Gafa Obamy i naburmuszeni Polacy - czyli amerykański punkt widzenia na sprawę ?polskich obozów śmierci?
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Polska opinia publiczna żyje wpadką prezydenta Baracka Obamy, który przyznając pośmiertnie Janowi Karskiemu Medal Wolności, użył sformułowania "polski obóz śmierci". Od kilku lat studiuję w Kalifornii. Poprosiłem o ocenę tej gafy studentów i profesorów prawa Uniwersytetu Stanforda. Pytałem ludzi, z których prawie każdy podróżował po Europie, zna języki obce, patrzy z otwartością na świat i ma CV pełne osiągnięć zawodowych (studenci rozpoczynający studia prawnicze mają zwykle 25-30 lat). Dostałem ok. 20 odpowiedzi. Szczerych, jak sądzę.

Przeważał pogląd, że sprawa jest rozdmuchana. "Nie rozumiem tej awantury - napisała studentka z Teksasu. - Wszyscy, którzy znają historię, wiedzą, że Polska była pod brutalną okupacją nazistów w czasie II wojny światowej i że wykorzystano jej terytorium do budowy wielu obozów koncentracyjnych. Nie słyszałam nigdy nikogo, kto by sugerował, że Polska ponosi odpowiedzialność za obozy śmierci".

Najczęstsze odpowiedzi to: "Obama nie miał nic złego na myśli", "99 proc. osób rozumie, o co mu chodziło, a pozostałe 1 proc. nigdy o Polsce nie słyszało". Moi respondenci przyznawali, że przeciętny Amerykanin nie jest za dobrze wykształcony. "Większość ma poważne braki w znajomości historii powszechnej i historii USA. Niejeden nie potrafi wymienić stron walczących w II wojnie - napisał student. - Ale mimo historycznej ignorancji większość Amerykanów poprawnie przypisuje odpowiedzialność za Holocaust Niemcom".

Niektórzy sami przyznawali się do niewiedzy. - Kto właściwie zarządzał tymi obozami? - spytał kolega, którego przodkowie pochodzą z Europy, Azji i Afryki. - Czy były Polakom narzucone, czy niektóre grupy społeczeństwa je popierały? Nie znam odpowiedzi na te pytania i nie słyszałem, aby Polacy byli usposobieni szczególnie rasistowsko. Ale dla mnie nazywanie tych obozów niemieckimi brzmiałoby dziwnie, skoro nie były w Niemczech. Może trzeba było po prostu powiedzieć "obozy śmierci"?

"Amerykanie nie rozumieją, że w innych krajach wydarzenia II wojny wciąż są otwartą raną i definiują poczucie narodowej tożsamości, budząc silne emocje" - zauważył jeden z komentujących.

Ale na pytanie, czy Obama powinien przeprosić, dostałem od wszystkich taką samą odpowiedź: Nie powinien, bo nie ma za co.

"Rozumiem, dlaczego Polacy domagają się przeprosin - to głos studentki. - Może i na to zasługują ze względu na obraźliwy dla nich (chociaż niezamierzony!) błąd. Ale skala dzisiejszego oburzenia sprawia, że jako Żydówka, której dziadkowie uciekli z Polski, czuję się nieswojo. Czy nie ma wciąż w Polsce małej grupy, która wolałaby udawać, że te zbrodnie nie wydarzyły się na ich ziemi?".

Inna studentka pisze: "Trudno sobie wyobrazić, aby Obama gnał z przeprosinami, skoro nie można powiedzieć, że żaden Polak nie odgrywał roli we wspieraniu działań nazistów - nawet jeśli wszyscy rozumieją, że to nie Polacy organizowali obozy. Podejrzewam, że reakcje w Polsce są skutkiem nie całkiem czystego sumienia".

Jej koleżanka, także pochodzenia żydowskiego, opowiada, że w Budapeszcie jest muzeum terroru, które ukazuje martyrologię Węgrów za Niemców, a potem pod dominacją ZSRR. "Trudno znaleźć autorefleksję na temat zaangażowania zwykłych Węgrów w pomoc Niemcom przy masowych mordach Żydów i Romów. Taka perspektywa jest skutkiem współczesnej świadomości narodowej i węgierskiej sytuacji politycznej". Jej zdaniem reakcja Polaków, mimo historycznych różnic, może mieć podobną genezę.

Inny respondent odsyła do artykułu Adama Michnika "Szok Jedwabnego" opublikowanego po wydaniu książki Tomasza Grossa "Sąsiedzi" (przedrukowanego w "New York Timesie"). Michnik pisze o polskim wizerunku własnej historii jako "bezwinnej i szlachetnej ofiary wrogiej przemocy i obcej intrygi". Sugestia czytelna: polskie reakcje na słowa Obamy to obrona przeświadczenia o własnej kryształowej historii.

Co więc powinien zrobić Obama z rozżaloną Polską? "Nasi przedstawiciele nie powinni czuć się w obowiązku, by czynić specjalne gesty z uwagi na czyjeś przewrażliwienie - argumentował jeden ze studentów. - Byłoby miło to uwzględnić, zwłaszcza gdy delikatność sytuacji jest oczywista. Ale nie powinniśmy się tym szczególnie przejmować, chyba że z praktycznych względów chcemy zaskarbić sobie przychylność danego kraju".

Jednego z profesorów zapytałem, dlaczego obozów, gdzie Amerykanie w czasie wojny trzymali własnych obywateli pochodzenia japońskiego, nie nazywają "amerykańskimi obozami koncentracyjnymi", lecz "wojennymi obozami przesiedleńczymi" (war relocation camps). Odpowiedział, że dopóki wyrażenie jest jednoznaczne, można obóz określać zarówno poprzez odniesienie do sprawców, jak i do ofiar. Ale przyznał, że w kontekście europejskim nazwanie obozów zagłady niemieckimi, nazistowskimi czy polskimi robi różnicę: - Określenie ich mianem "obozów śmierci w okupowanej Polsce zarządzanych przez Niemców pod reżimem nazistowskim" byłoby najbardziej klarowne, choć niezgrabne. Świat jest skomplikowany. Język polityki - niestety nie.

Radek Góral, prawnik i ekonomista, doktorant Stanford Law School

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem