Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Wyjazd do Francji planowali od dłuższego czasu. Marcinowi marzyła się zmiana auta, a Paweł chciał kupić ładowarkę teleskopową. Z Bydgoszczy wyruszyli w poniedziałek.

Cały wtorek upłynął na poszukiwaniach we francuskich komisach. Nie znaleźli ciekawych ofert, postanowili więc pojechać do Anglii. Wyruszyli w kierunku portu w St. Malo. Okazało się, że o tej porze nie ma już rejsów. Pracowniczka portu wskazała Caen-Ouistreham i zarezerwowała tam dla nich bilety. Mieli niewiele czasu, ale postanowili zaryzykować.

Około 22:30 dotarli do portu w Caen. Prom Brittany Ferries przygotowywał się do podróży. O 22:40 szczęśliwi podjechali do wjazdu. - Udało się nam - powiedział z euforią Paweł.

- Wjeżdżając wskazano nam pas numer 7 - relacjonuje Marcin. Spuściłem ręczny, wcisnąłem gaz, przejechałem może 3 metry i widzę strażnika celnego DOUANES z uniesioną ręką. Zatrzymaliśmy się.

W tym momencie zaczął się nasz koszmar.

Strażniczka zażądała dokumentów auta, dowodu osobistego, sprawdziła bilet. Nakazała odpiąć pasy i wysiąść z samochodu. Druga strażniczka zapytała Pawła czy rozumie po francusku. - Odpowiedziałem "petit". Po angielsku? - "Better". Na pytanie czy posiadam więcej niż 10 tysięcy euro odparłem: chyba nie. Nie miałem dokładnie zliczonych pieniędzy. Zresztą po drodze wydaliśmy już troszkę na jedzenie i tankowanie - tłumaczy Paweł.

W tym czasie kolejnych trzech umundurowanych strażników zajęło się kontrolowaniem auta. Otwierali drzwi i wyjmowali wszystkie rzeczy, przejrzeli schowki, wysypali całą zawartość toreb podróżnych na mokry asfalt, ubrania, bieliznę, kosmetyki. - Psikali się naszymi perfumami - opowiada Marcin, który stał przy samochodzie.

Jedna ze strażniczek szarpnęła lodówkę turystyczną tak, że urwała uchwyt. Z wewnętrznej kieszonki torby Marcina, strażnik wytrząsnął 5 tysięcy euro. - Zareagował jakby znalazł nielegalny towar - mówi Marcin. Zaniósł pieniądze do kantorku, w którym był już Paweł.

- Come, come with your mony - słyszę! - Kazano mi wyciągnąć wszystkie pieniądze i położyć na stole. Kobieta zajęła się liczeniem. Wynik liczenia: 6950 euro Pawła i 5800 euro Marcina. Wszystkie pieniądze wrzucono do jednego worka.

Po czym pozostałe waluty (złotówki i funty) również przeliczone na euro. - Pytanie dotyczyło euro - podkreśla Paweł. - Nie przeszło mi przez myśl, żeby przeliczać złotówki i funty. Marcin też nie zsumował swoich pieniędzy.

W tym momencie okazało się, że mamy ich za dużo, czego wcześniej nie zgłosiliśmy. Podczas liczenia pieniędzy, Paweł przez okno zauważa kolejną strażniczkę, która zbliżała się do auta. Po późniejszej informacji - kierowniczkę portowego komisariatu. Kobieta zaglądała do bagażnika. - Widziałem, że trzyma coś pod kamizelką - tłumaczy Paweł. Zacząłem pukać w okno i krzyczeć. Obawiałem się, że coś nam zostanie podrzucone! Kobieta oburzona, z przeszywającym spojrzeniem, przedstawiła się i powiedziała, że mam się zamknąć, bo ona tutaj rządzi - dodaje Paweł.

Rewizja auta trwała nadal. - Nasz wymarzony statek, na który tak się spieszyłem, był gotowy do wyjścia z portu - opowiada rozżalony Marcin. Zapytałem strażnika jak długo to jeszcze potrwa, bo nasz prom odpływa. - To nie mój problem. My teraz pracujemy - usłyszałem. - Dlaczego nas tak traktujecie? Czy dlatego, że jesteśmy Polakami? Czy to jest rasizm z waszej strony? - dodałem. Kierowniczkę posterunku poniosło. Ruszyła w moją stronę z impetem. Odniosłem wrażenie, że chce mnie uderzyć. Zaczęła krzyczeć.

W kosmetyczce Marcina znaleziono prezerwatywy. - Do czego tego używasz? - zapytał szyderczo strażnik. - Do sexu, czy do narkotyków? Zaraz możemy to sprawdzić - dodał. - Byłem przerażony.

Po godzinie podjechało auto. Wysiadł Pan w cywilnym ubraniu z psem, którego wpuszczono do samochodu. Pies biegał po siedzeniach. Kolejny raz wyrzucono wszystkie rzeczy na mokry asfalt. Mężczyzna oderwał (przyklejoną fabrycznie) podłogę w aucie, otworzył maskę, wszędzie zaglądał.

Mija kolejna godzina. Nie śpimy drugą noc. Jest nam zimno. Potworne zmęczenie.

Tymczasem do auta podchodzi strażnik i włącza elektryczną wkrętarkę. Rozkręca wszystkie możliwe części, rozpina kable, wyrywa przewód od CB radia. Po tej akcji znaczna ilość śrubek ląduje na siedzeniach, świecą się kontrolki poduszek powietrznych i ABS.

Marcinowi pozwolono pozbierać rzeczy i części samochodowe z asfaltu. Pies niczego nie znalazł. Strażnik z wkrętarką niczego się nie doszukał. - Z nadzieją idę na posterunek, że to koniec tej gehenny - opowiada Marcin.

W pomieszczeniu rozsadzono nas tak, żebyśmy nie mogli na siebie patrzeć. Przeprowadzono rewizję osobistą. Od początku mieliśmy zakaz korzystania z telefonów. Cały czas zachowanie strażników jest aroganckie, naśmiewają się z nas, nabijają. Wyłapujemy tylko pojedyncze słowa.

Po blisko 6 godzinach zostaje odczytany nam protokół w języku francuskim. - Wychwytuję zdanie, iż pieniądze, które mam przy sobie to mała kwota. Mówię stop. Tłumaczę, że to nie są małe pieniądze, ale normalne, ciężko zarobione. Strażnicy mnie ignorują. Nie wprowadzają żadnych poprawek - opowiada Paweł.

Nakazano podpisać nam protokół. Nie zgadzamy się. Prosimy o tłumacza. To wywołuje ogromne poruszenie i agresję wśród strażników. Krzyczą. Wyłapujemy groźby, że jeśli nie podpiszemy, zostaniemy tutaj na 3 miesiące! Że nie dostaniemy potwierdzenia konfiskaty pieniędzy. Pytamy, dlaczego zabierają nam gotówkę? Dajemy potwierdzenia wypłat - wymiany z kantorów. Odrzucają kwitki, jako niewystarczający dowód, iż pieniądze mogą być nielegalne. Czujemy się zastraszeni. Krzyczą, że nie będą tracić czasu, że mamy się decydować. Nie wiemy, co robić. Podpisujemy. Wypuszczają nas, rzucając nam po 300 euro.

Mamy blisko 1400 kilometrów do domu, niesprawne auto, jesteśmy głodni, wyczerpani, musimy zatankować, zapłacić za autostrady...

Viva la France?!

Paweł do Francji jeździł dość często. Chętnie odwiedzał rodzinę mieszkającą pod Paryżem. - Dotychczas miałem ogromny sentyment i szacunek do tego państwa. Przyjaźni, serdeczni ludzie. Nawet kontrola policji była miła. Po tej nocy, moje odczucia drastycznie się zmieniły. Poczułem się wręcz zeszmacony.

Marcin powraca do tego wyjazdu niechętnie. - Nie mogę spać. Zrywam się nerwowo w ciągu dnia. Myślę o wizycie u psychologa. Zostaliśmy potraktowani jak BANDYCI...

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.