Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Fotoradary w Niemczech? Normalne jak picie czy jedzenie

W Polsce wybuchła kolejna wojna o fotoradary, w którą zaangażowały się najpoważniejsze autorytety ze świata polityki, mediów i społeczeństwa.

W kraju, w którym ginie na drogach i w wypadkach drogowych najwięcej ludzi w Europie, minister musi odpierać gwałtowne ataki na decyzje o ustawieniu kilkuset fotoradarów na drogach, żeby te statystyki choć trochę zmienić. A główna przyczyna tego zmasowanego ataku to zapis w budżecie o dodatkowych dochodach z mandatów za wykroczenia drogowe. Bo państwo chce w ten sposób zasilić kasę kosztem obywateli. Jakie to wielkie przestępstwo! A zbuntowali się najbardziej, ci celebryci mediów i polityki, którzy mają najwyższe dochody i nie przestrzegają przepisów! Tylko zapominają ci krytycy, że od państwa wszyscy wyglądają pomocy, wsparcia, zasiłków, bo państwo musi płacić. Skąd na to wziąć pieniądze? Wygląda się pomocy od państwa prawie na każdym kroku, ale dla tego państwa nic się zrobić nie chce. Czy to aż tak wielkie przestępstwo, że rząd napisał prawdę, na co pójdą dodatkowe pieniądze z kar na drogach?

Mnie się wydaje, że Polacy są ludźmi wiecznie niezadowolonymi. Jak kapitalizm to każdy powinien zarabiać 2 tys. euro, najlepiej nic nie robiąc lub obijając się w pracy, a wydawać w złotówkach. Tylko że to też by na długo nie wystarczyło. Malkontenci chcieliby otrzymywać po 3 tys. euro zasiłków bez pracy, bo się należy, państwo musi dać. Podatków jednak nie chce nikt płacić.

Na miejscu ministra Nowaka zlikwidowałbym wszystkie radary na drogach, skoro tak drażnią ludzi i powiedzieć: ,,róbta, co chceta". Tylko znowu ten minister byłby winien, gdyby podskoczyły statystyki śmierci na drogach. W programie TVP zarabiający duże pieniądze redaktor Lis wściekle atakował ministra Nowaka, nie chcąc słuchać opisów matki, która straciła dziecko w wypadku spowodowanym przez pijanego kierowcę. Bo redaktor Lis musiałby może od czasu do czasu zapłacić karę za zbyt szybką jazdę, więc nie obchodzą go cierpienia matki po utracie dziecka w wypadku na ulicy. Zauważyć trzeba, że właśnie ludzie o dużych dochodach, celebryci, politycy i ludzie mediów najmocniej zaangażowali się w tę wojnę o fotoradary.

Mieszkam w Niemczech i tutaj też co rusz stoją fotoradary. Oprócz tego są tak zwane lotne kontrole radarowe, które zlecają gminy i miasta wyspecjalizowanym firmom, celem poprawy dochodów w swoim budżecie. Jest to tak normalne, jak picie czy jedzenie.

O dziwo ci zbuntowani na fotoradary w kraju Polacy jeżdżą za granicą pokornie, stosują się do ograniczania prędkości i płacą, gdy trzeba. U siebie zaś hulaj dusza.

Jeśli zaś chodzi o ograniczenia prędkości, to niech ci krytycy fotoradarów przyjadą do Bawarii lub Badenii-Württembergii, gdzie autostrady są naprawdę świetne, trzypasmowe, gładkie jak stół a mimo to króluje wszędzie prawie ograniczenie prędkości do 120 km na godz. Prym wiedzie Bawaria. Tu nie pojedziesz 200 km na godz., bo wszędzie ograniczenia prędkości. Do tego radary i lotne patrole policji w nieoznakowanych samochodach filmujących ruch na autostradach lub krajówkach. I co? Nic. Uważa się to za normalne. Tadeusz Gierlowski

Dyskusja kierowców z... Wielkim Nikim

Fotoradary sprowokowały dyskusję poirytowanych kierowców z ...nikim, bo NIKT jest odpowiedzialny za organizację ruchu drogowego w Polsce, bo nikt na krytykę nie odpowiada. Mogę przedstawić się jako doświadczony kierowca. Prawo jazdy mam od 1961 roku. Początkowo jeździłem motocyklami, później samochodami. Zawsze lubiłem i nadal lubię szybką jazdę. Przejechałem około 2 milionów kilometrów po dwóch kontynentach. Nie spowodowałem w tym czasie, ani też nie uczestniczyłem w ani jednym wypadku lub stłuczce. Natomiast mam kilkanaście bolesnych mandatów zapłaconych, również na dwóch kontynentach, za przekraczanie szybkości. Nauczyło mnie to z większą pokorą przestrzegać ograniczeń szybkości.

Nie mam nic przeciwko fotoradarom. One mnie i wielu innych kierowców głównie edukowały. Ale to, jak oznakowane są nasze drogi świadczy o bezmyślności lub głupocie odpowiedzialnych za to inżynierów ruchu. Uczy również lekceważenia znaków drogowych.

Żeby nie być gołosłownym opiszę przejazd przez miejscowość Zegrze Północne, dwupasmową, pozornie nowoczesną, drogą krajową 61. Zjeżdżamy z mostu na Narwi z dopuszczalną prędkością 100 km/godz. Po ok. 800 metrach za zakrętem spostrzegamy nagle znak "teren zabudowany", który ogranicza prędkość do 50 km/ godz. Pięćdziesiąt metrów dalej stoi znak ograniczenia prędkości do 70 km/godz., jednak po dalszych 150 metrach mijamy skrzyżowanie z sygnalizacją świetlną, za którym dozwolona prędkość wynosi 50 km/godz (teren zabudowany). Teren zabudowany kończy się, zdaniem inżynierów ruchu, w szczerym polu 300 metrów dalej, co pozwala jechać z prędkością 100km/godz. Jednak 100 metrów dalej jest znak ograniczający prędkość do 70 km/godz. , zaś po 400 metrach skrzyżowanie z sygnalizacją świetlną i za nim dozwolona prędkość 100 km/ godz. Na odcinku 1300 metrów obowiązuje 6 różnych ograniczeń prędkości w nielogicznej sekwencji: 100 km/godz, 50 km/godz, 70 km/godz, 50 km/godz, 100 km/godz, 70 km/ godz. Na całym tym odcinku jezdnia jest ogrodzona balustradami lub ekranami akustycznymi. Na 500 metrowym odcinku oznakowanym jako teren zabudowany nie ma ani jednego zabudowania z bezpośrednim dostępem do jezdni. Jedyne naprawdę niebezpieczne miejsce to dosyć łagodny łuk w prawo, na którym znajduje się podporządkowany, źle widoczny wyjazd z osiedla. Wielokrotnie musiałem tam gwałtownie hamować za samochodem wymuszającym pierwszeństwo przejazdu przy włączaniu się do ruchu, ale tam akurat dozwolona prędkość wynosi 100 km/godz.!

Równie bogaty w niespodzianki jest przejazd przez Zegrze Północne tą samą drogą w kierunku Warszawy. Za skrzyżowaniem z drogą na Dębe (sygnalizacja świetlna) jedziemy z dozwoloną prędkością 100 km/godz. Po 700 metrach znak "teren zabudowany" ogranicza prędkość jazdy do 50 km/godz. Po 100 metrach znak ograniczający prędkość do 70 km/godz. pozwala zwiększyć prędkość o 20 km/godz. Po dalszych 100 metrach skrzyżowanie z sygnalizacją świetlną ogranicza dozwoloną prędkość do 50 km/godz. właściwych dla terenów zabudowanych. Jedyne "zabudowanie" po tej stronie drogi to nieczynna betonowa brama wjazdowa do fortu carskiego z czasów napoleońskich. Po ok. 200 metrach znak ograniczenia prędkości do 70 km/godz. pozwala nieco przyspieszyć. Po dalszych 100 metrach znak "koniec terenu zabudowanego" pozwala zwiększyć szybkość do 100 km/godz. Na odcinku o długości 1200 m tego pasma drogi krajowej wytyczono pięć odcinków o maksymalnej prędkości zmieniającej się w następującej sekwencji: 100 km/godz., 50 km/godz., 70 km/godz., 50 km/godz., 70 km/godz. Zegrze Północne to idealne miejsce na "pułapki radarowe". Dziwię się, że drogówka bardzo rzadko z tej możliwości korzysta. Świadczyć to może o rozsądku policji w przeciwieństwie do inżynierów drogowych odpowiedzialnych za oznakowanie tego odcinka, a zwłaszcza za nonszalanckie oznakowanie terenów zabudowanych. Np. "teren zabudowany" w Zegrzu Południowym sięga aż na most na Narwi.

Czy na pewno za ten stan rzeczy mandatami powinni być karani kierowcy? Opis przejazdu przez Zegrze Południowe, wymagałby odrębnego eseju. Prof.dr hab. Tadeusz Skośkiewicz

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.