Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Przeczyłem list: "Wróciłam z Londynu. Ale jak młodzi mają tu żyć?" , i postanowiłem napisać trochę o polskiej rzeczywistości.

Skończyłem studia na jednym z bardziej prestiżowych uniwersytetów w Polsce - Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez całe studia dorabiałem, by móc się utrzymać. Myślałem, wręcz miałem nadzieję, że wraz z ukończeniem nauki, będę miał szansę na pracę, która nie będzie na umowę zlecenie, ani też na czarno.

Studia były dość nietypowe - języki orientalne - tak więc myślałem "znam 4 języki" - praca się znajdzie.

Po pierwszych 2 miesiącach od obrony byłem bliski załamania. Na moje cv nikt nie odpowiadał.

Postanowiłem więc poczekać, a złapać coś dorywczego, by jakaś kasa była. Jedna wielka d...

Do pracy dorywczej nie chcą przyjąć, ponieważ nie jestem już studentem/uczniem, no i jeszcze nie emerytem. Jak to usłyszałem podczas jednej z rozmów "pan jest w nieatrakcyjnej sytuacji do zatrudnienia". No cóż zadzwońmy więc może w parę miejsc gdzie wysłałem cv, przecież gdzieniegdzie okres rekrutacji trwa kilka miesięcy. Usłyszałem to samo w połowie firm - "szukamy osób studiujących, nie absolwentów". W drugiej połowie natomiast byli zainteresowani. Aczkolwiek to co miałbym otrzymać na wypłatę to jedynie prowizje od umów. Mało opłacalne, zero umowy o prace, zero świadczeń, do tego wychodzi na to, że w trakcie studiów byłem w stanie więcej zarobić jako kelner.

Cóż, trzeba zbierać manatki i wyjechać stąd, tylko dokąd Anglia? Holandia? Skandynawia?

Nagle przełom, znalazłem pracę w szkole języków obcych. Fajne stanowisko, zawsze chciałem być lektorem. Gorzej z umową. Zlecenie. To co mam na funduszu emerytalnym od paru lat niezmiennie nie przekracza 40 zł. Dużą część wypłaty pochłania ZUS. Wolałbym się sam ubezpieczyć w jakiejś prywatnej firmie, ponieważ kosztowałoby mnie to o wiele mniej, a zakres usług o niebo lepszy. Niech będzie, mam pracę - wow - kasa niewielka, po opłaceniu mieszkania (wynajmowanego, bo na własne raczej nie jestem w stanie sobie pozwolić), nie kupuję za często ubrań, a już na pewno nie markowych - trzeba coś w końcu jeść.

Nie ma co odłożyć. Trzeba znowu dorabiać, jak na studiach. Ku memu zaskoczeniu udało mi się znaleźć dodatkową pracę (pod warunkiem, że nie będę mieć umowy, bo inaczej by mnie nie przyjęli).

Pracuję teraz 7 dni w tygodniu jako lektor, i jako kelner. Miesięcznie wyrabiam około 300 godzin pracy. Z jednej pracy do drugiej. Jeżeli ktoś mi powie, że to w Japonii są pracoholicy, to niech przyjedzie i zobaczy młodych ludzi w Polsce.

Ok., mam pieniądze, mogę spokojnie opłacić mieszkanie, telefon, kupić buty czy kurtkę na zimę. Mogę coś odłożyć na nagły wypadek. Jednak to wciąż za mało, by mieć coś na emeryturę, a do osób rozrzutnych nie należę. Pracując dzień w dzień nawet nie mam okazji wydawać na własne przyjemności, ponieważ nie mam czasu wolnego. Znajomi są zwalniani z prac w momencie ukończenia studiów, również mają problem ze znalezieniem pracy. Nikt nie ma umowy, tylko na czarno lub czasami zdarzy się mieć umowę o dzieło lub na zlecenie.

Umowa o pracę? Nie wiem jak takie coś wygląda i patrząc nadal nie będę wiedzieć. Branie kredytów odpada, zresztą nie będzie jak spłacić taki kredyt. Jeżeli ktoś zarobi 2000 zł (a to jest naprawdę już szał finansowy) i chciałby wziąć kredyt na mieszkanie, to nie jest w stanie go spłacić. Miesięcznie na kredyt trzeba tak minimum 1300 zł przez najbliższe 40 lat i zostaje 700 zł. Na rachunki dojazd do pracy i jedzenie.

Emerytura, skąd? Za przeproszeniem po g... wszystkim te fundusze emerytalne, skoro i tak 80 proc., jeżeli nie więcej młodych ludzi, nie ma na nich i nie będzie mieć NIC. Wydłużanie wieku emerytalnego można sobie darować, i tak każdy będzie zmuszony nadal pracować, by mieć co do gardła włożyć.

Kocham ten kraj i polecam wszystkim, którym nadarzy się tylko okazja opuścić go, jeżeli chce godnie żyć. Obecnie szykuję się do wyjazdu, ponieważ mam dość. Pracując na zmywaku za granicą jestem w stanie żyć tam na wyższym poziomie niż tu w Polsce na pięknie brzmiących stanowiskach "manager".

Czekam tylko jeszcze jak za 40 lat będą padać fundusze emerytalne, ponieważ nie będzie nikt tam mieć składek. Kiedy ludzie zaczną żebrać na ulicy, popełniać samobójstwa z bezradności itd., mam nadzieję, iż mnie w tym syfie już dawno nie będzie.

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.