Polska szkoła kształci źle, a przyczyną tego stanu są nauczyciele. Taka teza przebija z wielu rozmaitych publikacji (artykułów i listów), które zwykle w okresie majowo-czerwcowego spiętrzenia egzaminów przelewają się przez łamy polskiej prasy.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Jestem nauczycielem i ten fakt powinienem głęboko skrywać. Gdyż po 32 latach pracy w tym zawodzie jestem:

a) nieudacznikiem życiowym (facet nauczyciel, śmiechu warte),

b) złodziejem (takie zarobki, za tak mało pracy),

c) leniem (tylko 18 godzin, skandal!),

d) szkodnikiem (czego oni uczą te biedne dzieci).

Oznacza to, że źle wybrałem swoją drogę zawodową. Na dodatek uczę historii, co sytuuje mnie (wbrew mej woli) na pierwszej linii frontu ideologicznego. Mam takie wrażenie, że pod tym względem jest gorzej niż w latach 70. i 80. Edukacja historyczna została tak mocno upolityczniona, że doprawdy wielu nauczycieli historii boi się zajmować dziejami po II wojnie światowej, a szczególnie okresem lat 90. i początku lat dwutysięcznych.

Jeśli porównuję sytuację z końca lat siedemdziesiątych, gdy kończyłem studia i zaczynałem pracę, z sytuacją obecną, nasuwa mi się kilka refleksji.

1. Obecnie całkowicie został zlikwidowany system wspierania nauczycieli . Kiedyś instytucja nauczyciela-metodyka była powszechnie znana. Byli zatrudnieni w Ośrodkach Doskonalenia Nauczycieli, a w ramach tego etatu pracowali także w szkole. Dzięki temu nie tracili kontaktu z praktyką i byli autentycznym wsparciem i pomocą. Chociażby prowadzili lekcje koleżeńskie i sprawowali opiekę nad młodym nauczycielem. Obecnie nic takiego nie istnieje. Działają co prawda ODN-y, organizują zajęcia dla nauczycieli, lecz są one odpłatne. Wielu młodych nauczycieli jest całkowicie bezradnych, szczególnie gdy po zakończeniu stażu nie mają już urzędowo wyznaczonego opiekuna.

2. Kształcenie nauczycieli - tu akurat od lat 70. nie nastąpiła żadna zmiana. Przygotowaniem zawodowym studenta zajmują się głównie katedry metodyki nauczania. Są one traktowane jako piąte koło u wozu, a ich pracownicy mają status "niekochanego dziecka". Z metodyki nauczania nie można przygotować dysertacji habilitacyjnej, więc pracownicy naukowi nie są zainteresowani tymi problemami. Dydaktyka stała się rodzajem zesłania, dla tych trochę mniej udanych, którzy nie mogą (nie chcą) zajmować się czymś innym. Oprócz tego studenci mają zajęcia z psychologii i pedagogiki. Tradycyjnie, jak zwykle są to zajęcia z teorii, a nie praktyki typu "case study". Cóż z tego, że przyszły nauczyciel będzie wiedział coś (jeśli zapamięta) z teorii pedagogiki, jeśli nie umie znaleźć się wobec agresywnie nastawionej klasy.

3. Jednym z najważniejszych problemów jest całkowita zmiana w pokoleniu obecnej młodzieży szkolnej. Jest to głęboka zmiana dotycząca języka, wzorów zachowań, preferowanych kompetencji, kodów kulturowych. Dla wielu osób postronnych, nie związanych z edukacją, jest to zjawisko całkowicie niezrozumiałe, bowiem nie mają z nim do czynienia. Nie rozumieją one, że nauczycielowi coraz trudniej porozumieć się z uczniem, gdyż posługują się zupełnie odmiennymi językami. Oczywiście, to nadal język polski, ale są to jego zupełnie różne postacie. Każdy język podlega ewolucji, ale teraz pojawiło się tak wiele nowych znaczeń dotychczas używanych słów, że właściwie lekcję powinniśmy zacząć od uzgodnienia słownika. Do tego z jednej strony wzrósł poziom agresji ze strony uczniów i rodziców, z drugiej obniżył się poziom umiejętności i możliwości. Pozostając przy moim przedmiocie - nie można już wymagać od ucznia podstawowej faktografii, bo on nie jest w stanie jej zapamiętać. To jest jeden ze wstydliwych problemów, o których nikt nie chce mówić. Od ucznia wymagam mniej niż 20 lat temu, bowiem jest to inny uczeń. Być może powinienem utrzymać poziom wymagań, lecz przecież zawsze był on relatywny, czyli odpowiadający możliwościom klasy i grupy uczniów. Utrzymując poziom wymagań z czasów minionych narażam się na zarzut, że w klasie nikt nie może odnieść sukcesu, czyli uzyskać dobrych ocen. Tymczasem nie powinno tak być, bo część uczniów się stara i ich wysiłek należy docenić.

4. Pracę w szkole utrudnia nieustanny proces reformowania. Rozumiem i akceptuję konieczność dostosowania do zmiennej rzeczywistości. Jednak tempo zmian jest przeciwskuteczne i to co słuszne ginie w zalewie przepisów, rozporządzeń, modyfikacji, skutecznie odciągając nauczyciela od jego pracy. Właściwie jest tak, jak w starym dowcipie - jest tyle roboty, że nie ma czasu ładować taczek. Działalność reformatorska kolejnych ekip ministerialnych powoduje, że szkoła nie może zaabsorbować zmian. W związku z tym kwitnie głęboko demoralizujące pozoranctwo. Było ono zawsze, gdyż jest wyrazem obronnej, lecz jego obecne rozmiary stają się zatrważające. Rzeczywistość szkolna i "rzeczywistość papierów" to dwa całkowicie różne światy. Tymczasem z działalności MEN-u przebija przekonanie, że w starym sporze między życiem a teorią, życie skazane jest na porażkę.

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
Komentarze
Zaloguj się
Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem