Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Chcecie podzielić się swoimi wakacyjnymi doświadczeniami? Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl

To miały być pierwsze samodzielne wakacje. Wiadomo - rekrutacja skończona, studia zaklepane, trochę pieniędzy odłożonych - można wyruszyć. Razem z dziewczyną, Moniką wykonujemy wiele telefonów połączonych z intensywnym przeczesywaniem internetu, tak, aby coś taniego znaleźć.

Z gór chcemy nad morze

Jesteśmy z Bielska-Białej. Jest początek lipca. Bardzo chcemy pojechać nad morze, chociaż na tydzień. Budżet, po zsumowaniu wszystkich zaskórniaków niewielki: wychodzi 1000 i trochę złotych na dwoje. Zaczyna się debata - namiot czy pokój. Mnie jest w zasadzie obojętnie, jej zależy na tym, żeby było bezpieczniej - tak w założeniu ma być w kwaterze prywatnej.

Dzwonimy. Odbiera miła pani, jak się okazuje właścicielka niewielkiego domu na Helu. Żartobliwie pytam o wczasy zakładowe. Jak się okazuje, wynajmuje kilka pokoi. Wszystkie zajęte. - No, a czego się pan spodziewał? Przecież to szczyt sezonu jest! - zostaję ofuknięty. - I nic się nie znajdzie? Może coś pani wykombinuje, możemy przenosić się nawet co noc. Bardzo nam zależy... - przekonuję.

W końcu okazało się - jest. Z jakiegoś powodu pani nie uwzględnia go w grafiku. Bo na strychu. Bo nieporządek. - Wie pan, ten pokój jest w zasadzie niegotowy, to taka graciarnia wcześniej była, wie pan... - z jednej strony pani zachowuje się, jakby nie chciała wynająć, z drugiej w głosie słychać co innego. - Ale my jesteśmy studentami, naprawdę, nie ma problemu, chodzi o to, żeby się umyć i przespać gdzieś, to nie musi być przecież żaden luksus... - No to co pan gada, że zakładowe? - ścisza głos. - Wie pan, ja faktur tu nie daję, nie mam działalności...

- A ile pani chce za ten pokój, tak jak dla studentów? Śmiech. - Tak, jak dla studentów, to dacie 50 złotych za noc i będzie dobrze. Tylko wie pan, po cichu, a do łazienki to będziecie musieli ze strychu niżej schodzić, bo tam, u góry jest tylko umywalka.

Dokonujemy więc "cichej" rezerwacji i zaczynamy poszukiwania środka transportu.

Na najtańszy pociąg

Bez entuzjazmu wklepuję początek i koniec podróży w wyszukiwarkę PKP, wciskam enter i patrzę... jest! Wszystko ładnie opisane, a sam pociąg górnolotnie (jak miało się okazać), ochrzczony mianem Pogoria. Cena biletu, po odjęciu 37 proc., wynosi 47,88 zł i, jak na nasz budżet jest niezwykle kusząca.

Dwa dni później zapakowani i gotowi na wszystko ruszamy na bielski dworzec główny. Pani w kasie jest niezwykle uprzejma, na każde moje stwierdzenie reaguje wesołym "ale nie ma problemu" i sprzedaje nam bilety, opakowane w papierową kopertkę obustronnie zadrukowaną przeróżnymi reklamami.

Jak na nocny pociąg, Pogoria wyrusza dosyć wcześnie, gdyż opuszcza Bielsko według rozkładu o 16:23. My przybyliśmy na dworzec, zanim pociąg podstawiono. Na peronie oczekuje go już spory tłumek podróżnych, będzie spokojnie ze 100 osób. W słońcu ludzie wyszukują sobie najbardziej dogodne miejsca do oczekiwania, tam, gdzie ich zdaniem zatrzymają się wagony poszczególnych typów. Dwie emerytki wykłócają się o źle kupione kuszetki ("Zosia, tylko jak my na te górne łóżka wejdziemy"), trzech młodych chłopaków w skejtowskich ciuchach stykając się ramionami konspiracyjnie debatuje, czy zabrali dość piwa i kanapek, jak na przeszło 13-godzinną podróż.

Uff, jak gorąco...

Na torowisku od strony Katowic zaczyna majaczyć duży, niebiesko-zielony kształt. Po kilku minutach pojawia się nasz skład, ciągnięty przez wielką, świeżo odmalowaną lokomotywę spalinową. Gdy mija nas - jadąc z prędkością kilku kilometrów na godzinę - powietrze z bardzo ciepłego staje się nieznośnie gorące i pojawiają się kłęby gryzącego dymu.

Poszczególne części składu wyglądają inaczej, w zależności (takie skojarzenie samo się nasuwa) od ceny biletu. Wagon sypialny i kuszetka "bezpościelowa" prezentują się elegancko, pierwsza klasa wygląda jeszcze-jeszcze, natomiast wagony klasy drugiej, najliczniejsze - prezentują obraz nędzy i rozpaczy. Z podwozia wyciekają jakieś płyny. Słychać też niepokojące warczenie i zgrzyty. Kiedy tylko pociąg się zatrzymał - tłumek rzucił się na drzwi wagonów, jakby skład miał odjechać za minutę. Po pewnym czasie i my siedzimy wygodnie (na razie sami) w ostatnim wagonie, w przedziale mniej-więcej pośrodku.

We wnętrzu wagonu panuje temperatura jak w komorze sterylizacyjnej. Otwieramy okno w przedziale oraz na korytarzu. Po chwili, gdy wyjeżdżamy (punktualnie) z Bielska, pociąg nabiera prędkości i klima zaczyna działać. Można się wyciągnąć wygodnie na siedzeniach, póki nie ma tłoku. W przedziałach panuje względny porządek - paprochy zamieciono pod kanapy i kiedy zaglądam pod jedną z nich w poszukiwaniu długopisu widać niezliczoną ilość kłębów kurzu i grzejnik elektryczny (wyłączony).

Miłe złego początki

W Tychach dosiada się spora grupa ludzi, ale głównie do przodu. Mało kto wsiada do nas. Pociąg stopniowo się zapełnia. Wysoka temperatura wymusza wysokie spożycie wody mineralnej. To zaś wymusza bezwzględną potrzebę udania się do lokalu znajdującego się na końcu wagonu. Po wyjściu na korytarz czuć zapach dymu z kiepskich papierosów.

Na pokładzie podobno obowiązuje zakaz palenia (osobiście myślę, że gdyby jeden wagon zostawić dla palących, to nie palono by wszędzie, gdzie popadnie), ale już z moich wcześniejszych obserwacji wynikało, że ludzie traktują go dosyć lekceważąco. Mój tytoniowy demon jest jeszcze na uwięzi, zaś Monika od kiedy tylko ją znam, twierdzi, że pali okazyjnie (czyli kiedy myśli, że ja nie widzę) więc przez pewien czas będziemy jeszcze podróżować w zgodzie z prawem.

Łazienka przyjemnie zaskakuje. Nie zjawił się dotąd nikt, kto zdążyłby ją zapaskudzić. Jest woda (w umywalce uruchamiana przyciskiem - witamy w XXI wieku), papier, mydło (w kostce i płynne) i ręcznik papierowy. Pełen luksus. Do metalowej kratki, za którą powinna być bryłka detergentu odświeżającego powietrze, jest kilka niedopałków. Cóż, kulturka. Wracam do siebie.

Kocioł zaczyna się w Katowicach. Wsiada bardzo dużo ludzi (trudno oszacować ile, ale na peronie jest bardzo tłoczno), a od drugiej strony widać dwa już ukończone i wyremontowane perony cieszące oko nowoczesną architekturą. Z nich odprawia się pociągi regionalne. Peron trzeci, środkowy jest w remoncie. Nas skierowano na drugi, pamiętający zapewne jeszcze towarzysza Gierka.

Postój w Katowicach trwa dosyć długo. Dosiada się do nas małżeństwo w średnim wieku. Też jadą nad morze, do Gdańska-Wrzeszcza, gdzie mają rodzinę. Zaraz gdy ruszamy, wychodzę rozprostować nogi. W ostatnim przedziale bunkruje się sześciu ogolonych na łyso byczków. Zamykają się od środka na stalową linkę, taką, jaką przywiązuje się rower. Bagażu nie mają wiele, za to ich torby podzwaniają sugestywnie. Za Zawierciem, gdzieś z przodu rozlega się ciche przygrywanie na gitarze. W przedziale obok naszego, gra nieco przytłumione radio ("Krzysiu, zrób głośniej, dziennik podają").

Nieszczęście zwane: grupa kolonijna

Zanim dojechaliśmy do Częstochowy pojawia się konduktor. Kontrola przebiega bardzo szybko i sprawnie. Wiedziony ciekawością zerkam jak zareagują byczki. Konduktor stuka cierpliwie, w końcu stalowe zabezpieczenie zostaje zdjęte, mijają może dwie minuty i kolejarz wychodzi uśmiechnięty od ucha do ucha. Rzuca "panowie, ja wszystko rozumiem, ale bez przesady", wtóruje mu salwa śmiechu. Już jesteśmy w Częstochowie i tu niespodzianka - do czterech zamkniętych przedziałów wsiada grupa kolonijna (następna wsiada do wagonu przed nami) i zaczyna się rozgardiasz.

Dzieci (na oko jedenasto-, może dziesięcioletnie) biegają po całym wagonie niezmordowanie aż do godziny 23. Z ich smartfonów wydobywa się kakofonia z kilku odtwarzanych na raz piosenek. Jedna z uczestniczek zbłądziła do naszego przedziału - częstuje nas chrupkami.

Gdzieś za Radomskiem elektronika idzie na bok - jeden z kolonistów (większość sprawia wrażenie, jakby po raz pierwszy podróżowała pociągiem) odkrywa łazienkę. Na korytarzu zaczyna się bitwa na kulki ze zmoczonego ręcznika papierowego. Zabawę mają przednią. Po jakiś pięciu minutach rozlega się gruby głos, wzywający dzieci do natychmiastowego przerwania działań "wojennych". Pociski latają dalej. Podłoga w kilku miejscach jest pokryta zielonkawą papką. Jadąca z nami pani wychodzi, by zwrócić im uwagę, a gdy to nie skutkuje, idzie do drugiego wagonu, by donieść opiekunkom grupy, które jak się okazuje, jadą w osobnym przedziale w błogiej nieświadomości.

Nie ma jak groźny emeryt

Paniom pedagożkom udaje się zagonić dzieci do przedziałów przed północą i przed Włocławkiem. Do samego końca podróży siedzą karnie, jak trusie, gdyż tuż po tym jak wychowawcy poszli do siebie, do każdego z czterech przedziałów zajrzał sędziwy i groźny emeryt i obiecał im tęgie lanie, jeśli się nie uspokoją i będą zakłócać jego sen. W wagonie na krótko robi się spokojnie.

W Łodzi (pociąg zatrzymuje się tam na czterech stacjach: Widzew, Chojny, Kaliska i Żabiniec) słychać gardłowe okrzyki przeciwników Widzewa, kierowane przez kogoś z naszego pociągu do ludzi w podmiejskim, który stoi na peronie obok. Mijają nerwowe minuty - będą się bić, czy nie? Nasz pociąg odjeżdża. Tym razem skończyło się na pyskówce.

Aż do Kutna, kiedy kolonijne dzieci nie wpadają na urządzenie konkursu "kto najlepiej i najgłośniej umie kląć" - kibole z Łodzi byliby dumni z takiego narybku - nic nie zakłóca spokoju podróżnych. Znów kontrola biletów.

Nocne, pociągowe Polaków rozmowy

W łazience warunki ulegają pogorszeniu. Umywalkę ktoś zatkał, a w wodzie, która jeszcze nie spłynęła pływają pety. Wszędzie pełno śmieci i jest ogólnie dużo brudniej. W drodze powrotnej patrzę, co dzieje się u nieco zapomnianych byczków. Grają w karty. Kolejne opróżnione butelki wyrzucają przez okno. Palą w przedziale, a po zapachu można poznać, że nie tylko papierosy. Wakacyjna atmosfera się rozkręca. Na zewnątrz zaczyna padać lekki deszczyk.

Zaraz za Włocławkiem przychodzi kolejna konduktorka. Mało ma pracy, cały czas chichocze, a kiedy Samotny się budzi i opowiada sprośny kawał (nie nadaje się do cytowania) zaczyna zanosić się głośnym śmiechem. Na czyjąś uwagę, żeby poszła uspokoić byczki, mówi, że ona sama nie pójdzie, ale jeśli ktoś jest ciekaw, to niech idzie sam - ona może "po sprawdzeniu" pogotowie wezwać, ale mieszać się nie będzie. W doskonałym nastroju opuszcza nasz wagon, a jeszcze w przedsionku odpala papierosa całkowicie oficjalnie.

Na krótko zasypiam (wcześniej dwie godziny zdrzemnęła się Monika) i budzę się dopiero w Bydgoszczy.

Monika zasypia, a ja podejmuję cichą konwersację z Panią najpierw o tym, że boi się byczków i "innych takich", w końcu dyskusja schodzi na krótką listę pana Kaczyńskiego, budzi się pan i zaczyna mnie przekonywać, że Leppera powiesili. Dziwni ci ludzie. Wszędzie upatrują jakiegoś spisku. Pani mówi panu, że boi się byczków. Pan zasypia. Ja znów idę zapalić.

Coś się pali...

W Tczewie (jest godzina 3:40 w nocy) wybucha strasznie głośna awantura, krzyki dobiegają od strony przedziału byczków. Zapalamy duże światło. Przychodzi młoda kobieta z innego przedziału i mówi, że jakiś facet od nich poszedł im zwrócić uwagę (bo zaczęli być coraz głośniej). Robi się niebezpiecznie.

Ktoś idzie po konduktora. Zanim on zdążył przyjść, wszystko ucichło. Poszedłem sprawdzić i zapalić. Byczki piją dalej w jak najlepszej komitywie, w końcu wagonu dymu jakby się coś paliło. To zasługa byczków i trzech kolonistów z samego końca pociągu. Na mój widok uciekają.

Przychodzi konduktor. Zwraca byczkom uwagę i dostaje zwięzłą odpowiedź: -Wypier... - pada zza drzwi przedziału.

Kolejarz rezygnuje z dalszych negocjacji i wraca do siebie. Do Gdańska jest już spokojnie. Na Głównym wysiada masa ludzi i w pociągu robi się luźno. We Wrzeszczu zostajemy sami.

Przejechaliśmy całą Polskę i tylko 15 minut opóźnienia

W Gdyni zmieniają lokomotywę na spalinową. Pociąg jedzie wolniej i strasznie szarpie. We Władysławowie wysiadają koloniści. Do końca podróży (przynajmniej te z naszego wagonu) siedziały spokojnie i grzecznie. Nie były pewne, czy ów groźny "dziad" - jak go między sobą nazywali - już wysiadł. Wjeżdżamy na mierzeję i obserwujemy widoki. Momentami pociąg jedzie niemal po plaży, a tory są przytulone do drogi. Na Hel dojeżdżamy z 15-minutowym opóźnieniem. Nie jest źle.

Pokój na poddaszu prezentuje się całkiem dobrze. Pani zdążyła go trochę "poprawić" przed naszym przyjazdem. Żąda zapłaty z góry, dowody ją nie interesują. Znów popisuję się żartem, że może u niej nocować jakiś uciekinier. Zbywa mnie półsłówkiem. Morze jest piękne.

Wrażenia z powrotu opisuję zdjęciem.

Monika mówi, że następnym razem też pojedziemy pociągiem. Ale szarpniemy się na sypialny. Na dwójkę.

Do napisania tych słów zainspirował mnie artykuł "Polak na autostradzie". Uważam, że podróż polskim pociągiem nie pozwala na nudę i jest czasem barwniejsza niż sam urlop. Pewne szczegóły zostały opisane tak, jak zostały, ponieważ uważam, że to nie wina obsługi pociągu, że niektórzy na pokładzie zachowują się tak, jak się zachowują. Dla nas konduktorzy byli bardzo mili i nie chcę, by mieli jakieś nieprzyjemności.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.