Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Urodziłem się w Białymstoku, ponad 50 lat temu. Znam wsie w okolicach Łap, Białegostoku, Ostrołęki - te nazwy padają w filmie. W jednej z takich wsi - Sokoły, duża gminna wieś niedaleko Łap - mieszkali moi dziadkowie. Jako dziecko, przed laty, wiele razy spędzałem tam wakacje.

Zapamiętałem wówczas wielki czarny napis dużymi literami namazany na murze budynku stojącym dokładnie naprzeciw głównego wejścia do okazałego kościoła. Napis wołał: NIE KUPUJ U ŻYDA. ŻYD TO WRÓG KOŚCIOŁA.

Niewiele jako dziecko z tego rozumiałem. O Żydach w domu mówiło się niewiele, lub wcale...

Zapamiętałem jednak opowieści o żydowskim aptekarzu i jego dziecku zastrzelonymi podczas ucieczki, o jakiś pojedynczych ofiarach, a raz o rodzinie zgładzonej przez leśnych.

Zapamiętałem też historię sąsiada moich dziadków, do którego drzwi, w czasie gdy Niemcy już spędzali Żydów do sokołowskiej bożnicy, w nocy zaskrobało dwoje żydowskich dzieci, półnagich, wygłodniałych i zziębniętych prosząc o jedzenie i jakąkolwiek pomoc. Dziadek mój, świadkiem będący owej wizyty, zwyczajnie uciekł przerażony. A i sąsiadowi odwagi nie stało - po prostu zaprowadził te dzieci do bożnicy. Potem przez całe życie obu dręczyły wyrzuty sumienia, że jednak tej dwójce można było pomóc...

Lektura "Sąsiadów" T. Grossa była dla mnie wstrząsem. Jedwabne to zaledwie 60 km stąd... Zainteresowałem się historią mojej wsi. Ze zdumieniem odkryłem, że Sokoły były żydowskim miasteczkiem, były sztetlem. Według przedwojennego spisu liczyły ok. 2100 mieszkańców, w tym Żydów ok.1600. Były dwie synagogi, teatr, chór, karczmy, kwitło życie.

Z tamtego życia dzisiaj nie zostało nic, żaden budynek, żadna pamiątka. Kirkut to teraz boisko i obok jakieś wysypisko śmieci. Zostało tylko kilka fotografii sokołowskiego rynku zaludnionego żydowskimi tobołami i pamięć potomków garstki żydowskich mieszkańców ocalonych z wojennej pożogi.

Ale Sokoły dzisiaj odcinają się od swojej bogatej, żydowskiej przeszłości. Folder turystyczny, szczegółowo opisujący historię wsi, jej dawnym, żydowskim mieszkańcom poświęca ledwie niepozorną wzmiankę. W parafialnym kalendarzu ta przeszłość kwitowana jest może jednym zdaniem. Taka historia parafii, w której nie ma miejsca dla innych. Odwieczna niechęć, obojętność, strach?

Gdy po ekranie już przesuwały się napisy końcowe "Pokłosia", przez dłuższą chwilę nadal tkwiłem w bezruchu.

Myślałem o mojej ostatniej wizycie w Jedwabnem, gdy tamtejszy pomnik w miejscu spalonej stodoły został zbezczeszczony przez zdziczałych zwyrodnialców. Zapaliłem wtedy znicz, taki sam jaki Franek Kalina postawił na macewie w finałowej scenie filmu. Myślałem też o moich Sokołach - jakim barwnym byłyby dzisiaj miasteczkiem, gdyby nadal żyli w nim także jego żydowscy obywatele, ze swoją synagogą, ze swoimi obyczajami i swoją kulturą. Nienawiść sprawiła, że stało się inaczej, że zostaliśmy sami.

Żal mi jest dawnych żydowskich sąsiadów, którzy odeszli, żal mi mego dziadka do końca życia dręczonego obrazem dwojga wynędzniałych dzieci i żal mi dzisiejszych współobywateli spętanych nietolerancją i okowami starego myślenia.

Dlatego za "Pokłosie", za film o pamiętaniu zbrodni - dziękuję wszystkim jego twórcom i aktorom. I kłaniam się odtwórcy roli Malinowskiego, panu Robertowi Rogalskiemu, który w swoich refleksjach na temat filmu powiedział: "Kocha Polskę ten kto mówi o naszych podłościach. Bo mówi po to, żeby nigdy się nie powtórzyły. Kto milczy, jest współwinny".

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.