My - tysiące sprzedawców, pracowników call center, wreszcie zwykłych robotników - jesteśmy pozbawieni elementarnego bezpieczeństwa. Nie możemy planować naszego życia na dłużej niż tydzień do przodu. Jak w tych warunkach mamy zakładać rodziny i wychowywać dzieci?
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Redaktor Grażyna Borkowska roni krokodyle łzy nade mną - zatrudnionym na umowę śmieciową. Twierdzi, że taka nazwa "obraża pracujące tak osoby", które "nie mają wprawdzie etatu, ale mają pracę, i to często dobrą i nieźle płatną".

Pani Redaktor! Nie czuję się obrażony stwierdzeniem, że pracuję na umowie śmieciowej. Mam 32 lata, skończyłem studia. Jeśli czuję się czymś obrażony, to tym, że nigdy nie miałem płatnych wakacji. Tym, że po kilkudniowym przeziębieniu drżę, czy mam jeszcze pracę. Tym, że nie mam opłaconych składek emerytalnych, więc po kilkudziesięciu latach kiepsko opłacanej pracy na śmieciówkach czeka mnie na starość ubóstwo. A przede wszystkim - atmosferą przyzwolenia dla traktowania mnie, pracownika, jak przedmiotu, który można dowolnie wykorzystać, a potem wyrzucić. Atmosferą, do której przyczyniają się teksty takie jak Pani Redaktor.

Żaden z moich pracodawców nie potrzebował umowy śmieciowej, by szybko dostosować zatrudnienie do zmieniającego się rynku. Zespół "fachowców od telekomunikacji" nie zmieniał się, jak pisze Pani Redaktor, w "grafików". W call center chodziło o to, by trzymać nas w ciągłej niepewności, czy nie stracimy pracy. W sklepie - żeby nie płacić nam nadgodzin. Właściwie wszędzie - żeby podnieść zyski i nie płacić składek na nasze emerytury. Żadna z tych firm nie walczyła o przetrwanie. Walczyliśmy co najwyżej o nowy model Mercedesa klasy S dla właściciela.

Być może zlecenie zamiast etatu to "dobra i nieźle płatna praca" w środowisku Pani znajomych dziennikarzy. Ale dla większości z nas, skazanych na wieczną niepewność zatrudnienia, to praca za 1500 złotych miesięcznie. My - tysiące sprzedawców, pracowników call center, wreszcie zwykłych robotników - jesteśmy pozbawieni elementarnego bezpieczeństwa. Nie możemy planować naszego życia na dłużej niż tydzień do przodu. Jak w tych warunkach mamy zakładać rodziny i wychowywać dzieci?

Przyzwyczajono nas myśleć, że normalna, stabilna umowa o pracę to jakiś szalony przywilej, relikt PRL-u. Wystarczy wyjechać za Odrę, by zobaczyć, że to nieprawda. Jakoś gospodarka niemiecka nie upada, mimo wysokich płac i bezpieczeństwa socjalnego. A może to, że mamy niską wydajność gospodarki, to nie wina "roszczeniowych pracowników", ale pracodawców? Może to oni, przyzwyczajeni do konkurowania niskimi płacami, oduczeni inwestowania w firmy i ludzi, nie umieją być "innowacyjni", "elastyczni", "zaadaptować do zmieniających warunków rynkowych"? Dlaczego znowu to my, pracownicy, mamy za to płacić?

Pisze Pani, żeby walczyć z bezrobociem, dając kolejne prezenty pracodawcom. To droga donikąd. Jeśli państwo będzie płacić składki za pracownika przez rok, to pracodawcy będą zatrudniać na rok, a potem zwalniać i zatrudniać kolejną osobę. Umów śmieciowych trzeba po prostu zakazać i zdecydowanie ten zakaz egzekwować. Pracodawcy będą oczywiście w mediach narzekać, straszyć zwolnieniami, opowiadać jak im ciężko - a potem się dostosują i zaczną zatrudniać normalnie, jak w cywilizowanym kraju. Przecież w końcu żyją z naszej pracy, bez niej musieliby - strach pomyśleć - sami stać się pracownikami.

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl

Przeczytaj list Weroniki: ''Nazwa śmieciowa mnie obraża'' , będący polemiką z listem powyżej

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej na ten temat
Komentarze
Zaloguj się
Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem