Możliwy jest kompromis. Nauczyciele rezygnują z najbardziej bezsensownych zapisów Karty (dodatki wyrównawcze, pensje - wszystkim po równo, masowy awans zawodowy) oraz z części uprawnień (np. urlop dla poratowania zdrowia udzielany przez orzecznika ZUS, praca nauczycieli przedmiotów innych niż podstawowe z pensum np. 27 h, 40 godzin pracy w szkole). W zamian samorządy zapewniają warunki do sprawdzania klasówek, wsparcie psychologa i pedagoga, więcej zainwestują w pomoce i pensje dla osiągających najlepsze wyniki.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Śledzę dyskusję dotyczącą Karty nauczyciela w szczególności, i jakości polskiej edukacji w ogólności. Słucham opinii zarówno prof. Balcerowicza, jak i samych nauczycieli. Obie strony mają swoje racje, chociaż odnoszę wrażenie, że argumenty profesora są bardziej ważkie. Ale po kolei:

1. Związki zawodowe pomagają nauczycielom podtrzymać status quo w obawie przed konkurencją - mówi prof. Balcerowicz. Prawda, no cóż, ale taka jest istota związków zawodowych, a więc nauczycielskich też. Mają one zapewnić ochronę swoim członkom, a nie dobrobyt i ogólną szczęśliwość uczniom, rodzicom i samorządom. Nie można mieć pretensji do psa, że szczeka.

2. Do tego rząd od paru lat daje nauczycielom podwyżki nawet nie próbując ich połączyć z reformą, która podniosłaby jakość kształcenia - znów prof. Balcerowicz. To akurat święte słowa. Jak mówi ludowe powiedzenie "Głupi daje, a mądry bierze". Minister edukacji funduje podwyżki, nie finansując ich (bo robią to samorządy). Wzrastają nakłady globalne na oświatę, a efekty są coraz gorsze, dodatkowo spada liczba uczniów (czyli płacimy więcej, dostając mniej). Nauczyciele korzystają i po kilku latach uważają, że przecież się należy. Nieważne, że jest kryzys i np. Łotwa obcięła kilka lat temu pensje nauczycieli o kilkadziesiąt procent. Związki walczą jak w pkt 1.

3. W związku z tym system płac nauczycieli (ustalany centralnie, według stażu pracy i poziomu awansu zawodowego) nazywa profesor "socjalistyczną urawniłowką", która nie motywuje do pracy a "traci na tym jakość edukacji, czyli uczniowie". To jest podstawowa wada Karty nauczyciela w mojej ocenie. Czy dobry, czy zły, stara się, czy nie, pensję dostanie tak samo wysoką. W efekcie dodatki motywacyjne są śmiesznie małe i do niczego nie motywują. Zresztą i te dodatki wyrówna tzw. średnie wynagrodzenie i art. 30a KN. Nie znam innego zawodu, w którym pracodawca musi zapłacić wszystkim tyle samo. Związki oczywiście bronią tego przepisu jak niepodległości, a to główne źródło problemów. Dodam jeszcze, że tych na najwyższych stopniach awansu zawodowego jest 85 proc. To tak jakby armia składała się w znacznej większości z majorów, pułkowników i generałów. Świadczy to poważnej chorobie całego systemu awansu i wynagradzania.

4. Rentowności szkoły nie określają bieżące wydatki, tylko zysk jaki z tego ma społeczeństwo w przyszłości, edukując swoje dzieci - twierdzi Zygmunt Broniarz - szef ZNP. Prawda, tylko że rozmija się z działaniem związków. Jeszcze raz podkreślę, najważniejsze są wyniki edukacji - dostosowanie do potrzeb społeczeństwa i rynku pracy. Nie chodzi o to, aby produkować absolwentów (90 proc. maturzystów, 50 proc. studiuje), ale aby dać im realne i potrzebne umiejętności. A z tym w naszej edukacji najgorzej o czym świadczą m.in. wysokie bezrobocie absolwentów i stałe obniżanie wymagań edukacyjnych (30 proc. punktów żeby zdać maturę).

5. Chcemy zmieniać warunki pracy nauczycieli, chcemy żeby zostawali w szkole również po lekcjach i tam się przygotowali do następnych albo sprawdzali klasówki? Proszę bardzo. Ale najpierw rozejrzyjmy się: w szkołach nie ma na to miejsca, po prostu fizycznie nie ma miejsca - mówią związkowcy, Halina Krupińska z Solidarności. Prawda. Szkoły budowano w okresie obowiązywania Karty, która nie wymagała takich pomieszczeń. Po zmianie przepisów samorządy przygotują je w ciągu 2,3 lat ale tylko mając zapewnienie rządu, że nie będzie dalszych podwyżek, a pensum wzrośnie do np. 27 godzin przy tablicy. Wtedy gigantyczne koszty płacowe spadną (a stanowią one 90 proc. ogólnego utrzymania szkoły) i znajdą się środki na sale i pomoce.

6. Chcemy żeby nauczyciele więcej pracowali, ale żeby ich mniej zatrudniać, bo to by było bardziej rentowne? Rozumiem, to naturalna skłonność speca od finansów. To, proszę bardzo - wyrzućmy z pracy te 50-letnie kobiety-nauczycielki, bo zarabiają więcej niż początkujący stażyści. Tylko że skażemy je na bezrobocie. To będzie rzeczywiście dla państwa zysk? mówi Halina Krupińska z Solidarności. Ta argumentacja jest właśnie przejawem mentalności związkowej. Przecież nie chodzi o to, żeby szkoły były "bardziej rentowne", bo z założenia są nierentowne (jak cała budżetówka). Utrzymywanie wysokiego zatrudnienia w oświacie pomimo braku potrzeb (mniej dzieci) wymaga pieniędzy z podatków. W ekonomii istnieje pojęcie "kosztów alternatywnych" - jeśli wydam na jedno, nie wystarczy na drugie. Nie bardzo widzę powód dla którego wszyscy podatnicy mieliby się dokładać do pensji 50-letniej nauczycielki, której praca stała się zbędna, podobnie jak 60-letniego robotnika zastąpionego przez maszynę. Zwłaszcza, że koszt jej zatrudnienia to ze składkami pracodawcy i socjalnymi pewnie z 70 tys. zł (w tym 60 tys. sama pensja). Czy nie lepiej dać za tę kwotę trzy dotacje po 20 tys. na założenie firmy, która będzie płacić podatki lub wybudować chodnik, plac zabaw, kupić pomoce?

7. Jednym z najważniejszych problemów jest całkowita zmiana w pokoleniu obecnej młodzieży szkolnej. Jest to głęboka zmiana dotycząca języka, wzorów zachowań, preferowanych kompetencji, kodów kulturowych. Dla wielu osób postronnych, nie związanych z edukacją, jest to zjawisko całkowicie niezrozumiałe, bowiem nie mają z nim do czynienia. Nie rozumieją one, że nauczycielowi coraz trudniej porozumieć się z uczniem, gdyż posługują się zupełnie odmiennymi językami napisał nauczyciel w liście "Demoralizujące pozoranctwo w szkole". Znowu prawda, choć niepełna. Zgoda, zmiany w szkole postępują szybkim tempie. Ale to jest immanentna cecha ery informacyjnej. To samo dzieje się w każdej dziedzinie i w prawie każdym miejscu pracy. Wszyscy mamy do czynienia z klientami z tego pokolenia, mówiącego innym językiem i operującego innym kodem kulturowym. Nie wszyscy jednak nad tym płaczą, tylko biorą się do roboty (dziennikarze, pracownicy agencji reklamowych, designerzy ubrań itp.). Wielu ma dzieci w tym wieku. Dlatego czynienie zarzutu, że poza murami szkoły nikt nie wie jak zmienia się młodzież jest mocno nietrafne. Pokazuje jednocześnie to o czym związki zawodowe chciałyby zakonserwować anachronizm systemu wywodzącego się z w dużej mierze z czasu minionego.

W mojej ocenie nadal możliwy jest kompromis. Nauczyciele rezygnują z najbardziej bezsensownych zapisów Karty (dodatki wyrównawcze, pensje - wszystkim po równo, masowy awans zawodowy) oraz z części uprawnień (np. urlop dla poratowania zdrowia udzielany przez orzecznika ZUS, praca nauczycieli przedmiotów innych niż podstawowe z pensum np. 27 h, 40 godzin pracy w szkole). W zamian samorządy zapewniają warunki do sprawdzania klasówek, wsparcie psychologa i pedagoga, więcej zainwestują w pomoce i pensje dla osiągających najlepsze wyniki.

Gdyby do zawarcia porozumienia nie doszło obie strony będą wzajemnie obrzucać się błotem, a stracą i nauczyciele (masowe zwolnienia) i uczniowie (dalszy spadek jakości kształcenia).

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
Komentarze
Zaloguj się
Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem