Jestem studentką na jednym z najlepszych polskich uniwersytetów i gdy patrzę na moich kolegów, boję się myśleć, jak wyglądają te gorsze.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl

Dyskusja o edukacji, której ostatnim elementem był wywiad z prof. Łukaszem Turskim, jest mi bardzo bliska. Dlatego też z niepokojem widzę swego rodzaju jednostronność. Przecież o nas w tym wszystkim chodzi, studentów i uczniów, przyszłych bezrobotnych czy pracowników na umowach śmieciowych. A problem, z jakim mamy się zmierzyć nie jest tylko w systemie; jest też w nas.

Większość z moich kolegów nie chce się uczyć - i jest to chyba najsmutniejszy i największy problem, którego rozwiązania nie mogę znaleźć. Może to nie nasza wina, a może jesteśmy po prostu leniwym pokoleniem, pokoleniem L.

Nie wiem dlaczego na studia idą ludzie nie tylko niewykształceni na podstawowym poziomie, ale do tego niezainteresowani zdobyciem jakiejkolwiek wiedzy. Na sto osób studiujących na jednym roku może kilka, kilkanaście jest rzeczywiście zainteresowanych studiowaniem.

Nie wiem z czego to wynika. Może z gimnazjum, zwykle przepełnionego, w którym dzieciaki w najtrudniejszym wieku nie uczą się, nie rozwijają, tylko starają się "zrozumieć klucz", przydatny aż do matury.

"Klucz" to słowo, które do dziś mnie prześladuje, mimo że maturę napisałam już kilka lat temu. Matematycy, czy "ściślaki" jak ich nazywamy mają łatwiej, ponieważ zadanie można rozwiązać tylko dobrze lub źle. Półcienie to specjalność "humanów", którzy zamiast rozwijać swoje talenty uczą się stelaży, w które wkładają tylko odpowiednie tytuły, autorów i nazwy epok. Własna opinia, podparta faktami i cytatami z odpowiednich prac nie są w cenie; po co się męczyć, gdy za 'walory" dostaje się tylko dwa czy trzy punkty?

Żeby nie było wątpliwości: nie można być dobrym humanistą, gdy się nie odróżnia rozprawki od opowiadania, gdy nie wie się jak napisać recenzję lub esej, ale sposób, w którym testy są zbudowane uniemożliwiają elastyczność, a wszystkie wypracowania wychodzą wtedy jak spod sztancy. Sama napisałam takich tekstów kilkanaście przygotowując się do matury. W końcu zaczęłam tylko zmieniać słowa - klucze.

Tak ukształtowani studenci przychodzą na uczelnie i dziwią się, że czasami trzeba coś przeczytać, żeby przegotować się do ćwiczeń. Często biblioteka uczelni jest pierwszą biblioteką, jaką odwiedzają w życiu, o ile oczywiście nie ograniczają się do Wikipedii, sciaga.pl czy innych "akademickich" źródeł. Ale to nie jest najgorsze - jak już napisałam, studenci są leniwi.

Najgorsze jest to, że potem oni te egzaminy zdają, przechodzą przez kolejne etapy nauki, a na końcu bronią prac licencjackich i magisterskich, pełnych plagiatów, napisanych bardziej po "polskiemu" niż po polsku, a często zamawianych u owych gimnazjalistów. Gdy licealistka przyjeżdża do szkoły motorem, na który zarobiła pisząc prace licencjackie z socjologii, psychologii, historii sztuki czuję, że problem jest głębszy.

Ale jak mają to pisać sami, jak coraz częściej odchodzi się od pisania prac licencjackich, zmieniając je na egzaminy. Przeciętny student kierunku humanistycznego pisze w swojej karierze trzy lub cztery prace, w tym magisterską. Wykładowcy tego nie lubią, ponieważ nie płacą im za czytanie kilkudziesięciu prac, po dwadzieścia stron każda w swoim czasie. Rozumiem też frustrację wykładowców. Nie chcę wspominać o treści - prace zazwyczaj pozbawione są przypisów, bibliografii, cytatów, pełne błędów ortograficznych lub (sic!) pozbawione tytułu.

Wśród studentów atmosfera jest napięta. Żartujemy, że wszyscy będziemy pracować w McDonaldzie, że będziemy "korporacyjnymi niewolnikami", cała sala się śmieje, kurtyna zapada. Nie mówimy o szkołach niepublicznych inaczej niż "Wyższe Szkoły Tego i Owego", "Wyższe szkoły Lansu i Bansu". Opowiadamy sobie o uczelniach gdzie się płaci, a po pięciu latach wpada by odebrać dyplom. Jesteśmy młodzi i staramy się śmiać, ale jest to śmiech przez łzy - skoro się nie staramy nie ma dla nas pracy, skoro nie ma pracy to po co się starać...

Wszechobecne ściągi, przekazywanie sobie tych samych egzaminów, które nie zmieniają się przez lata, prace pisane wieczór przed oddaniem. A wykładowcy nie oblewają, bo wiedzą, że uczelnia dostaje pieniądze od studenta, więc zbyt duża ilość dwój łączy się z nieprzyjemną rozmową z rektorem lub dziekanem.

Rozumiem, co prof. Turski ma na myśli, gdy mówi o skreśleniu słowa "kanon", ale prawda jest taka, że uczniowie i studenci mają wiedzy za mało, nie za dużo. Rzeczywiście, uczenie się wszystkich rzek Azji na pamięć nie ma sensu - od tego mamy atlasy, czy dzisiaj Google Maps - ale to jest problem bohaterów "Tajemnicy Zielonej Pieczęci", nie dzisiejszych uczniów. Moi koledzy, ludzie ze średnim podobno wykształceniem, nie wiedzą kim był Dmowski, nie znają stolicy Węgier, nie odróżniają premiera od głowy państwa, mylą im się części mowy i części zdania, nie wiedzą czym się zajmuje astrofizyka. Już nie wspominając o tym, że nigdy nie przeczytali żadnej literatury poza kanonem lektur, a i to fragmentarycznie, wycinki z podręcznika do polskiego.

Smutne to wszystko i frustrujące, ponieważ ci ludzie, zwykle mili i porządni, wychodzą z dyplomami wyższej uczelni i mają pretensje do bycia elitą. Dziwią się, że nie dostają pracy, że wszystkiego muszą się uczyć od nowa, a nauki mają już dość. Po opuszczeniu murów uniwersytetu czytają pół książki rocznie, czyli mniej-więcej tyle, ile studiując. Bo przecież to się im do niczego nie przyda.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
    Dzieci rodza sie ciekawe swiata, z reguly inteligentne. Ida do szkoly, a tam tabuny nauczyceli korzystajacych z idiotycznych "planow nauczania" robia wszystko , by oduczyc dzieci myslenia. Ciekawa rzecz, ze im sie to udaje, co w koncu jest sukcesem, bo sie udaje.
    już oceniałe(a)ś
    1
    0