Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Dobrze, że artykuł Andrzeja Klesyka, prezesa PZU wywołał dyskusję o naszej edukacji, źle że skupia się ona tylko na kondycji uczelni wyższych.

To prawda, że polski system edukacji ma wiele wad i słabości. To prawda, że absolwenci uczelni nie są wystarczająco przygotowani do pracy i mają kłopoty z zastosowaniem wiedzy teoretycznej w praktyce. Ale z mojej perspektywy - szefa organizacji pracodawców, a także z badań, wynika, że nie jest aż tak źle. Wielu pracodawców, zwłaszcza zagranicznych, chwali młodych polskich pracowników za kreatywność, lojalność i wysokie kompetencje. Coraz częściej zachodnie koncerny otwierają u nas centra nowoczesnych usług biznesowych i zatrudniają absolwentów szkół wyższych.

Dwadzieścia trzy lata, które minęły od początku polskiej transformacji, to okres zbyt krótki, by system edukacyjny mógł się płynnie dostosować do zmiany ustrojowej. A rynek pracy nigdy nie osiągnie stanu równowagi, bo coraz bardziej dynamicznie się zmienia. Nie można jednak popadać w czarno-białe widzenie. Warto zwrócić uwagę na to, jak bardzo dynamicznie rozwija się sektor edukacji. Spektakularny wzrost liczby osób z wyższym wykształceniem przyniósł gospodarce wymierne korzyści. Boom edukacyjny spowodował, że ponad 50 proc. absolwentów szkół średnich kontynuuje naukę na uczelniach wyższych. Część z nich rzeczywiście ma kłopoty ze znalezieniem pracy, ale tak duża liczba osób z wyższym wykształceniem to ogromny kapitał na przyszłość. W dynamicznie zmieniającym się świecie to niezwykle cenne.

Koncerny zachodnie cenią polskich absolwentów

Inwestorzy zagraniczni wśród głównych czynników, które decydują o wyborze Polski jako miejsca inwestycji wskazują na pracowników, i nie dlatego, że są tani, ale ponieważ są kreatywni, lojalni i zaangażowani. To w dużej mierze zasługa systemu edukacji. W centrach usług biznesowych pracuje już ponad 80 tys. osób, często absolwentów renomowanych polskich uczelni. Szacuje się, że w przyszłym roku w tym sektorze zatrudnienie przekroczy 100 tys. osób. Wśród inwestorów, którzy zdecydowali się właśnie u nas otworzyć centra usług znalazły się takie firmy jak IBM, Boeing, McKinsey, PwC, BNP Paribas, Sony Picture czy Jujitsu. Dlaczego wybierają Polskę? Bo wierzą, że naszych absolwentów nie trzeba wszystkiego uczyć od nowa, że potrafią pracować w zespole i wykorzystywać nowe technologie.

Nie potępiajmy też studiów humanistycznych, które chętnie wybiera polska młodzież. One są ważne i potrzebne. Uczą wyobraźni i kreatywnego myślenia. Wiele badań, w tym Banku Światowego, ale także PKPP Lewiatan ("Kwalifikacje dla potrzeb pracodawców", 2011 r.) pokazuje, że dzisiejsze oczekiwania pracodawców nie skupiają się tylko i wyłącznie na zatrudnianiu absolwentów posiadających kwalifikacje twarde, stricte zawodowe. Kluczowe jest również kształtowanie kompetencji miękkich i odpowiednich postaw, takich jak: uczciwość (np. nietolerowanie ściągania, kopiowania prac), odpowiedzialność (punktualność, planowanie), dyscyplina, przedsiębiorczość, kreatywność czy szacunek dla prawa.

To prawda, że wielu naszym absolwentom brak umiejętności analitycznych, wyszukiwania i selekcji informacji. Młodzi ludzie mają problem z porozumiewaniem się, rozwiązywaniem konfliktów, radzeniem sobie w trudnych sytuacjach społecznych. Ale to nie znaczy, że cały system edukacyjny mamy wywrócić do góry nogami i zaczynać zupełnie od zera. Panuje też przekonanie, że posiadanie dyplomu wyższej uczelni upoważnia do stawiania już na początku kariery zawodowej bardzo dużych wymagań finansowych. Tymczasem dyplom tylko otwiera drogę, ale potem, żeby więcej zarabiać trzeba udowodnić swoją przydatność dla firmy.

Winnych jest wielu

Nie podlega dyskusji, że edukacja nie do końca odpowiada na potrzeby dzisiejszego rynku pracy. Ale winne temu są nie tylko uczelnie wyższe. Złe praktyki mają swoje źródło już na wczesnych etapach kształcenia. Uczelnie nie są w stanie wiele z tym zrobić. Głębokich zmian wymaga szkolnictwo podstawowe i średnie. To ono właśnie zabija kreatywność, a premiuje średniactwo, nie zachęca do krytycznego myślenia, łamania schematów, odkrywania nowych przestrzeni. Zajmuje się wtłaczaniem ogromu zbędnych wiadomości oraz produkcją pokornych odtwórców i sprawnych rozwiązywaczy testów. Wyrastających ponad przeciętność przycina jak żywopłot, bo uczeń, który stawia pytania, poddaje w wątpliwość oczywiste prawdy to kłopot.

Do wyjątków należą nauczyciele i szkoły, które inspirują do samodzielnego myślenia, motywują intelektualnie niepokornych, nagradzają kreatywność. "Wolność jest glebą dla geniuszu" pisał John Stuart Mill. Polska szkoła go "przerabia", ale wolności nie daje, nie pozwala na próby i błędy. Dzieci boją się błądzić, bo szkoła za błędy karze. Kończą więc edukację, często nie rozpoznając nawet swoich rzeczywistych talentów i wybierają studia bezrefleksyjnie, albo jeszcze gorzej - sugerując się prognozami szacującymi zapotrzebowanie na pracowników za 5-10 lat. Nie lamentujmy więc nad uczelniami, bo one nie uporządkują w głowach w trzy-cztery lata tego, co szkoła demolowała przez dwanaście. Zreformujmy raczej mądrze polską szkołę. Tak, by uczyła pracy zespołowej, komunikacji, sztuki prezentacji. Tak, by wychowywała, uczyła etycznych zachowań i postaw oraz przedsiębiorczości.

Pamiętam, że gdy mieszkaliśmy w Stanach Zjednoczonych, moje dzieci często przygotowywały prezentacje w Power Point, szkoła organizowała wycieczki do firm, by dzieci mogły z bliska zobaczyć, jak pracują dziennikarze w redakcji, czy urzędnicy w gminie, na szkolnych zajęciach odgrywały procesy sądowe. Córka jednego dnia musiała wcielić się w prokuratora, drugiego - odgrywać rolę adwokata. Debaty, dyskusje były jednym z najważniejszych elementów zajęć.

Systemy edukacyjne w wielu krajach przeżywają kryzys. Nie twierdzę, że amerykański system edukacji jest idealny. Szkołom w USA też można wiele zarzucić, ale one starają się przynajmniej uczyć sprawnej komunikacji i empatii, otwartości i sztuki argumentacji, negocjacji i pracy w grupie, a więc wielu ważnych umiejętności, których tak bardzo brakuje absolwentom polskich uczelni.

Z drugiej strony pamiętajmy o tym, że nasze szkoły są nie doinwestowane, nie mają pieniędzy na zakup komputerów, czy pomocy naukowych. A nauczyciele często są pozbawieni charyzmy, bo przez wiele lat obowiązywała w tym zawodzie negatywna selekcja.

Musimy się kształcić przez całe życie

Z punktu widzenia pracodawców brakuje w naszym kraju spójnego systemu kształcenia przez całe życie. Chociaż Polska przeznacza na kształcenie ustawiczne prawie 4 mld zł rocznie (ok. 5 razy więcej niż przed wejściem do UE), tylko niespełna 6 proc. pracowników uczestniczy w różnych formach kształcenia. Średnia w UE jest prawie dwa razy wyższa. Koncepcja uczenia się przez całe życie wymaga, aby reforma edukacyjna szła w zupełnie odwrotnym kierunku niż zmierza w tej chwili - nauczanie powinno kształcić możliwie najbardziej ogólnie, bo to zwiększa znacznie adaptacyjność w nowych warunkach.

Z badania PARP "Wykształcenie pracowników a pozycja konkurencyjna przedsiębiorstw" wynika, że ciągle oczekujemy, iż to pracodawca zajmie się naszym rozwojem zawodowym. Odpowiada tak aż 77,8 prac. pracowników małych i średnich przedsiębiorstw. Tylko niespełna 23 proc. odpowiedzialnością za swoje kwalifikacje obciąża samych siebie. Dane te pokazują, jak niewiele osób przywiązuje wagę do pogłębiania posiadanej wiedzy, odsuwając od siebie decyzję o podnoszeniu kompetencji i kwalifikacji. Niestety, wiedza i umiejętności pracujących dezaktualizują się w coraz szybszym tempie. I nawet zdobytych w przeszłości doświadczeń nie można już wykorzystywać wobec nowych wyzwań. W dzisiejszym świecie, a co dopiero w świecie jutra, trudno już sobie wyobrazić, abyśmy mogli wykonywać przez całe życie tę samą pracę (już dziś przeciętny Polak zmienia pracę średnio 4 razy w życiu).

Obecne regulacje nie zachęcają pracodawców do kierowania pracowników na szkolenia. Wprowadzone ostatnio w Kodeksie pracy rozwiązania, które miały zachęcić do podnoszenia kwalifikacji pracowników, okazały się fiaskiem. Większość przedsiębiorstw otwarcie przyznaje, że wydaje teraz pracownikom od 40 do 70 proc. mniej pozwoleń na podnoszenie kwalifikacji zawodowych.

Dzisiejszy rynek pracy jest brutalny dla specjalistów od "wszystkiego i od niczego". Na całym świecie dąży się do tego, aby stworzyć sprawnie funkcjonujący system poradnictwa zawodowego. To konieczny warunek rozwoju społeczno-gospodarczego każdego kraju. Niestety, w Polsce marginalizuje się te działania, brakuje konsekwentnych i skoordynowanych działań na polu doradztwa zawodowego. Obecni doradcy są też słabo "uzbrojeni" w potrzebną im wiedzę, sprzęt i literaturę.

Dlatego modele kształcenia muszą być zmienione na wszystkich poziomach, także w zakresie współpracy pracodawców z uczelniami. Chodzi o zaangażowanie przedsiębiorców w prace nad przygotowaniem programów kształcenia (co powinno być rozwiązaniem systemowym, funkcjonującym na każdym szczeblu - polityka publiczna, województwo, powiat, gmina, szkoła), poprzez wprowadzenie praktyków do szkół w celu podniesienia wymiaru praktycznej nauki zawodu, po tworzenie rozwiązań zachęcających firmy do uruchamiania miejsc praktyk zawodowych.

Pracodawcy biorą sprawy w swoje ręce

Wielu pracodawców już teraz bierze sprawy w swoje ręce i współpracuje z uczelniami. To na razie pojedyncze inicjatywy, ale jestem przekonana, że będą się pojawiać kolejne. Boeing współpracuje z Politechniką Gdańską przy kształceniu informatyków, PGNiG z Politechniką Warszawską stworzyli własny profil edukacyjny dla kształcenia kadr dla energetyki. Związek Pracodawców Przemysłu Mody angażuje się w tworzenie szkoły dla dorosłych kształcącej dla potrzeb przemysłu mody, Acus Caterina wspólnie z Akademią Leona Koźmińskiego i włoską szkołą mody uruchamia Via Moda - wyższą szkołę mody.

Z drugiej strony zdarzają się też pozytywne przykłady reakcji sektora edukacji na potrzeby rynku. W odpowiedzi na gwałtowny rozwój polskiej branży meblowej ASP w Poznaniu wspólnie z ASP z Berlina uruchamia kierunek wzornictwo meblowe.

Bez dalszych konsekwentnych reform obejmujących cały system edukacji - od szkoły podstawowej po studia doktoranckie - Polska nie ma szans na awans cywilizacyjny. Szkoła ma uczyć myślenia i bycia sobą, a nie powielania w kółko tego samego. Ale to nie znaczy, że mamy wszystko potępić w czambuł. Nie zmarnowaliśmy boomu edukacyjnego. Nigdy wcześniej tyle młodzieży nie uzyskiwało dyplomu ukończenia studiów. System edukacyjny trzeba zmieniać, aby dostosować go do nowych wyzwań cywilizacyjnych - globalizacji, czy nowoczesnych technologii. Ale trzeba to robić mądrze i rozważnie.

*Henryka Bochniarz, jest prezydentem Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych Lewiatan

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.