Czy Karta nauczyciela nie jest przysłowiową marchewką służącą do mydlenia oczu? Czy nie jest zawieszona na kiju, którego boimy się dostrzec? Zbiednieliśmy tak bardzo, że staliśmy się zachowawczy i lękliwi, bierzemy co nam dają z poczuciem zawstydzenia, bo przecież mamy "liczne przywileje".
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Od tego się zaczęło: "Zlikwidować Kartę nauczyciela" powiedział Leszek Balcerowicz.

A tu przeczytaj list otwarty Pawła Huelle do Balcerowicza.

Z uwagą przeczytałam list otwarty Pawła Huelle do Leszka Balcerowicza. Problemy, z jakimi borykają się dziś nauczyciele dotyczą mnie osobiście. Zgadzam się z autorem listu i jestem w stanie przytaczać kolejne argumenty, które wykażą, że to trudny, zaszczytny i niedoceniany zawód. Ale czytając zacytowane wypowiedzi pana Balcerowicza pomyślałam, że może to jest właśnie droga do poprawienia warunków naszej pracy? Można twierdzić, że zawód nauczyciela to misja, pasja, powołanie, ale chyba wszyscy oczekujemy wynagrodzenia pozwalającego na przyzwoite życie, opłacenie rachunków, wychowanie dzieci. Zapłata jest wymierną wartością tego zawodu.

Po niemal 30 latach pracy stwierdzam, że w moim przypadku, i zapewne wielu nauczycieli, nauczanie nie jest sposobem zarabiania na życie. Dla większości z nas to realizacja tych wartości, które trudno przeliczyć w złotówkach.

Niskie pensje nauczycieli są od lat tematem atrakcyjnym dla polityków i społeczników. Państwo nie płaci nam wiele, bo nie lęka się, że nauczyciele nie podejmą pracy. Tu działa poczucie odpowiedzialności.

Pensje brutto wyglądają atrakcyjnie, ale są to pieniądze wirtualne, których nauczyciele nie niosą w swoich portfelach, urzędnicy je tylko przeksięgowują z konta płatnika na konto ZUS i US.

Ażeby zrekompensować niskie wynagrodzenie dostajemy tzw. przywileje z Karty nauczyciela: krótszy czas pracy przy tablicy, dłuższy urlop, możliwość skorzystania z urlopu na poratowanie zdrowia. Przy czym niskie pensum godzinowe to furtka dla dodatkowego zatrudnienia, czasem drugiego etatu.

Gdyby nasz pracodawca chciał nas zatrzymać 40 godzin w pracy musiałby stworzyć odpowiednie warunki: stanowiska pracy, komputer dla każdego nauczyciela, dostęp do internetu, czytelnię wyposażoną w aktualną literaturę fachową, zaplecze socjalne. Może jednak taniej jest pracodawcy utrzymać 18 godzinne pensum, skoro i tak każdy nauczyciel jest w pracy tyle czasu ile tego wymaga jego poczucie obowiązku? I niczego się w tym czasie nie domaga, bo jest już "po lekcjach"?

W czasie "długiego" urlopu "dorabiamy" na koloniach i obozach, półkoloniach, akcjach "Lato w mieście" itp. formach opieki nad uczniami, a z urlopu zdrowotnego można by było skorzystać pod warunkiem, że nie podejmie się dodatkowej pracy.

Tylko nieliczni mogą sobie pozwolić na komfort utrzymania się z podstawowej pensji i decydują się na urlop zdrowotny zwykle wtedy, gdy grozi im zwolnienie z pracy z powodu likwidacji oddziałów, bo jednak lepsza pensja niż zasiłek. Bo chory nauczyciel w szkole to norma, nawet w reklamie radiowej słyszymy jak uczeń zaleca nauczycielce lek na chrypkę.

Wizerunek jaki nauczycielom zbudowały media to odrębny problem, w nich nawet przedszkolaki są mądrzejsze od swoich wychowawców, np. reklama suplementu diety Apetizer.

Ponadto z naszych niskich zarobków dokształcamy się i wyposażamy swój warsztat pracy. Płacimy za studia podyplomowe, szkolenia i konferencje, kupujemy fachowe książki i czasopisma, materiały biurowe do zajęć z uczniami, papier i tusz do drukarki (korzystamy z komputera dziecka lub współmałżonka), ołówki i długopisy.

A gdyby tak jednak sprywatyzować szkolnictwo? Spróbuję uwolnić marzenia o nauczycielu - przedsiębiorcy.

Prywatyzacja szkolnictwa mogłaby dać nauczycielom szansę na poprawę sytuacji bytowej. Indywidualne kontrakty negocjowane z władzami samorządowymi poparte rzeczowymi argumentami pozwoliłyby na lepsze motywowanie i wynagradzanie. Dzisiejszy dodatek motywacyjny wywołuje pobłażliwy uśmieszek. Może władzom samorządowym byłoby wstyd proponować nauczycielom obecne pensje, a w tej chwili mają argument - centralna regulacja.

Może otrzymywalibyśmy wynagrodzenie brutto, może udałoby się założyć nauczycielską KNUS (na wzór rolniczej, Kasa Nauczycielskiego Ubezpieczenia Społecznego). A jeśli nie, to za 250 zł miesięcznej składki mielibyśmy rodzinne ubezpieczenie w prywatnych centrach medycznych.

Podobną kwotę moglibyśmy przeznaczyć na przyszłą emeryturę, np. IKE (dla młodych nauczycieli to byłoby prawdziwe zabezpieczenie starości). Materiały niezbędne do wykonywania zawodu kupowalibyśmy na rachunek, jak przedsiębiorcy. Laptopy, iPady, drukarki, tusze, tonery, papier do ksero, książki i materiały biurowe. Te zakupy zmniejszałyby nasze obciążenie podatkowe. Podobnie kształcenie zwiększałoby koszty uzyskania przychodu. Samochód można by było kupić na raty, gdzie odsetki od kredytu bankowego również byłyby kosztem przedsiębiorczego nauczyciela.

Rozmarzyłam się... tak wygląda moje marzenie o pracy: Pracuję w jednym miejscu, 40 godzin tygodniowo, tylko 8 godzin dziennie, mam swoje miejsce, biurko, krzesło, komputer, materiały biurowe, dostęp do mediów i fachowej literatury. Idę na lekcje z uczniami dobrze przygotowana, mam skopiowane materiały na lekcję, nie biegłam do punktu ksero na przerwie, mam prezentacje multimedialne, pomoce audiowizualne zapewnione przez szkołę.

Wreszcie nie pędzę taksówką do kolejnego miejsca pracy, a gdy zachodzi potrzeba wyjeżdżam na konferencje w ramach delegacji. Do lekarze idę, gdy jestem chora, a nie wtedy, gdy mam ferie. A na urlop wyjeżdżam sama albo z własnymi dziećmi na całe dwa tygodnie. I może nareszcie kupię sobie małą torebkę, a nie aktówkę na pomoce dydaktyczne...

Wizerunek nauczyciela dalekiej przeszłości? Czym różni się od aktualnych warunków jakie ma w swojej pracy przeciętny urzędnik? Urzędnik, który zazdrości nauczycielowi krótkiego czasu pracy, długiego urlopu i pozostałych przywilejów płynących z Karty nauczyciela? Czy Karta nauczyciela nie jest przysłowiową marchewką służącą do mydlenia oczu? Czy nie jest zawieszona na kiju, którego boimy się dostrzec? Zbiednieliśmy tak bardzo, że staliśmy się zachowawczy i lękliwi, bierzemy co nam dają z poczuciem zawstydzenia, bo przecież mamy "liczne przywileje".

Oczywiście, mogę zmienić pracę i pracodawcę, szukać satysfakcji zawodowej i finansowej poza szkolnictwem. Tylko jeśli tak zrobią wszyscy ambitni nauczyciele to wkrótce scenki z reklam będą rzeczywistością: to dzieci będą uczyć, a szkoła stanie się instytucją opiekuńczą, a nie edukacyjną.

Czy zgadzasz się z tą opinią? Kto ma rację Huelle czy Balcerowicz? Napisz: listydogazety@gazeta.pl

List męża nauczycielki: Nie ma racji Paweł Huelle, wiem to

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Bartosz T. Wieliński poleca

Przydatne linki

Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem