Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Jestem osobą, która jako pierwszy rocznik miała religię w szkołach w 1990. Pan prof. Samsonowicz w wywiadzie twierdzi, iż zgodnie z wolą większości rodziców i nauczycieli - odbyło się wprowadzenie religii jako przedmiotu dodatkowego. Pytam w jaki sposób określono tę większość, i jaka ona była procentowo.

A nauka religii obecnie - cóż wydaje mi się, że obecna religia w szkole to kuźnia kadr dla ateistów i antyklerykałów - dlaczego - bo jest obowiązkowa, narzucona na siłę, katecheta to często szara eminencja szkoły, w dodatku oceniany jest światopogląd, a osoby niewierzące są sekowane, szczególnie młodsze.

Pod religię niejednokrotnie ustawia się plan lekcji, tak żeby księdzu było wygodnie, a nie zachowana jest zasada, że musi to być pierwsza lub ostatnia godzina zajęć.

Kościół cynicznie twierdzi że religia jest konieczna w szkole - owszem, ale tylko i wyłącznie z punktu widzenia finansów Kościoła - przecież to państwo płaci za etaty! Wraz z przeniesieniem religii do szkół Kościół nie musi utrzymywać sal, płacić katechetom czy innym osobom za prowadzenie lekcji religii - czysty zysk.

Prawda jest zaś taka, że komuniści i PRL wszelkimi sposobami chcieli zniszczyć religię, etosu nauki religii, i nie udało im się przez 45 lat - odsetek antyklerykalny był o wiele mniejszy w Polsce niż po 20 latach wolnej Polski. Taki oto gorzki paradoks.

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.