Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Po opublikowaniu tekstu Olgi Szpunar o pułapkach wyprzedaży odezwała się czytelniczka, która pracuje w centrum handlowym.

"Pułapki wyprzedaży" z punktu widzenia sprzedawcy

Z artykułu wyraźnie wynika, że autorka po prostu nie ma, ani też nie chce mieć pojęcia, jak wygląda praca w sklepie, ani jak potrafią się zachowywać klienci. Sama pracuję w salonie znanej sieci w centrum handlowym, gdzie mieszczą się sklepy typu outlet. Promocje i przeceny trwają więc właściwie cały rok. Nigdy nie spotkałam się z takimi nieuczciwymi praktykami, jak podawanie niższej ceny produktu, zawyżanie pierwszej, etc. To jest naganne i nie ma co do tego wątpliwości.

Zdarza się natomiast, że pracownicy obsługi (których jest po prostu za mało, jak na salon tej wielkości) źle ometkują towar. Zdarza się to rzadko. Zresztą zasada jest wtedy prosta. Towar musi być sprzedany za cenę, jaka widnieje na metce.

Natomiast znacznie częściej zdarza się, że to właśnie klienci po przymierzeniu, rzucają odzież gdzie popadnie. Przymierzoną rzecz można, nawet trzeba, oddać obsłudze. Z jakiegoś powodu klienci preferują przerzucenie jej przez wieszak czy powieszenie na dowolnie wybranym stojaku, bądź też rzucenie byle jak na półkę, stolik, albo nawet na ziemię.

Taka odzież często zostaje pozbawiona metek, nierzadko uszkodzona. Najczęściej posiada oderwane elementy, jest ubrudzona podkładem lub szminką klientki. Jest rozciągnięta albo popruta przez młode, spragnione markowych towarów za grosze panie, które dawno już się w rozmiar M nie mieszczą się, ale zdają się o tym nie pamiętać. Codziennie zdarzają się osoby wchodzące do sklepu z goframi, lodami, obwarzankami, które lądują później na posadzce. Bądź co gorsza, na sprzedawanych ubraniach.

Czy uczciwe jest świadome zostawienie rzeczy przez siebie uszkodzonej, której nikt później już nie kupi?

Nie zliczę też ile razy klienci to nas podejrzewali o oszustwo i chęć sprzedawania rzeczy uszkodzonych, znajdując taki towar w sklepie. Zadaniem obsługi jest posprzątać i jeśli trzeba, zabrać taki towar z sali sprzedaży. W momencie, kiedy w sklepie jest dwadzieścia osób, a pracowników dwóch, a ich zadaniem jest równocześnie praca kasjera, obsługa klienta i pilnowanie porządku, to tak, można nie dać rady odwiesić wszystkiego na czas i tak się zdarza.

Pisze pani, że chłopak z Zary spojrzał na panią jak na osobę, której nie udało się kupić tanio ładnego swetra. Myślę, że ten chłopak mógł osiągnąć już taki poziom mizantropii, spędzając codziennie wiele godzin w centrum handlowym i mając do czynienia z klientami, że powinien się przekwalifikować. Ale prawda jest taka, że ta praca u każdej osoby, prędzej czy później spowoduje wypalenie.

Większość klientek/klientów wykłócających się przy kasie, to właśnie osoby, które mają nadzieję, że uda im się kupić ładną rzecz jeszcze taniej. Jest kryzys, zaciskamy pasa, ale przecież jeśli kogoś nie stać, nie musi robić zakupów w sklepach znanych marek!

W sklepach wyprzedażowych nieco żenujące jest wykłócanie się o rabat, kiedy dana rzecz jest już i tak kilkadziesiąt procent przeceniona. Ale taki obecnie panuje trend. Konsumpcja ponad wszystko. Musimy posiadać. A nawet jeśli nie możemy, to jeździmy w niedzielę do galerii z całą rodziną. Nieważne, że dziecko ma dopiero roczek (albo i nie), niech się już uczy. Pochodzimy po sklepach, podotykamy.

Tak na marginesie, dla sklepu każde przejście przez "bramkę", to zarejestrowane wejście klienta, który widnieje później w statystykach, jako ten, który wszedł, ale zapewne z powodu nieudolnej obsługi nic nie kupił. Sprzedawca ma problem. Ląduje na dywaniku u kierownictwa. Czemu tyle wejść, a utarg taki niski. Ale to już inna sprawa.

I to, co się obserwuje w centrach handlowych w weekendy, to jest dramat. To, jak wygląda obecnie model spędzania wolnego czasu polskiej rodziny. Dobrze, że wychodząc z pracy, można to zostawić za sobą i że na spacerze spotyka się jeszcze ojców beztrosko zjeżdżających z dziećmi na sankach. To przywraca wiarę w ludzi. Ale nie mnie oceniać styl życia innych.

Ostatnia kwestia. Autorka pisze, o wzajemnej przyzwoitości. Ja bym jeszcze dodała zrozumienie, życzliwość i uśmiech. Mam jednak wrażenie, że oczekuje się tego od sprzedawcy w stosunku do siebie samej, ale w drugą stronę to nie działa?

I tak właśnie jest. Od lat powtarzamy "klient nasz pan" i jest wiele osób, które naprawdę uwierzyły, że tymi "panami" są i dają to odczuć pracownikom obsługi.

Czemu w Polsce nie mówimy o kulturze klienta? O ostrożnym obchodzeniu się z towarem, o nie śmieceniu, o zwracaniu uwagi swojemu dziecku, które właśnie zaczyna beztrosko demolować witrynę sklepową? O szacunku dla pracowników sklepów? Anna

Dziennikarka "Gazety Wyborczej" odpowiada

Dziękuję za list. Pozwolę się jednak z panią nie zgodzić. Po pierwsze, jako klienta, nie powinno mnie obchodzić, że w sklepie jest bałagan. To nie moja sprawa, że pracowników jest za mało, czy, że są słabo opłacani.

Gdy popełnię błąd w tekście wynikający np. z tego, że muszę pisać jeszcze trzy inne, bo inni dziennikarze przebywają na urlopach, czytelników w ogóle to nie obchodzi. I nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby się w ten sposób z tego tłumaczyć. W takiej sytuacji piszę sprostowanie i wszystkich przepraszam.

Po drugie, pisze pani, że zabrakło z mojej strony życzliwości i uśmiechu. Absolutnie nie byłam niemiła w stosunku do obsługi. To raczej chłopak zza lady parskał i wzruszał ramionami, nie rozumiejąc o co mi chodzi. Jak napisałam w tekście - traktował mnie jak babę, która wykłóca się o 70 zł za sweter. Grzecznie wytłumaczyłam menadżerce, że to co robią jest wprowadzaniem klientów w błąd. Ta podziękowała za uwagę, ale jak wiem, nic do dziś w tej kwestii w sklepie nie zrobili. Czyli, mówiąc kolokwialnie, sprawę olała.

Po trzecie, pisze Pani, że sklepy rzadko uciekają się do takich praktyk. Badania Państwowej Inspekcji Handlowej w tej kwestii są niezbyt optymistyczne. Olga Szpunar, Gazeta Wyborcza

Przeczytaj też: Czy na wyprzedażach jesteśmy łowcami, czy zwierzyną - pisze Olga Szpunar

Co o tym sądzisz? Jakie są Wasze doświadczenia na wyprzedażach? Napisz: listydogazety@gazeta.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.