Prof. Leszek Balcerowicz po raz kolejny zabrał głos w sprawie Karty nauczyciela, tym razem udzielając obszernego wywiadu ?Rzeczypospolitej? (11.06.2012).
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl

W swoich poglądach na Kartę profesor jest niezmienny i niezmiennie napastliwy, odkąd uwierzył, że zna się nie tylko na ekonomii, ale także na edukacji. Zdaniem profesora za likwidacją Karty przemawia wiele.

"Samorządowcy lamentują, że jest im źle, bo rząd dokłada zadań, a nie daje na to pieniędzy" . I oto właśnie chodzi w liberalnej gospodarce, wygrywa lepszy, zaradniejszy, ten, co już wpadł na to, że prowadzenie szkół można przekazać komukolwiek, na przykład spółce wywożącej odpady. Umie właściciel takiej spółki udowodnić, że sortuje śmieci, co - jak wiadomo -wymaga dużej kreatywności, to tym bardziej poradzi sobie ze szkołami. Zamiast lamentować trzeba się rozejrzeć, gdzie jeszcze jest kasa. Jest w subwencji oświatowej, na którą składają się wynagrodzenia nauczycieli, to pojedźmy po tych wynagrodzeniach. Karta stoi na przeszkodzie, to pojedźmy po Karcie. Opinie te Leszek Balcerowicz wypowiada z lekkością i bez wahania, bo nauczyciele w Polsce, jego zdaniem, są marni i w ogólne nie wiadomo, dlaczego państwo jeszcze na nich łoży.

Nauczyciele są roszczeniowi. I właśnie dlatego zajmowali trzecie od końca miejsce, jeśli chodzi o zarobki wśród wszystkich krajów OECD. Gorzej niż w Polsce w ostatnich latach płacono nauczycielom tylko na Węgrzech i w Estonii (2010). Nauczyciele wypadali też gorzej w porównaniu z innymi pracownikami sfery publicznej. To ze względu na te żenujące statystyki publikowane co roku w niezależnych raportach OECD "Education at the Glance" rząd Donalda Tuska zdecydował o podwyżkach nauczycieli. Ich beneficjentami stali się przede wszystkim nauczyciele początkujący, których pensje przed podniesieniem wynagrodzeń nie starczały na przeżycie.

"Karta to jaskrawy przykład przywileju uzyskanego przez określoną grupę zawodową w latach 80. ubiegłego wieku" (...) Ta opinia profesora jest natomiast jaskrawym przykładem nieprawdy. Karta uzupełnia zapisy Kodeksu pracy, które ze względu na ich szczegółowy/branżowy charakter nie mogłyby się w Kodeksie znaleźć. To zapis uregulowań nazywanych pragmatyką zawodową dotyczący obowiązków, uprawnień i odpowiedzialności służbowej nauczycieli. Pragmatyka wprowadza ład w funkcjonowaniu szkół i nauczycieli oraz wspiera proces profesjonalizacji tego zawodu, dając jednocześnie urzędnikom możliwość wywierania nacisku na nauczycieli i kontroli ich pracy. Do uchwalenia pierwszej polskiej Ustawy o stosunkach służbowych nauczycieli doszło w 1926 roku. Ustawa ta obowiązywała do roku 1956, kiedy zastąpiła ją Ustawa o prawach i obowiązkach nauczycieli. W roku 1972 uchwalona została Karta praw i obowiązków nauczyciela będąca kontynuacją poprzedniczki, Karta nauczyciela zastąpiła tę ostatnią ustawę w styczniu 1982. Niektóre - korzystne dla nauczycieli - zapisy tej wersji Karty zostały uchylone przez kilkanaście nowelizacji, dokonanych po roku 1982. Ustawa Karta nauczyciela jest bowiem jednym z najczęściej aktualizowanych aktów prawnych, co wynika po części z permanentnych reform dokonywanych w systemie edukacji. Podobne, jak te zawarte w polskiej Karcie, regulacje prawne istnieją we wszystkich cywilizowanych krajach. Nie istnieją, na przykład na Haiti, bo tam w ogóle nie istnieje system publicznej edukacji. Usługi oświatowe mogą świadczyć wszyscy, a nauczycielem może zostać każdy, kto ukończył jedną klasę więcej niż jego uczniowie. Brak publicznego systemu edukacji jest jedną z najpoważniejszych przeszkód w odbudowie tego zniszczonego kataklizmem kraju.

(...) w niektórych krajach europejskich wprowadzono model, w którym usługi finansowane z publicznych pieniędzy mogą świadczyć podmioty niepubliczne. W Polsce taka zasada funkcjonuje głownie w usługach zdrowotnych". I jak wiadomo funkcjonuje świetnie! Nic dziwnego, że profesor chciałby zaszczepić osiągnięcia polskiej służby zdrowia do systemu edukacji. Rozumiem, że w tej sytuacji Polacy bardzo rozczarowali profesora. Okazali się sceptyczni i zachowawczy, choć w 2000 roku stworzono im wszelkie możliwości do zakładania "podmiotów niepublicznych" gwarantując nawet taką samą wysokość subwencji (do 100 procent otrzymywanych przez szkoły publiczne) nie rzucili się masowo do zakładania szkół. Czyżby przeczuwali, że wymaga to większej wiedzy i odpowiedzialności niż prowadzenie księgi przychodów i rozchodów?

W przeszłości próbowaliśmy polemizować z profesorem, używając argumentów merytorycznych. Wskazywaliśmy na znaczącą poprawę wyników polskich uczniów w badaniach PISA, które OECD uznało za na tyle spektakularne, iż postanowiło upublicznić polskie dokonania, by mogły brać z nas przykład inne kraje. Dzięki wysokim notowaniom naszego systemu edukacji polska delegacja rządowo-związkowa bierze od dwóch lat udział w elitarnym (ograniczonym do 23 krajów) szczycie poświęconym przyszłości zawodu nauczyciela organizowanym przez Departament Edukacji USA, OECD i Międzynarodówkę Edukacyjną, gdzie o zmianach w kształceniu, ocenie pracy nauczycieli i pozyskiwaniu ich do zawodu dyskutują specjaliści. Jak to się stało, że szacowne to gremium nie doceniło pomysłów Balcerowicza i jeszcze go do Nowego Jorku nie zaprosiło? Nie wiemy. Oświadczamy jednak, że z niedocenieniem profesora nie mamy nic wspólnego. Próbowaliśmy także uzmysłowić prof. Balcerowiczowi, że nie istnieje prosta zależność między jakością pracy nauczycieli a zapisami Karty. Próbowaliśmy wykazać, że czas pracy nauczyciela to 40 a nie 18 godzin i że na zadania nauczycieli składa się wiele innych czynności niż tylko stanie przy tablicy. Próbowaliśmy na próżno.

Kto skrzywdził prof. Balcerowicza, że tak źle ocenia nauczycieli? Niewątpliwie skrzywdził go polski system edukacji, dzięki któremu profesor może uchodzić za autorytet, lekceważyć argumenty osób i nauk, uznanych przez siebie za niższe i mniej wartościowe; uparcie trwać przy swoich tezach, bez względu na to, jak zmienia się wokół świat, no i oczywiście zawsze zgadzać się ze swoim zdaniem. Ze względu na te cechy prof. Balcerowicz niestety nigdy nie dostanie Nobla z ekonomii. Gdyby chciał oskarżyć polski system edukacji o to, że nie pomógł mu przezwyciężyć własnych ograniczeń, może warto by się było nad tym zastanowić. Niestety profesor zamiast na rzeczywistych problemach polskiej polityki edukacyjnej, skupił się na Karcie. Dlatego nie pozostaje nam już nic innego, jak zadedykować mu do przemyśleń opinię osoby, która na edukacji naprawdę się zna, prof. Doroty Klus-Stańskiej:

"Profesjonalizm pedagogiczny jest wciąż traktowany jako drugorzędny, doskonale zastępowalny przez zdroworozsądkową wiedzę ogólnospołeczną, potoczne mniemania i obiegowe opinie. Nawet reprezentanci władz oświatowych niejednokrotnie szokują folkową pseudo-wiedzą na temat mechanizmów uczenia się, wiedzy, warunków rozwijania tożsamości. Pomijanie milczeniem skrajnej niekompetencji osób zajmujących się kreacją polskiej szkoły nieuchronnie prowadzi ją na manowce, czyniąc niezdolną do racjonalnej i etycznie wrażliwej odpowiedzi na pojawiające się zmiany kulturowe"(2008:32 ).

icon/Bell Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Roman Imielski poleca

Przydatne linki

Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem