Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Jak to się robi w bejsbolu, czyli konkretne umiejętności, a nie średnia wartość zawodnika

Billy Beane (tak się manager nazywa) też tkwi w schemacie: bez wielkiej kasy na kupno wielkich zawodników, nie uda się odwrócić "złej passy" drużyny. To co go jednak odróżnia od ludzi z branży, to gotowość do niestandardowego myślenia i przyjęcia nowych idei. Dlatego kiedy spotyka młodego Petera Brandta, absolwenta ekonomii pracującego w innym klubie (gdzie nikt nie chce nawet wysłuchać tego, co ma do powiedzenia), bez wahania go zatrudnia i godzi się wprowadzić w życie pomysły, których stara bejsbolowa gwardia nie rozumie, którymi gardzi i uważa za szkodliwe.

Peter Brand odrzuca bowiem bejsbolowy romantyzm, gdzie króluje "talent od Boga", "łut szczęścia" i inne nieweryfikowalne miazmaty, na rzecz zimnej analizy matematycznej. Młody Brand dowodzi, że z zawodników Oakland Athletics da się wydusić znacznie więcej, jeśli każdy z nich dostanie do wykonania zadanie, w którym wykorzysta swoją najmocniejszą stronę.

Innymi słowy: Brand proponuje, by skończyć z wszechstronnością zawodnika (bo tak uzdolnionych Oakland nie ma), a skupić się na maksymalnym wykorzystaniu tych umiejętności, które poziomem są zbliżone do posiadanych przez najlepszych w lidze (w odpowiednim momencie meczu, znając słabe strony przeciwnika itd.).

I w ten sposób z ligowych "przeciętniaków" Billy i Peter budują (na przekór trenerom, zarządowi klubu i kibicom) wielką drużynę, która zagra o mistrzostwo.

"Rewolucja" (w sposobie myślenia), której obydwaj dokonują rozlewa się na wszystkie drużynowe dyscypliny sportu i dzisiaj nikt sobie nie wyobraża, że można się bez analizy matematycznej obejść (robi się ją nie tylko przed, ale i w trakcie np. meczu piłki nożnej).

Skok jakościowy bez dodatkowych nakładów

Wielu zajmujących się polską oświatą podkreśla, że bez zwiększonych nakładów (nowoczesne środki dydaktyczne, większe pensje belfrów itd.) nie da się poprawić efektywności nauczania.

Moim zdaniem nie tylko się da, ale można osiągnąć znacznie lepsze wyniki w stosunkowo krótkim czasie, wykorzystując "zasoby ludzkie" i materialne, które mamy do dyspozycji. Nie trzeba przy tym uchwalać nowych ustaw (wystarczy rozporządzenie) i ogłaszać kolejnej wielkiej reformy (denerwując i strasząc wszystkich zainteresowanych). Nie trzeba też pytać o zgodę nauczycieli, związków zawodowych i rodziców.

Pożądana zmiana nie narusza bowiem niczyich interesów i powtórzę - nie wymaga przyzwolenia ministra finansów. Wystarczy na początek zdać sobie sprawę z tego, jak głupio jest i jak być powinno.

Średnia w szkole

Przypomnijmy: w polskiej szkole mamy sześciostopniową skalę oceniania (wyrażaną cyframi od 1 do 6). Tak ocenia się w trakcie roku szkolnego oraz na koniec semestru i roku szkolnego (średnia ocen cząstkowych z konkretnego przedmiotu i średnia ocen ze wszystkich przedmiotów na potrzeby szkolnych rankingów itd.).

Inaczej ocenia się końcowe osiągnięcia ucznia na koniec etapu kształcenia: zamiast ocen cząstkowych wyrażonych cyfrą, mamy punktowany egzamin zewnętrzny (taki sam dla uczniów w całej Polsce).

Przyjrzyjmy się uważnie ocenianiu wewnątrzszkolnemu, czyli jedynkom, dwójkom itd. i tym, co się wyprawia w polskiej szkole z Bogu ducha winnymi cyferkami.

Jan Kowalski dostaje na języku polskim w ciągu jednego semestru kilkanaście ocen cząstkowych. Jedne są za czytanie ze zrozumieniem, inne za dyktanda, jeszcze inne za test z gramatyki itd. Jan jest więc oceniany za wiele różnych umiejętności, za wiedzę itd. Wszystkie oceny Jana na koniec semestru (później roku) trafią do maszynki, która dzięki średniej arytmetyczne (ważonej - to bez znaczenia) zamieni je w ocenę semestralną/końcoworoczną.

Jan Kowalski może w przyszłości zostanie poetą i dostanie literackiego Nobla, dzisiaj musi się jednak zadowolić oceną dobrą, bo średnią psują mu: jedynka za recytację wiersza (dzień wcześniej grał długo w nową grę i się nie nauczył) oraz trójki z dyktand. Świetnie, jeśli on sam i jego rodzice wiedzą dlaczego Jan nie ma z języka polskiego piątki na koniec roku. Najczęściej jednak ani uczeń, ani rodzice nie mają pojęcia, które umiejętności są opanowane w stopniu wystarczającym, wybitnym, a które w ogóle! Nie wiedzą, bo zamiast informacji o tym, co Jan powinien jeszcze poćwiczyć, dostają średnią, z której nie wynika nic.

Po co w ogóle nauczycielowi języka polskiego taka ocena końcoworoczna ("wyciąg" z ocen cząstkowych)? Jakiej informacji o Janie Kowalskim mu ona dostarcza? Żadnej, ale skoro tak jest od lat, to widocznie tak być musi.

Jan Kowalski jest uśredniany nie tylko na poszczególnych przedmiotach. Najbardziej szkodliwe jest wyciąganie średniej z przedmiotów tak różnych, jak matematyka i język polski. Co ma ze sobą umiejętność czytania ze zrozumieniem i rozwiązywanie zadań z geometrii? Poza tym, że jedno i drugie wymaga myślenia, jak wszystko, co robimy, żadnej wspólnej płaszczyzny nie ma. Dlaczego więc wyciągamy średnią ze wszystkich przedmiotów (wprzód uśredniwszy osiągnięcia w ramach matematyki, muzyki itd.)?

Jedynym wytłumaczeniem tak absurdalnego zabiegu, jest bardzo złe przywiązanie do iluzji. Zamiast opisu szkolnej rzeczywistości, nauczyciele i dyrektorzy szkół mają łatwy w użyciu instrument, który pozwala im udawać, że wiedzą coś o osiągnięciach swoich podopiecznych.

Jan Kowalski ma średnią 3.8, Anna Kowalska 4.5, a klasa 6b 2.7 (zgroza!). Trzeba teraz średnie uczniów i klas wrzucić w tabelkę i już mamy gotowy ranking, który zwalnia nas z obowiązku zastanowienie się, których umiejętności uczymy marnie i dlaczego.

Zimnym prysznicem są dla szkół egzaminy zewnętrzne: okazuje się często, że Jan Kowalski ze średnią 3.8 uzyskał na teście gimnazjalnym znacznie lepszy wynik niż Anna Kowalska ze średnią 4.5, a matury na poziomie podstawowym z matematyki nie zdało 25 proc. do niej przystępujących (jak to możliwe skoro zdawali z klasy do klasy i z matematyki mieli oceny lepsze od dwójek?).

Zamiast mądrej refleksji, mamy do czynienia z racjonalizacją: "testy" zewnętrzne są durne, nie pozwalają na kreatywność, ciągną w dół, skłaniają do schematyzmu itd. (Mówią to ci sami nauczyciele, którzy z lubością swoich uczniów "uśredniają"!).

Ministerstwo przyznaje rację, ale.

Od lat toczę jednoosobowo batalię o wyrzucenie średniej z polskiej szkoły. Znamienna jest treść listu, który otrzymałem od urzędników MEN-u.

Przyznali mi oni rację, że wyciąganie średniej z różnych przedmiotów jest bez sensu, ale. "nikt nie nakłania nauczycieli i szkół do posługiwania się sześciostopniową skalą ocen i wyciągania średniej". Teoretycznie każda szkoła sama może skonstruować system oceniania: urzędnicy MEN-u mają oczywiście rację. Szkopuł w tym, że na koniec semestru/roku szkolnego trzeba wyrazić ocenę cyferką od 1 do 6 (tak stanowi rozporządzenie), a średnia ocen ma wpływ np. na możliwość otrzymania świadectwa z wyróżnieniem (biało czerwony pasek to dodatkowe punkty w trakcie przyjęcia do szkoły średniej).

MEN wie, że średnia jest bez sensu i że 99 proc. szkół posługuje się tradycyjnym modelem oceniania. Wie też, że każdy dyrektor, który wprowadza w swojej szkole inny system, dodaje sobie i nauczycielom pracy (np. punkty i tak trzeba na koniec semestru "przeliczyć" na oceny), ale próbuje się wykpić twierdzeniem, że nikt nikogo do średniej nie przymusza.

Od lat szukam swojego Billego Beanea; póki co bez rezultatu.

Jak żyć bez średniej

Jeżeli chcemy się dowiedzieć, czego Jana Kowalskiego nauczyliśmy, a czego jeszcze nie nauczyliśmy, musimy jednym rozporządzeniem wyrzucić z polskich szkół oceny wyrażone cyfrą i zakazać posługiwania się średnią arytmetyczną.

Zamiast cyferek możemy używać liter (A, B, C, D, E, F). Nie da się z nich wyciągnąć średniej. Zamiast oceny końcoworocznej wprowadźmy punktowane testy końcoworoczne z każdego przedmiotu, które sprawdzą, czy osiągnęliśmy założone cele kształcenia.

Test pozwoli nauczycielom analizować w trakcie letnich wakacji, które umiejętności konkretny uczeń (a nie klasa, czy szkoła!) powinien jeszcze ćwiczyć (niech odżyją zespoły przedmiotowe!); pozwoli na przygotowanie instrumentów (metod), które Jana Kowalskiego do celu poprowadzą; krótki opis testu będzie też dla ucznia i rodzica rzetelną i miarodajną informacją o jego osiągnięciach.

Jednocześnie system oceniania stanie się bardziej spójny i czytelny: mamy przecież zewnętrzne egzaminy, które ani ocenami od 1 do 6, ani średnią się nie posługują.

Nauczyciele staną się prawdziwymi "trenerami", którzy będą analizować poszczególne osiągnięcia swoich uczniów i pracować nad ich lepszym wynikiem (mamy już w szkołach narzędzie badające przyrost wiedzy i umiejętności: edukacyjną wartość dodaną; nowy system oceniania je wesprze), a dyrektorzy managerami, którzy swoich pracowników rozliczają z efektów pracy. Nikt już nie będzie mógł wykpić się uśrednieniem skomplikowanej szkolnej rzeczywistości.

A za trzy lata będziemy się chwalić znacznie lepszymi wynikami polskich uczniów. I nie wydamy na to prawie żadnych pieniędzy!

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.