Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Bawi Cię "baba z Radomia"? A może uważasz, że tej kobiecie zrobiono krzywdę? Nie obawiasz się, że Twoje zdjęcie też mogłoby stać się internetowym memem? Napisz: listydogazety@gazeta.pl

Dla tych, którzy nie wiedzą, w czym rzecz, wyjaśnienie. Wigilia na rynku w Radomiu, najprawdopodobniej przygotowana przez władze miasta. Tłum stoi wokół skromnie zastawionych stołów, na których leży opłatek, porozrzucane mandarynki, paczkowany chleb i butelki z napojami firmy Zbyszko. Pewnie ktoś składał życzenia, a potem tłum rzucił się na to, co na stołach.

Kamera nagrywa, jak ludzie po kolei zabierają napoje. Pierwsza kobieta bierze butelkę i odchodzi, za nią dziewczynka łapie dwie, na końcu bohaterka memów sięga po butelkę, którą daje koleżance, a potem zabiera jeszcze dwie dla siebie. Pech, że cały manewr wymaga od niej więcej czasu i wysiłku niż od innych. Wystarczyło, by ktoś zrobił zdjęcie, które szybko staje się hitem internetu.

Taką pazerność i chytrość trzeba przecież napiętnować. Trzeba ośmieszyć kobietę przed całą Polską, wklejając jej twarz w dziesiątki głupawych obrazów, zrobić wokół tego szum, założyć fan page na Facebooku i grzać się w świetle sławy - w końcu może jakiś serwisik w podsumowaniu tygodnia napisze, że przed świętami, w naszym katolickim kraju, najlepszy ubaw mieliśmy z "chytrej baby z Radomia".

Oczywiście to strasznie drętwe tłumaczyć ludziom, że to czyjaś żona, matka, być może babcia, a na pewno sąsiadka. Że internet jest wszędzie i kobieta pewnie nieraz usłyszy na radomskiej ulicy: "Patrz, to ta od Zbyszko". Że żarty na tym poziomie potrafią zniszczyć życie.

Nie tak dawno czytałam w "Wyborczej" o młodej Kanadyjce, która popełniła samobójstwo, bo ktoś wrzucił do sieci film, na którym była naga od pasa w górę. I choć przeprowadziła się do innego miasta, nie uciekła od problemu. W końcu się poddała.

Pielęgniarka, która dała się nabrać na żart australijskich dziennikarzy, że dzwonią królowa Elżbieta i książę Karol, i połączyła ich z osobistą pielęgniarką leżącej w szpitalu księżnej Kate, też nie wytrzymała presji.

Ona została ośmieszona przed całym światem, w przypadku kobiety z Radomia skala jest - jak na razie - dużo mniejsza. Przypadek "mosh girl" pokazuje jednak, że dla internetowego pośmiewiska granic praktycznie nie ma.

O co mi właściwie chodzi? I dlaczego ta sprawa od wczoraj podnosi mi ciśnienie? Bo internet staje się miejscem linczu, gdzie każdy może stać się "tym słabszym". Wystarczy, że ktoś zrobi nam zdjęcie na imprezie/plaży/w sklepie/na spacerze/gdziekolwiek.

Nieważne, czy właśnie się wygłupialiśmy, zachowaliśmy jak wszyscy. Ważne, że ktoś zdecydował, że będzie śmiesznie, jak pokaże to światu. To gra, w której nie ma zasad, więc nie ma też jak się przed takimi sytuacjami bronić.

Może państwo mi wytłumaczycie, co śmiesznego jest w "chytrej babie z Radomia"?

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.