Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Kilka dni temu w Radiu TOK prof. Roman Kuźniar z Instytutu Stosunków Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego powiedział: "nawet na dobrych uczelniach widzimy ludzi, którzy zdecydowanie nie powinni oglądać uniwersytetu, nawet na wyciecze szkolnej, bo nie spełniają kulturowych i intelektualnych warunków, żeby otrzymać tytuł magistra".

Z kolei prof. Piotr Winczorek, prawnik i konstytucjonalista napisał w "Gazecie": "zrezygnowałbym z przyjmowania na studia wszystkich, którzy legitymują się maturą. Poziom nauczania w szkołach średnich jest dziś taki, że nie gwarantuje, iż każdy maturzysta będzie studentem dobrym". Obrazu dopełniła prowokacja prof. Jana Hartmana, filozofa i etyka z Uniwersytetu Jagiellońskiego - rozpoczął rok akademicki wpisem na blogu pod tytułem "Gaudeamus, idiotes".

Cała ta dyskusja, to pokłosie naszej akcji "Fabryki bezrobotnych". Tak o polskich uczelniach prezes PZU Andrzej Klesyk, jeden z największych polskich pracodawców. Jego apel opublikowany w Gazecie w kwietniu wywołał wielką dyskusję. Z Klesykiem zgodzili się inni polscy pracodawcy. Mówili, że absolwentów szkół muszą uczyć zawodu od nowa - od recepcjonistów po menedżerów. - W szkołach nikt ich nie uczy selekcjonowania informacji, analizowania ani weryfikowania. Mają dostęp przez internet do najnowszej wiedzy, ale nie potrafią jej wykorzystać - alarmowali.

Pracodawcy jakoś się ratują. Na stanowisku speca od finansów zatrudniają np. biologa albo fizyka, a dyrektorem ds. eksportu zostaje niedoszła lekarka. Szukamy myślących samodzielnie, uczciwych i odważnych - pisał Andrzej Klesyk.

Minister nauki Barbara Kudrycka zwołała okrągły stół, przy którym o przyszłości uczelni rozmawiali wspólnie rektorzy i pracodawcy, obiecała też granty dla tych uczelni, które najbardziej zbliżą się do wymagań rynku pracy.

Uczelnie zaczęły zmieniać programy studiów, żeby te były bardziej nowoczesne.

A dyskusja wokół poziomu nauczania trwa. Aleksandra Pezda

Zjadliwa wypowiedź znanego profesora na temat bardzo niskiego poziomu studentów, przystępujących u niego do egzaminów na piątym roku studiów, mogła zaskoczyć. Jakby tego było mało dodał on, że część studentów, nawet w roli turystów, nie powinna się pojawić na uczelni. Autor tej wypowiedzi chyba nie uświadamiał sobie tego, że w istocie była to, chyba bez tej intencji, niezwykle krytyczna wypowiedź na temat swojego środowiska. Pracownicy uczelni nie mogą przerzucać odpowiedzialności za poziom studentów na piątym roku na szkołę średnią oraz na samych studentów.

Powszechna jest opinia w różnych uczelniach o coraz niższym poziomie wykształcenia młodzieży rozpoczynającej studia. Jednak najlepsi studenci imponują przygotowaniem do studiów i nie są gorsi od studentów sprzed wielu lat. Przeciętnie niski poziom wykształcenia młodzieży nie zawsze jest przez nich samych zawiniony. Niezależnie od przyczyny tego stanu rzeczy pracownicy uczelni powinni dążyć do rozwoju zainteresowań i talentów młodzieży. Oczywiście kadra każdej uczelni odnosiłaby duże sukcesy, gdyby przychodzili do niej sami wybitni studenci. Również przyjemność uczenia bardzo dobrze przygotowanej i silnie motywowanej młodzieży do nauki byłaby większa.

Tak, jak niektórzy profesorowie myślą o studentach, tak szefowie NFZ myślą o pacjentach, wyceniając leczenie w klinikach i w Centrum Zdrowia Dziecka, jak w zwykłych szpitalach. Zawarta w tym jest sugestia, że nie powinno się tam przyjmować bardziej chorych pacjentów niż w zwykłych szpitalach; gdyby przyjmowano zdrowszych niż obecnie, koszty byłyby niższe. Proponuję odejść od półśrodków; najlepiej przyjmować tam zdrowych pacjentów, wtedy koszty będą małe.

Tak, jak chorzy pacjenci stanowią dopiero wyzwanie dla personelu szpitala i obciążają kosztami, tak słabo przygotowana do studiów młodzież wymaga od kadry nauczającej szczególnych zabiegów i sprawności dydaktycznych. Dzięki temu wielu studentów może rozwinąć swoje talenty. Uczelnia odpowiada za swego rodzaju wartość dodaną, tj. absolwent uczelni ma znacznie przewyższać wiedzą, umiejętnościami i postawą życiową tego studenta, którym był na początku swej edukacji na poziomie wyższym.

Znany filozof, prof. Jan Hartman, prowokuje i szokuje, pisząc na swoim blogu z niebywałą niechęcią o prowadzeniu zajęć dydaktycznych. Dla niego, a można wnosić, że pisze też o kolegach, wykłady są udręką i czasem zmarnowanym. Domyślam się, że jego studenci też są udręczeni zajęciami prowadzonymi przez osoby, dla których jest to zwykła strata czasu. Być może niektórzy byliby zaangażowani w wykłady, gdyby były one adresowane dla równych im poziomem, zatem zgłaszam postulat - przyjmujmy na studia profesorów.

W okresie kryzysu demograficznego surowość kryteriów przyjęć na studia słabnie, próg wymagań obniża się. Dotyczy to zarówno uczelni publicznych, jak i niepublicznych. Mam wrażenie, że w dobrych uczelniach niepublicznych jesteśmy lepiej przygotowani do radzenia sobie z bardzo zróżnicowanym przygotowaniem młodzieży do studiów. Nastawienie na dbałość o rozwój studenta jest nam szczególnie bliskie, bo średni poziom studentów w chwili startu na studia na uczelniach niepublicznych był na ogół niższy niż na państwowych.

Dodam, że niezbędna jest dbałość o przeciętnego studenta połączona z troską o rozwój wybitnych studentów. Skuteczne kształcenie młodzieży jest częścią podstawowych obowiązków pracownika naukowo-dydaktycznego, a nie jakimś nadprogramowym obowiązkiem.

Czy studia dla wszystkich, czy tylko dla najzdolniejszych? Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.