Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że celem ewentualnych zmian nie ma być deklarowana poprawa jakości kształcenia, ale ?dowalenie? belfrom, którzy przecież i na państwowym siedzą, i jeszcze wakacje mają.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Komentarz Agaty Nowakowskiej "Biedni nauczyciele - mówi pan Huelle" zamieszczony w "Gazecie Wyborczej" przypomniał mi moje własne wypracowania, często opatrzone przez moją polonistkę komentarzami w rodzaju: "skąd to wiesz?", "to nie jest takie pewne" itp. Nie mogłem oprzeć się pokusie wypunktowania w podobny sposób stwierdzeń zawartych w tym artykule.

Już na początku autorka retorycznie pyta Pawła Huellego: "dlaczego uwziął się Pan na uczniów? Np. tych z biednych rodzin [ ], z którym nauczyciele w publicznych szkołach nie pracują dodatkowo [ ]?"

Otóż, Szanowna Pani, pracują. Mają na to dwie godziny "karciane" plus dodatkowe płatne, jeśli organ prowadzący jest odpowiednio hojny. Czy to mało? Chyba nie, skoro i tak często trzeba uczniów zaganiać na te zajęcia, aby wykorzystać je w sposób właściwy, przewidziany przez regulacje oświatowe.

Dalej pada porównanie do nienazwanych krajów, w których nauczyciele "pewnie [również] pracują w domu, co nie przeszkadza im spędzać znacznie więcej czasu przy tablicy niż nauczycielom w Polsce".

Podkreśliłem słowo "pewnie", bo na nie często polowała w wypracowaniach wspomniana przeze mnie nauczycielka. Wolałbym tu konkretniejszy przykład. Ale skoro pewnie tak jest, to zauważę, że (pewnie) również więcej zarabiają.

I tu wchodzimy na grząski teren nauczycielskich zarobków. Pani Agata twierdzi, że rząd Tuska "dał podwyżki, niczego nie oczekując w zamian". To jest, nie bawiąc się w grzeczne słówka, zwyczajne mijanie się z prawdą.

Po pierwsze, równolegle z podwyżkami pojawiły się godziny "karciane", których wpływ na jakość kształcenia niewątpliwie jest pozytywny.

Po drugie, przez te lata doszło nauczycielom mnóstwo pracy administracyjnej, choćby tworzenie Kart Indywidualnych Potrzeb Ucznia: mozolna dłubanina , której efektem są kolejne segregatory czytane wyłącznie przez wizytatorów. Zapisane tam informacje można po prostu zdobyć i wykorzystać w pracy z uczniem bez tworzenia stosów papierów, ale dla decydentów oświatowych byłoby to pewnie nie do przyjęcia. Smutne jest to, że bezsensowne zadania pochłaniające dużo nauczycielskiego czasu i energii wprowadziła minister Katarzyna Hall, związana przez lata ze szkolnictwem prywatnym, a więc chyba nielubiącym biurokracji - ale to tylko uwaga na boku.

Pisząc o zarobkach, podaje pani Agata przykład nauczyciela dyplomowanego, który zarabia 5 tys. brutto. Dodajmy, bo autorka tego nie zrobiła, że - średnio. Stawka minimalna to niecałe 3 tys. zł (obie wartości za stroną MEN-u). Średnia kwota jest wyższa ze względu na różne dodatki, zwłaszcza za wysługę lat i motywacyjny. A więc można podobne uposażenie otrzymywać tylko po kilkunastu latach pracy.

Proponuję porównać to ze średnią krajową (3700 brutto) oraz z płacami w sektorze prywatnym. Moja pensja po przyjściu do szkoły, z uwzględnieniem "trzynastki" i wszelkich świadczeń socjalnych, wyniosła zaledwie dwie trzecie tego, co zarabiałem w poprzedniej pracy.

W centrach usług, korporacjach i innych dużych firmach zatrudniających osoby wykształcone startuje się od okolic średniej krajowej (w szkole - od 2200 brutto) i można liczyć tam na karierę dającą zarobki dużo większe niż dwu-trzykrotność pierwszej pensji, co jest realnym maksimum dla nauczycieli.

Oczywiście, teraz czasy nie są dla pracowników dobre i praca w szkole wydaje się atrakcyjna choćby ze względu na stabilność. Kiedyś, miejmy nadzieję, nadejdzie jednak poprawa. Czy chcielibyśmy, żeby wtedy uczyły nasze dzieci osoby zbyt słabe, by zrobić karierę w sektorze prywatnym, produkty selekcji negatywnej? Tak już kiedyś było i temu właśnie miały zapobiec podwyżki wprowadzone przez rząd; podwyżki, które pozwoliły nauczycielom uniknąć choćby dorabiania na kasach w supermarketach. Miały miejsce takie przypadki, opisywała je "GW".

Nie jestem zwolennikiem utrzymania status quo, nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że celem ewentualnych zmian nie ma być deklarowana poprawa jakości kształcenia, ale "dowalenie" belfrom, którzy przecież i na państwowym siedzą, i jeszcze wakacje mają. A mówiąc poważniej - oszczędności na ich etatach i pensjach. Te na pewno odbiją się na jakości kształcenia, zwłaszcza dzieci z rodzin niezamożnych.

A co Ty sądzisz? Rację ma Balcerowicz czy Huelle? Napisz: listydogazety@gazeta.pl

List męża nauczycielki: Nie ma racji Paweł Huelle, wiem to

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.

Przydatne linki

Więcej
Komentarze
Zaloguj się
Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem