świadczących (mających świadczyć?) o wymaganiach, poziomie kształcenia, wiedzy i wiadomościach, jakie nasi studenci powinni posiadać lub posiąść. Zajmujemy się zatem deklaracjami, bzdurami, które nie ewokują niczego poza stosami papierów. Ale czy to oznacza, że jeśli zlikwidujemy pewną infrastrukturę, dzięki której jakaś forma komunikacji między uczącymi i uczonymi jest generalnie zagwarantowana, to poprawimy wszystko?

Uczenie we wszystkich szkołach - od najbardziej podstawowych po wyższe - jest od lat chore. Chore jest we wszystkich aspektach: od oceny uczniów po uczenie i ocenianie nauczycieli.

Ma pan rację: żyjemy w przestrzeni hipokryzji, absurdów biurokratycznych, zachowań, które niczego wspólnego z ideałami szkoły, akademii nie mają. Nawet w czasach "słusznie minionych" takiego spiętrzenia bzdur nie widziałem.

Kończyłem, podobnie jak pan, szkoły w owych czasach, a jednak boli mnie, kiedy pisze pan z taką pogardą o nauczycielach np. fizyki, którzy usiłowali wtłoczyć we łby średnio wrażliwych na te sprawy wychowanków prawo Ohma.

Do niczego w moim zawodowym życiu ani prawo Ohma, ani prawo zachowania masy, ani gaz doskonały Gay-Lussaca mi się nie przydały. Nie przydały mi się też rozmaite koncepcje społeczeństwa, gospodarki, nawet Boga, śmierci, istnienia. Jest we mnie - podobnie jak zapewne w panu - osobliwa nadwyżka wiedzy czy umiejętności, których nigdy nie uda się panu spożytkować, a która jest (w sensie fenomenologicznym) tylko dlatego, że przekazali ją panu i mnie jacyś inni ludzie, których udało mi się spotkać.

W tej śmiesznej (dla pana) instytucji zwanej szkołą. Moja szkoła, w dawnym pruskim sądzie, posadowiona w małym mazurskim miasteczku, prowadzona przez ludzi kształconych w przedwojennych standardach, uchodziła za jedną z najlepszych w kraju. Jest wśród jej absolwentów co najmniej kilkunastu profesorów, w tym specjalności cenionych nawet za oceanem. W młodości zapewne byliby ocenieni jako głupi, niezdolni, leniwi i kiepsko wychowani. Ale tej nadwyżki zbędnej wiedzy nie traktuję jako kuli u nogi. Przeciwnie - cieszę się, że ją posiadam, chociaż nie muszę wykorzystywać.

W życiu akademickim, jak pan wie, bywa różnie. Życie to jest poddane dziwnym standardowym ocenom. Cieszę się, że akademia, w której pan pracuje, jest najlepsza w Polsce. Miło to słyszeć, chociaż do Ligi Bluszczowej jej bardzo daleko. Ale czy to znaczy, że należy ją likwidować? Czy należy likwidować szpitale, w których umarli jacyś ludzie? Czy należy likwidować służbę zdrowia tylko dlatego, że jakimś lekarzom nie udało się uratować czyjegoś życia? Czy należy zlikwidować Kościół dlatego, że są w nim kapłani niegodni sprawowania swojej posługi? Czy należy zlikwidować państwo, bo kierują nim ludzie nieudolni, leniwi, skorumpowani? I proszę mi nie wmawiać, że przejąłem się hasłem wypisywanym na bramie zbuntowanej stoczni w Gdańsku: "Socjalizm tak, wypaczenia - nie".

Fascynacja ideą "dostosowania usługi do klienta"

Z pańskiego tekstu emanuje fascynacja ideą "kastomizacji" - to brzydkie słowo, ale nic lepszego do głowy mi nie przychodzi. Ukute od angielskiego "customization", czyli dostosowywania jakiejś oferty, usługi do wymagań klienta. To m.in. idea Sieci 2.0: myślisz, chcesz, masz. Świat budowany przez odbiorców. Świat informacji, idei, wiedzy. Świat, w którym nie będzie żadnych przewodników, żadnych budowniczych narracji wiodących, żadnych gatekeeperów, ustanawiaczy agendy dnia.

Otóż w pewnych branżach taka fascynacja dostosowywaniem oferty do potrzeb klienta (w naszym przypadku ucznia, studenta) jest niebezpieczna. Tak, zgadzam się z panem profesorem, że od tego, ilu studentów wykształcimy, nie zależy liczba miejsc pracy dla nich. Zgadzam się, że panuje w Polsce wiara w to, że wyższe wykształcenie chroni od pracy łopatą i że "praca mięśniowa", jak mawiał Brzozowski, gorsza jest niż praca mózgowa. Niemniej wolę dobrego tynkarza czy hydraulika od kiepskiego filozofa czy teoretyka literatury.

W swoim tekście nie wspomniał pan słowem o demontażu polskiego systemu oświatowego, który zaczął się w czasach rządów AWS. Rozwalono wtedy system szkolnictwa zawodowego, rozwalono system względnie dobrych matur, poszedł do kosza cały system rekrutacji na studia (bo nowe matury otworzyły drogę na studia ewidentnym nieukom).

Teraz, nieśmiało, zaczyna się wspominać o potrzebie odtworzenia szkół zawodowych, restytuowania zawodów, o których istnieniu zapomniano (bo kto by zawracał sobie głowę naprawą butów, skróceniem spodni czy regulacją zegarka!). A przecież nie każdy w tym kraju musi być biegły w Derridzie, de Manie czy Kierkegaardzie. Nie każdy musi być filozofem, specem od mediów czy kulturoznawcą albo dziennikarzem czy piarowcem.

Zgadzam się też z panem, że młodych trzeba uczyć logiki, trzeba uczyć mądrości, wiedzy o ludzkiej seksualności. Trzeba im mówić, skąd biorą się bogactwo, bieda, poniżenie i wielkość. Ale - na litość boską - nie trzeba w tym celu zamykać szkół, wyrzucać na zbitą twarz wszystkich belfrów (bo, jakkolwiekby na to spojrzeć, my obaj także doświadczylibyśmy wtedy ziemskiej grawitacji).

*Zbigniew Bauer, dr hab. prof. Uniwersytetu Pedagogicznego im. KEN w Krakowie

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Czytaj teraz

Przydatne linki

Więcej na ten temat
Komentarze
Zaloguj się
Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
"Skoro szkoła umarła, to nas, nauczycieli, wyrzucą na zbitą twarz" ----------------------- Zaś przerzucenie szkół pod kuratelę gmin bardzo w tym pomoże - to była naprawdę baaardzo starannie przemyślana decyzja... A jeśli jeszcze gminni urzędnicy mają na pieńku z nauczycielami, wykazują przeogromną gorliwość w rozliczaniu placówek oświaty. To przecież takie polskie...
polska edukacja jezt na zalosnym poziomie, mam 3 matury, studiowalam w roznych krajach wiec wiem czym rozni sie polski system edukacj od swiatowej i podstawa jest fakt, ze w Polsce nie uczy sie racjonalnego myselnia. caly system jest beznadziejny, nakazuje uczniom wykuc na pamiec bzdury, ktorych nikt nie bedzie pamietac - w dobie internetu znalezienie faktow nie ejst problemem- problemem jest umiejetnosc analizy i wykorzystania tych faktow by moc wyrobic sobie zdanie na kazdy temat. W Polsce zamiast skupic sie na umiejetnosci wykorzystania i analizy wiedzy, skupiaja sie na jej odtwrzaniu i potem dziwicie sie, ze Polskie uczelnie w ogole nie pojawiaja sie na swiatowych rankingach, nikt nawet nie rozumie co to jest plagiat, a potem sie dziwic, ze 30% spoleczenstwa wierzy w zamach smolenski i glosuje na PIS. jaka edukacja tacy przedstawiciele...
Traktując tezę "szkoły trzeba zamknąć" jako zaproszenie do ich obrony, pokazania przykładów wartości obecnego systemu, słyszy się: innego systemu nie mamy, młodzi ludzie w nim są kształceni. Smutne, bo pokazuje ile samouwielbienia i podejścia "moje jest mojsze" słyszy się w momencie jakiejkolwiek krytyki, z pozostałymi tezami nikt nawet nie raczy podjąć dyskusji. Moje wrażenie jest takie, że to właśnie sprzedawana uczniom kultura musi się zmienić, co w czasach globalnej wioski i tak nastąpi.
Między oświatą a edukacją jest różnica. W historii Polski były okresy, w których była oświata i okresy, w których była edukacja. "Takie będą Rzeczypospolite, jakie młodzieży chowanie." >>> www.eioba.pl/a/402x/oswiata-czy-edukacja-jest-roznica
Bład w tytule;wyrzuca sie na zbity PYSK,a nie twarz.
@sop3 czlowiek kulturalny wyrzuca "na twarz"
Ten Pan niczego nie zrozumiał; obecna biurokracja uniwersytecka cos daje - trzeba pisac sylabusy; trzeba wykazywać się publikacjami; trzeba poddawać siebie ocenie. Panu powyżej dedykuję mój najnowszy felieton; o wiele ostrzejszy niż prof. hartmana felieton o baranach blogi.newsweek.pl/Tekst/spoleczenstwo/671479,polska-edukacja-na-dnie-proba-diagnozy-%e2%80%93-swinie-psy-ogrodnika-i-nosorozce.html Polski system edukacyjny generuje „potężną nierównowagę edukacyjną”. 80% społeczeństwa nie jest w stanie konsumować kultury „lekko-wysokiej”; nie jest w stanie uczestniczyć w dyskursie publicznym. Z drugiej strony, mamy wikipedystów i blogerów, którzy produkują elitarne teksty kultury, wymagające, dla swojej recepcji ze zrozumieniem, wysokich kompetencji intelektualnych.
Ostre ale dobre i zawiera bardzo pprawdziwy opis dynamiki relacji społecznych związanych z nauczaniem.
Na zdjęciu studenci podczas wykładu? To jest jakiś babiniec!
"są po prostu dobrymi, fajnymi ludźmi" Oczywiście, jasne, na pewno! Tylko do tego na nic im wyższe wykształcenie. I o to k.. chodzi!