Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Współczuję nauczycielom, którzy są wyrzucani ze szkół bez szans na powrót do zawodu. W dzisiejszych czasach odnalezienie się na rynku pracy jest niezwykle trudne. Myślę, że filolodzy mają szanse w udzielaniu prywatnych lekcji, dziś nauka języków obcych jest wciąż w cenie. Nauczyciele przedmiotów ścisłych z pewnością będą mogli udzielać korepetycji, w końcu jak świat światem, nie każdy rodzic jest w stanie pomóc swojemu dziecku w matematyce czy fizyce. Tylko czy tego typu dodatkowe zajęcia przyniosą nauczycielom dochód wystarczający na utrzymanie się? W to już wątpię.

Nie jestem tak optymistycznie nastawiona do pomysłu szukania pracy przez chemików w przemyśle, tak jak to sugeruje E. Flasińska z Grupy Pracuj. Sama jestem chemikiem, szukałam pracy w zawodzie po studiach przez 10 miesięcy. Wiem co to znaczy wysłać 150 listów CV i motywacyjnych i nie otrzymać odpowiedzi nawet na jeden z nich.

Człowiek się czuje wtedy do niczego, oddala się od znajomych, którzy mają pracę, izoluje się w oczekiwaniu na ten jeden telefon lub e-mail z zaproszeniem na rozmowę kwalifikacyjną. Nikt nie zdaje sobie sprawy z tego ilu jest chemików-nie nauczycieli, którzy szukają pracy w tak zwanym przemyśle? Wielu moich znajomych po studiach podjęło zatrudnienie w centrach handlowych, firmach ubezpieczeniowych, a nawet na budowie! Choć wciąż szukają pracy w zawodzie chemika, szanse maleją z roku na rok, nie mają już styczności z laboratorium czy literaturą branżową. Na rynek pracy wchodzą nowi absolwenci i są oni konkurencją. Poza tym niestety, w naszym kraju o przyjęciu do pracy decydują przede wszystkim znajomości. Jest tak w firmach farmaceutycznych i w ośrodkach naukowych.

Ostatnio dużo się mówi o potrzebie przebranżowienia. Historyk, który nie może znaleźć pracy w zawodzie powinien zrobić kurs na kierowcę tira i problem rozwiązany! Z pewnością łatwo jest dawać takie rady osobie pracującej w firmie pośrednictwa, która sama sobie siedzi w wygodnym fotelu, ma pracę od 8 do 16 i nie musi jeździć tym tirem.

Mój znajomy, chemik, z podyplomowymi studiami BHP, znalazł wreszcie upragnioną pracę w zawodzie w firmie budowlanej - oczywiście po znajomości. Po kilku miesiącach okazało się, że jego stanowisko jest likwidowane (jego znajomości nie sięgały do osoby decyzyjnej!) i dostał do wyboru zwolnienie albo kurs na rozkładarkę asfaltu i prace na drodze. Znając sytuację na rynku pracy zdecydował się na tę drugą opcję.

Już od roku jest pracownikiem fizycznym - jedynym z w swojej grupie z wykształceniem wyższym i podyplomowym, którego nie ma nawet kierownik budowy - jego przełożony. Fizycznie radzi sobie dobrze, jest w stanie wykonywać tę ciężką pracę, ale psychicznie jest coraz bliżej depresji. Nie jest w stanie odnaleźć się w środowisku ludzi używających przekleństw co drugie słowo. Szefostwo zwraca się do pracowników fizycznych bez szacunku, w sposób obraźliwy i daleki od poszanowania godności. Studia wyższe dają nie tylko wykształcenie i tytuł mgr, ale także kulturę i ogładę. Jak więc człowiek o pewnym poziomie intelektualnym i osobistym może znieść brak elementarnej kultury w pracy?

Problem z przebranżowieniem nie polega na braku elastyczności pracowników, braku możliwości czy chęci, ale właśnie w kulturze, której próżno szukać na tej przykładowej budowie. Trudno jest oceniać co gorsze, depresja z powodu bezrobocia czy wynikająca z braku poszanowania w pracy. To pewnie zawsze kwestia indywidualna. Dlatego współczuję nauczycielom. Przyjdzie im się zderzyć z brutalną rzeczywistością rynku pracy!

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.