Ten, kto przekona 20 proc. Polaków, że premier jest zbrodniarzem, prawdopodobnie rzeczywiście uzyska 20 proc. głosów. Tymczasem ten, kto będzie jedynie przekonywał Polaków, że premier rządzi nie do końca dobrze, najprawdopodobniej nie uzyska prawie nic. Bo jeśli premier rządzi tylko niezbyt dobrze, a nie jest zbrodniarzem, ani nawet nie rządzi skandalicznie źle, to po co głosować przeciwko niemu?
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

W wywiadzie zatytułowanym "Ile dać wolności przeciwnikowi?" [TREŚĆ PŁATNA] Adam Michnik mówi: "Polska jest pęknięta. Jest Polska, która źle czuje się w nowych realiach i instytucjach. [...] Łatwa oferta to jedynie szczuć ją na tę Polskę, której się udało." Według Michnika ten stan rzeczy umożliwił realizowanie "putinowskiego modelu rządzenia" pod rządami PiS zwanymi IV RP. Te stwierdzenia są niestety bardzo słuszne. Rodzą ono pytanie: jak z tego wyjść? Na to pytanie Michnik odpowiada: "Nie wiem, ja tylko diagnozuję." Adam Michnik jest wybitnym historykiem, politykiem i dziennikarzem. Potrafił przeanalizować i wyjaśnić wiele aspektów polskiej rzeczywistości. Jest jednym ze współtwórców Trzeciej Rzeczypospolitej i wywiera ogromny wpływ na polską myśl polityczną.

Gdy taki człowiek odpowiada "nie wiem" na pytanie, jak wyjść z fatalnej dla Polski sytuacji, możemy myśleć, że jest naprawdę źle. Jestem jednak przekonany, że na pytanie "jak z tego wyjść?" można odpowiedzieć inaczej.

Michnik mówi "nie wiem", gdyż źródła opisanych nieszczęść, jakie zidentyfikował i opisuje, leżą w przeszłości (przede wszystkim w okresie zaborów i w PRL), a przeszłości zmienić nie sposób. Pęknięcie Polski na pewno w ogromnym stopniu wynika z historii. Ale to, że w szybko rozwijającej się Polsce pęknięcie pogłębia się zamiast łagodnieć, to, że opozycja insynuuje, iż urzędujący premier jest zbrodniarzem, a prezydent jest "Komoruski" - to wszystko nie wynika wyłącznie z historii.

Ważną przyczyną pogłębiającego się pęknięcia jest proporcjonalny system wyborczy, który obowiązuje w Polsce w wyborach do Sejmu oraz do części ciał samorządowych.

Spójrzmy, w jaki sposób system wyborczy wpływa na życie polityczne. Wśród znanych na świecie systemów wyborczych można wyróżnić dwie podstawowe grupy: systemy proporcjonalne i systemy większościowe. Pod rządami systemu proporcjonalnego każda partia uzyskuje liczbę mandatów proporcjonalną do liczby wyborców, którzy ją popierają. Nie ma tu żadnej potrzeby wygrania wyborów (ani w skali kraju, ani w skali jakiegokolwiek okręgu).

Na przykład PiS ma sześciu posłów wybranych w okręgu warszawskim (w tym Jarosława Kaczyńskiego), mimo że w tym okręgu nie wygrał ani żaden PiS-owiec, ani PiS jako całość: Kaczyński otrzymał 20 proc. głosów, podczas gdy Donald Tusk otrzymał w tym samym okręgu 37 proc.; PiS jako całość otrzymał w Warszawie 27 proc. głosów, podczas gdy Platforma Obywatelska otrzymała 49 proc.

System większościowy w swym najprostszym wariancie, który używany jest niezmiennie od kilkuset lat w wyborach do brytyjskiej Izby Gmin, działa tak: w każdym okręgu wybrany zostaje tylko jeden kandydat, ten, który uzyskał tam najwięcej głosów. We Francji obowiązuje nieco inny wariant systemu większościowego: wymagana jest tam większość bezwzględna; w przypadku, gdy w danym okręgu nikt takiej większości nie uzyskał (jest to przypadek bardzo częsty), organizowana jest druga tura głosowania.

Pod rządami systemu większościowego liczba deputowanych, jaką uzyskuje dana partia, nie zależy w żaden prosty sposób od poparcia dla tej partii, mierzonego w skali całego kraju. Liczba uzyskanych deputowanych, jest równa liczbie okręgów, w których kandydaci danej partii uzyskali większość. Na przykład we Francji Front Narodowy (Front National), partia radykalnie ksenofobiczna, od wielu lat cieszy się poparciem około 18 proc. wyborców, a mimo to przez kilka kolejnych kadencji nie miał ani jednego deputowanego, a dziś ma tylko dwoje deputowanych. Jest tak, gdyż Front Narodowy ma ogromny elektorat negatywny. Ten elektorat negatywny powoduje, że przez wiele lat nie było ani jednego okręgu (a obecnie są tylko dwa okręgi), w których większość wyborców popiera francuskich narodowców.

W systemie proporcjonalnym partie mogą świetnie funkcjonować bez uzyskiwania większości. Poparcie rzędu 15 czy 20 proc. przekłada się na dużą liczbę mandatów w parlamencie. I to niezależnie od tego, jak silny jest elektorat negatywny danej partii. A często łatwiej jest uzyskać 15 czy 20 proc. przy pomocy poglądów ekstremalnych czy nawet kłamstw (np. "judeopolonia atakuje", "naród polski jest eksterminowany", "premier popełnił zbrodnię") niż przy pomocy konstruktywnych pomysłów i poglądów stonowanych.

Poglądy ekstremalne mobilizują: ten, kto przekona 20 proc. Polaków, że premier jest zbrodniarzem, prawdopodobnie rzeczywiście uzyska 20 proc. głosów. Tymczasem ten, kto będzie jedynie przekonywał Polaków, że premier rządzi nie do końca dobrze, najprawdopodobniej nie uzyska prawie nic. Bo jeśli premier rządzi tylko niezbyt dobrze, a nie jest zbrodniarzem, ani nawet nie rządzi skandalicznie źle, to po co głosować przeciwko niemu?

Nie przypadkiem porażka spotkała partię PJN (Polska Jest Najważniejsza), utworzoną przez PiS-owców mało radykalnych i wyzutych z typowo PiS-owskiej nienawiści.

Znana jest dbałość Jarosława Kaczyńskiego o to, aby nie pojawiło się w Polsce żadne ugrupowanie bardziej radykalne, niż PiS. "Na prawo od PiS-u już tylko ściana" - ta zasada popycha PiS w kierunku radykalizmu, który z kolei pogłębia pęknięcie opisane przez Adama Michnika i wzmacnia nienawiść Polski B do Polski A. Bo jeśli PiS nie będzie dostatecznie radykalny, nie będzie kultywować nienawiści - to zacznie to robić jakieś inne ugrupowanie, bardziej radykalne.

Dzięki proporcjonalnemu systemowi wyborczemu takie ugrupowanie mogłoby wprowadzić do Sejmu swoich posłów, nawet jeśli będzie miało niewielkie poparcie społeczne i ogromny elektorat negatywny. Przy większościowym systemie wyborczym radykalizm byłby politycznie nieopłacalny. PiS trzymałby się blisko centrum, a nie blisko prawej ściany. Jeśli zaś, jak możemy podejrzewać, Jarosław Kaczyński jest umysłowo niezdolny do prowadzenia polityki spokojnej i bliskiej centrum, to pod rządami systemu większościowego jego formacja polityczna zostałaby wyparta przez zupełnie inną prawicę. Na przykład przez prawicę kierowaną przez Aleksandra Halla, o której Adam Michnik mówi: "takiej prawicy się nie boję".

Zmiana systemu wyborczego - pomysł polityczny popierany przez wielu, w tym przez prezydenta Komorowskiego, swego czasu silnie promowany przez Donalda Tuska - jest najprawdopodobniej tą reformą, która mogłaby zatrzymać pogłębianie się polskiego pęknięcia i bardzo osłabić siły polityczne, które dla własnej korzyści sieją nienawiść.

Z wyrazami szacunku,

Marcin Skubiszewski

O autorze: Z wykształcenia jestem przede wszystkim informatykiem: absolwentem paryskiej Ecole Normale Superieure oraz doktorem Universite Paris Sud. Skończyłem również prawo publiczne na uniwersytecie Paris 1 Pantheon-Sorbonne (master o orientacji "praca naukowa"). Pracowałem przez ponad dwadzieścia lat we Francji jako informatyk (pracownik naukowy, potem inżynier w firmach informatycznych, w końcu inżynier finansowy w banku inwestycyjnym). Obecnie mieszkam w Warszawie, jestem wiceprezesem Fundacji imienia Krzysztofa Skubiszewskiego, która organizuje kontakty naukowe ze Wchodem. Byłem obserwatorem długoterminowym ostatnich wyborów na Ukrainie z ramienia Fundacji Batorego. Prowadzę bloga skubi.net, gdzie miałem raz zaszczyt gościć wypowiedzi Adama Michnika.

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl

icon/Bell Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
    Mam subskrypcję na komentarze Marcina Skubiszewskiego, jest naprawdę co poczytać i nad czym się zastanowić. Rzeczywiście nie może być tak, że frustraci których jest w każdym kraju kilkanaście procent mają swoją reprezentację w parlamencie i brużdżą. Powinny być wybory z okręgów jednomandatowych z których powinien być wyłaniany poseł mający największe poparcie. Poseł taki byłby silny siłą głosów swoich wyborców. Obecnie wybierałem jednego posła mimo tego, że z mojego okręgu do sejmu wchodziło 8 posłów. Dano mi listę z około 200 kandydatami niemal z całej Polski (Bogdan Święczkowski). Jak ja miałem w sposób świadomy wybrać tego jednego? Przestańmy wreszcie walić głupa udając, że wszystko jest OK.
    już oceniałe(a)ś
    26
    4
    Odkładając na bok kwestię, jaka ordynacja jest lepsza i dlaczego, może Autor wyjaśniłby jak w praktyce widzi możliwość tak radykalnej zmiany ordynacji wyborczej przez obecny parlamenent?
    @turpin Na dziś widzę tylko jedną możliwość: rozpisanie referendum przez prezydenta za zgodą Senatu. Prezydent Komorowski publicznie mówił, że popiera ordynację większościową, więc trzymam go za słowo. Większość w Senacie ma PO, partia, która to samo mówiła wielokrotnie, więc Senat też można trzymać za słowo. Nadzieja na to, że sprawę ruszy Sejm, jest kiepska z takiego powodu: zmiana systemu wyborczego w wyborach do Sejmu oznaczałaby spore zmiany w składzie Sejmu (w końcu po to zmieniamy system wyborczy, żeby w jakiś sposób zmienić to, kto zostanie wybrany). Obecni posłowie na pewno nie będą tego chcieli, bo to zmniejszy ich szanse w kolejnych wyborach. Więcej o projekcie referendum: zmieleni.pl
    już oceniałe(a)ś
    7
    1
    @turpin Hm, nie chcę cię prowokowac do gwałtownych sądów, do których nie jesteś zbyt skory. Ale rozbierz skubiego wypowiedź logicznie. Chesterton powiada, że inteligentny człowiek może ubawic się nawet patrząc w ścianę. To, moim zdaniem, lepsze.
    już oceniałe(a)ś
    4
    4
    Ładny list i ciekawy. Popieram j.o.w.
    już oceniałe(a)ś
    18
    5
    Sympatyzuję z postulatem ordynacji większościowej jednak trudno mi wyzbyć się obaw przed jej wadami. Przypomnę kilka naprędce zebranych cech obu ordynacji: Ordynacja proporcjonalna 1. Wzmacnia pozycję kierownictwa partii 2. Osłabia pozycję pojedynczego posła 3. Sprzyja rozdrobnieniu partii w Sejmie 4. Ułatwia bezkarną grę na ekstremizmach. Ordynacja większościowa: 1. Osłabia pozycję kierownictwa partii 2. Silnie motywuje kandydatów do walki o środek sceny politycznej. 3. Wzmacnia pozycję i niezależność posłów cieszących się autorytetem. ale też 4. Ułatwia cementowanie lokalnych klik. 5. Nie jest odporna na nagłe, silne przechylenie w jedną stronę (praktycznie pełna władza w ręku jednej partii). Trudno mi wymyślić system, który uniknął by tych wad. Może ostrożniej było by przyjąć ordynację mieszaną jak w Niemczech - pół na pół. Ewentualnie coś podobnego do pierwszej ordynacji do Sejmu w Warszawie (większościowa z trzema kandydatami w okręgu i każdy wyborca ma trzy głosy). Nawet w obrębie obecnej ordynacji można sporo poprawić, na przykład wprowadzić zasadę, że każdy poseł ma prawo ubiegać się o reelekcję i wchodzi jak zbierze 1/460-tą głosów. Posła weryfikowali by wyborcy, teraz partia mu mówi - jak będziesz podskakiwał to nie weźmiemy Cię na listę. Ordynacja niemiecka ma tą zaletę, że nie osłabia zbytnio kierownictwa partii ale też buduje sporą grupę posłów, którzy mają szansę zdobyć taki autorytet wśród wyborców by robić to co uważają za słuszne a nie to co im partia każe.
    @adamp_314 Errata: To oczywiście była pierwsza ordynacja do Senatu, nie Sejmu.
    już oceniałe(a)ś
    0
    1
    Mam uwagi dotyczące charakterystyki ordynacji większościowej. Jeżeli pkt. 4. opiszemy następująco: "wzmacnia lokalny samorząd", wtedy z cechy o zabarwieniu pejoratywnym uzyskujemy cechę pozytywną. Pkt. 5 nie ma logicznego uzasadnienia.
    już oceniałe(a)ś
    3
    1
    @andrzej.rokosz Odnośnie pkt 4 - zgoda. Ordynacja większościowa wzmacnia siły lokalne z całym dobrodziejstwem inwentarza. Jeśli lokalnie dzieje się źle to centrali trudno jest tam posprzątać, jeśli dobrze to centrali trudno jest to zepsuć. Odnośnie pkt 5 - chodzi mi o taką sytuację, że partia może zdobyć nawet 20% a nie mieć reprezentacji a tym samym okazji się skompromitować (patrz Front Narodowy w artykule), Przyjdzie jakiś kryzys, wahnie się poparcie do 40% i przy odrobinie szczęścia może mieć własny rząd bez koalicjanta.
    już oceniałe(a)ś
    0
    0
    Pekniecie mialo miejsce w latach dziewiecdziesiatych i zaczynalo sie od roznicy zdan. Teraz jest juz przepasc. Polska nie jest jedynym krajem w takiej sytuacji. Manipulacje systemami wyborczymi nie prowadza do zasypania przepasci. Jesli glosy sa podzielone bez dominujacej kandydarury, rozdzwiek bedzie trwal.
    już oceniałe(a)ś
    10
    4
    Większościowa ordynacja zmniejszyłaby szansę, aby ludzie pokroju Jarosława Kaczyńskiego rządzili Polską dzięki zręcznym manewrom koalicyjnym, nie uzyskując rzeczywistej większości. Hitler też był nieszczęściem możliwym do uniknięcia dopóki nie zdobył pełnej władzy. My pewnie nie przerabialibyśmy narodowego socjalizmu, choć dalibóg nie wiadomo, jakie poglądy miałby prezes PiS w chwili dojścia do władzy, może wystarczyłoby naśladowanie Viktora Orbana. A na głupotę wyborców nie ma niestety żadnej rady: jeśli dorośli ludzie twierdzą publicznie, że prezydenckie samoloty nie podlegają sile grawitacji, to albo są idiotami, albo łajdakami.
    już oceniałe(a)ś
    9
    5
    Wybory większościowe rozwiązują wiele problemów współczesnej demokracji, generują jednocześnie wiele nowych. Pierwszy, to brak reprezentacji politycznej znacznej części społeczeństwa i nadreprezentacja największej (największych) partii. Drugi to utrwalenie układu politycznego. Układ polityczny w Polsce jest dość dziwny, brak jest na przykład mniej-więcej normalnych partii lewicowych, zarówno socjaldemokratycznych jak i proekologicznych. Nie żebym jakoś tęsknił, ale mam wrażenie, że wielu młodych ludzi nie może odnaleźć się w obecnej rzeczywistości politycznej. Z tego wniosek, że partie i ruchy polityczne w Polsce mogły by powstawać i upadać, odtwarzając lepiej preferencje społeczne. System większościowy temu nie sprzyja. Na świecie próbuje się różnie rozwiązywać ten problem. Istnieją np. ordynacje, gdzie wyborca oddaje dwa głosy: główny i rezerwowy. Jeżeli partia, na którą oddało się głos główny, nie przekroczy progu wyborczego, bierze się pod uwagę głos rezerwowy. Dzięki temu mogą promować się nowe partie, na które w tradycyjnym systemie proporcjonalnym czy większościowym nie głosuje się z obawy przed "zmarnowaniem" głosu. Warto byłoby dokonać przeglądu różnych systemów wyborczych, nie pod kątem doraźnych potrzeb politycznych, lecz pod względem użyteczności, np. w celu zwiększenia żenująco niskiej frekwencji.
    już oceniałe(a)ś
    5
    2
    Gdy powyżej około 60% obywateli popiera jedno ugrupowanie, to w systemie większościowym może zdobyć prawie 100% głosów. W systemie proporcjonalnym PiS nawet z 49% poparciem mógłby nie rządzić, bo małe jest prawdopodobieństwo, że znalazłby koalicjanta. Z drugiej strony przy systemie proporcjonalnym rządy bywają słabe, bo jest większa możliwość targów politycznych (np. Włochy). System większościowy to doskonałe narzędzie w dojrzałej demokracji (jak np. brytyjska) gdzie najsilniejsze są racjonalne partie środka sceny politycznej, a populistyczne ekstremy (komunizm, faszyzm) są słabe.
    już oceniałe(a)ś
    1
    0