Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Szanowni Państwo,

 

piszę, jako Państwa wieloletnia czytelniczka - zaniepokojona zmianami na gorsze w "Gazecie Wyborczej".

Dla jasności, nie jestem narzekającą staruszką, której trudno zrozumieć, że świat się zmienił od czasów jej młodości i która powtarza jak mantrę "Co to za czasy, kiedyś było lepiej". Mam 30 lat, mieszkam w dużym mieście, swobodnie korzystam z nowych technologii - czyli teoretycznie znajduję się właśnie w tej grupie, która wyznacza i chętnie przyswaja nowe standardy, także jeśli chodzi o media. A jednak czuję się właśnie jak taka staruszka, bo ciśnie mi się na usta: "Co się stało z Wyborczą? Kiedyś było lepiej!"

Moje pierwsze zastrzeżenie dotyczy jakości językowej tekstów prezentowanych w wersji elektronicznej, czyli na stronie Wyborcza.pl. Chodzi mi o literówki, powtórzenia, zdania urywające się w połowie i inne błędy wynikające głównie (przynajmniej tak to wygląda) z nieumiejętności poprawnego używania narzędzi "kopiuj" i "wklej" oraz autokorekty w edytorze tekstów. Jasne, że takie błędy mogą się zdarzyć, sama się z nimi borykam, ale u Państwa występują w takim natężeniu, że utrudniają lekturę. Mam wrażenie, jakby autor opublikował tekst bez choćby jednokrotnego przejrzenia. Rozumiem, że w internecie liczy się szybkość dotarcia z informacją do odbiorcy, ale takie niechlujstwo odbieram jako lekceważenie czytelnika. Do tego dochodzi nierzadko stosowanie języka potocznego czy wręcz slangowego (choć zastrzegam, że nie mam nic przeciw regionalizmom, które również się u Państwa pojawiają, bo te akurat stanowią o urodzie polszczyzny), a także niezręczne sformułowania świadczące o kiepskiej znajomości języka. Zdarzyło mi się na przykład przeczytać w opisie filmu o roli "trzeciorzędnej" zamiast "trzecioplanowej" - przy czym autor recenzji wcale nie zamierzał dzieła krytykować. Oddaję sprawiedliwość, że w wersji papierowej Wyborcza trzyma pod tym względem o wiele lepszy poziom. Stawia to jednak pod znakiem zapytania sens płacenia za system Piano czy elektroniczny abonament, skoro w zamian otrzymuje się teksty takiej jakości.

Drugie i poważniejsze zastrzeżenie mam do doboru tematyki . Wyborcza coraz szybciej dryfuje w stronę brukowca. Mama Madzi, kolejne odsłony awantury o Smoleńsk i cała reszta tematów, którymi żyją tytuły pokroju Fakt, a które w szanującej się gazecie zasługiwałyby co najwyżej na oszczędną, rzeczową wzmiankę - u Państwa królują na pierwszej stronie. Ostatnio zrezygnowałam z zakupu papierowego wydania Wyborczej, ponieważ na okładce widniało zdjęcie małej dziewczynki, podpisane jako zwłoki ofiary najnowszego konfliktu izraelsko-palestyńskiego. Jeżeli zamierzają Państwo zarabiać na pokazywaniu trupów, to proszę nie liczyć na moje pieniądze.

Co więcej, w tym samym czasie rozdzierają Państwo szaty nad tabloidyzacją mediów - czyli chcą Państwo równocześnie cieszyć się opinią poważnego, kulturalnego tytułu, pochylającego się z troską nad zdziczeniem obyczajów, a równocześnie po cichu na tym samym zdziczeniu zarabiać?

Świadczy to o Państwa wiarygodności tak samo dobrze, jak umieszczanie w "Wysokich Obcasach" reklam klinik chirurgii plastycznej tuż obok artykułu o tym, jak to kobieta powinna doceniać naturalne piękno swojego ciała i nie gonić za wyśrubowanymi standardami urody.

W jednym i drugim przypadku wniosek jest jeden: pieniądze są dla Państwa nadrzędną wartością, najważniejsza jest "klikalność" w internecie oraz wyniki sprzedaży wydań papierowych, a co za tym idzie, większe zyski od reklamodawców.

Natomiast piękne hasła i wyższe wartości, o których Państwo tyle piszecie, zaczynają wyglądać w tym kontekście jak pozłotka, którą się dodaje tylko po to, żeby "ładniej wyglądało". Jest to dla mnie tym bardziej przykre, że zawsze ceniłam Wyborczą za społeczne zaangażowanie i wrażliwość, wyrażające się w takich akcjach jak "Rodzić po ludzku", "Listy do ojca" i wielu, wielu innych. Niestety obecnymi działaniami odbierają sobie Państwo mandat do dalszego występowania w roli moralnego autorytetu. Nie da się zjeść ciasteczka i mieć ciasteczka, a to właśnie próbują Państwo obecnie robić.

Z całego serca życzę Państwu powrotu do wspaniałej formy, którą Wyborcza prezentowała w przeszłości. Szkoda by było gazety z takim potencjałem i tak piękną historią.

 

Serdecznie pozdrawiam Ida Czerwonka

Jarosław Kurski odpowiada

Szanowna Pani Ido,

 

Szczerze dziękuję za list. Każda umotywowana krytyka jest dla nas ważna - jeśli nie ważniejsza - niż pochwały.

Pisze Pani o marnej jakości językowej tekstów ukazujących się na wyborcza.pl. i sprawiedliwie zauważa, że dotyczy to wersji internetowej "Gazety". Przyjmujemy tę krytykę. Będziemy się starali zmienić ten stan rzeczy, wzmocnić korektę i redakcję. Ale też świadomi jesteśmy trudności wynikających z samej istoty i charakteru przekazu internetowego. Teksty powstają na gorąco w nieustannym wyścigu z czasem i konkurencją, i wystawiane są na stronie w formie często niedopracowanej. Wychodzimy z założenia, że lepiej szybko wystawić tekst niedoskonały, zwłaszcza, gdy dzieje się coś ważnego i internauci łakną informacji, niż dać tekst dopracowany, ale spóźniony, który mało kto przeczyta.

Wystawione teksty staramy się nieustannie poprawiać, usuwać błędy, literówki i powtórzenia. Zapewniam Panią, że nie lekceważymy Czytelnika. Przeciwnie, stawiamy go na piedestał, bo bez Niego nasza praca nie ma sensu.

Pisze Pani: "Stawia to pod znakiem zapytania sens płacenia za system Piano czy elektroniczny abonament, skoro w zamian otrzymuje się teksty takiej jakości". Wyjaśniam, że elektroniczna wersja "Gazety" jest wolna od błędów, gdyż przechodzi korektę "papierową". Dlatego zachęcam do jej subskrybowania.

Zgadzam się, że drugie zastrzeżenie dotyczące tematyki jest o wiele poważniejsze, ale, moim zdaniem, niesprawiedliwe. Panuje jakaś dziwna dezynwoltura w hurtowym nazywaniu gazet "tabloidami" lub "brukowcami". Piszemy o katastrofie smoleńskiej, próbując cierpliwie tłumaczyć przyczyny, naświetlać fakty i obalać niezliczone bzdury jakimi karmiona jest w Polsce opinia publiczna. Kto ma to robić według Pani, Pani Ido? Wspomniany Fakt? "Gazeta Polska"? "Rzeczpospolita" pisząca o trotylu? Chciałaby Pani ten temat opędzić jedną "oszczędną rzeczową wzmianką"?

Pisze Pani: "Ostatnio zrezygnowałam z zakupu papierowego wydania Wyborczej, ponieważ na okładce widniało zdjęcie małej dziewczynki podpisane jako zwłoki ofiary najnowszego konfliktu izraelsko-palestyńskiego. Jeżeli zamierzają Państwo zarabiać na pokazywaniu trupów, to proszę nie liczyć na moje pieniądze". Pani Ido, to jakieś nieporozumienie. Na zdjęciu zdjęty bólem, palestyński ojciec pochyla się nad ciałem zawiniętej w całun córeczki. Nie ma epatowania krwią, ranami, przemocą - jest dramat ludności cywilnej (po obu stronach palestyńsko-izraelskiego konfliktu) - ujęty obrazem o wielkich walorach artystycznych. To raczej Pieta, niż "pokazywanie trupów" i nasza rzekoma chęć "zarabiania na zdziczeniu" - jak zechciała to Pani ująć.

Pisze Pani, że o naszej niskiej wiarygodności "świadczy umieszczanie w "Wysokich Obcasach" reklam klinik chirurgii plastycznej tuż obok artykułu o tym, jak to kobieta powinna doceniać naturalne piękno swojego ciała i nie gonić za wyśrubowanymi standardami urody". Co prawda redakcja nie odpowiada za treść zamieszczanych reklam, ale wyjaśniam w imieniu wydawcy, że to, co dozwolone prawem nie może i nie powinno być cenzurowane poprzez selekcję ogłoszeń. Co więcej w "Gazecie", redaktorzy nie wiedzą jakiego produktu i jakiej firmy reklama sąsiadować będzie z tekstem, który umieszczają na stronie. Znane są im tylko rozmiary reklam, tak by móc odpowiednio stronę zaprojektować, a tekst odpowiednio skrócić. Idąc w ślad za Pani rozumowaniem, albo nie powinniśmy zamieszczać żadnych reklam, albo owszem, zamieszczać, ale obok publikować tylko teksty spójne, lub niesprzeczne z ich treścią. W pierwszym wypadku oznacza to bankructwo każdego tytułu prasowego, w drugim sprzeniewierzenie się elementarnym zasadom dziennikarskiego zawodu.

Formułuje Pani wniosek, że pieniądze są dla nas "nadrzędną wartością, najważniejsza jest "klikalność" w internecie oraz wyniki sprzedaży wydań papierowych, a co za tym idzie, większe zyski od reklamodawców". Owszem, jak każdej firmie działającej w warunkach rynkowych, do działania potrzebne są nam pieniądze: dziennikarstwo kosztuje, redakcja kosztuje, korekta kosztuje, papier kosztuje, druk kosztuje, dystrybucja kosztuje. Pieniądze nie są dla nas celem. Są środkiem do kontynuowania misji, którą "Gazeta Wyborcza" od 1989 roku wypełnia jako niezależny, demokratyczny, obywatelski i liberalny dziennik. Dziś w obliczu globalnego kryzysu modelu finansowania prasy - ta misja jest szczególnie trudna.

Pani tymczasem, Pani Ido zadania nam nie ułatwia. Nie kupuje Pani "Gazety", nie płaci za nią w internecie, czyta Pani tylko to co może dostać za darmo...

Pani Ido,

 

jeszcze raz dziękuję Pani za list, i ufam, że co nieco z naszej gazetowej kuchni udało mi się Pani wyjaśnić. Proszę nas pochopnie nie oceniać. Choć nie wszystko zawsze się nam udaje, proszę wierzyć, że dziennikarstwo jest naszą pasją i powołaniem. Mimo trudności z jakimi boryka się prasa na całym świecie - staramy się realizować naszą społeczną misję.

I dlatego chcielibyśmy, aby jak najwięcej Czytelników regularnie kupowało "Gazetę" w papierze lub w formie elektronicznej, bo to ułatwi nam robienie dobrej, ważnej i ciekawej gazety, dla tak znakomitych Czytelników jak Pani.

 

Jarosław Kurski, I zastępca redaktora naczelnego

Co sądzisz o wyborcza.pl, internetowym wydaniu "Gazety Wyborczej"? Co nam wychodzi dobrze, a w czym jesteśmy słabi? Czekamy na Wasze opinie! Napisz: listydogazety@gazeta.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.