O czym możemy sobie poczytać w prasie podczas najdłuższej w polskiej historii, wolnej od pracy majówki? Zajmujemy się szkolnictwem wyższym. Jego jakością, jego wartością, jego przydatnością dla studiujących (na skalę dotąd niebywałą w naszym kraju) młodych ludzi. Niestety, podobnie jak w poprzednich edukacyjnych debatach tak i teraz aż roi się od uproszczeń, przekłamań, pobożnych życzeń czy ideologicznych manifestów.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl

Raz na jakiś czas w naszym kraju uwagę opinii publicznej skupia problem edukacji. Może to być edukacja na dowolnym poziomie: przedszkolna, wczesnoszkolna, średnia czy wyższa.

Za nami debata o tym, że sześciolatkom szkoła szkodzi, że "nie ma jak u mamy", za nami debata o nowej podstawie programowej dla szkoły średniej, z której mogliśmy się dowiedzieć, że patriotą stać się może tylko ten, kto pilnie uczy się w szkole dat, przyczyn i powodów zakończenia różnych (w naszym przypadku obronnych) bitew, o których wiedza przekazywana jest na lekcjach historii.

Systematycznie wraca problem edukacji seksualnej, której pojawienie się w szkole na pewno stanowiłoby zagrożenie dla świętości polskiej rodziny. Czym zajmujemy się od kilku dni, tygodni nawet? O czym możemy sobie poczytać w prasie podczas najdłuższej w polskiej historii, wolnej od pracy majówki?

Zajmujemy się szkolnictwem wyższym. Jego jakością, jego wartością, jego przydatnością dla studiujących (na skalę dotąd niebywałą w naszym kraju) młodych ludzi. Niestety, podobnie jak w poprzednich edukacyjnych debatach tak i teraz aż roi się od uproszczeń, przekłamań, pobożnych życzeń czy ideologicznych manifestów.

Uproszczenie pierwsze. Impulsem do obecnej dyskusji nad szkolnictwem wyższym, jakością i przydatnością wyższego wykształcenia stało się pytanie o to, czy szkoła wyższa przygotowuje dziś jej absolwentów do życia, do odnalezienia się w rzeczywistości.

Jednak złożoność, głębię czy też problematyczność tego pytania sprowadzono do tego, czy zdobycie wyższego wykształcenia gwarantuje znalezienie zatrudnienia w oparciu o umowę o pracę (najlepiej na czas nieokreślony) a jeśli nie, to dlaczego?

Celem kształcenia w szkole wyższej jest więc według autorów tak sformułowanego problemu zatrudnienie i to nie jakieś tam zatrudnienie, tylko praca zgodna ze zdobytym wykształceniem.

Takie stanowisko oznacza, że szkoły wyższe, wbrew deklarowanej niechęci są tak naprawdę szkołami zawodowymi. Każdy Uniwersytet w Polsce, powinien obok misji i etosu (które są odmieniane przez wszystkie przypadki przy najdrobniejszej nawet próbie reformowania tego poziomu szkolnictwa), przygotowywać swych absolwentów do zawodu - najlepiej zawodu konkretnego, na który na terenie działalności tegoż Uniwersytetu jest prawdziwe zapotrzebowanie.

Czy jest to oczekiwanie realne, możliwe do spełnienia? Sądzę, że nie. Problemów z jego realnością jest wiele. Po pierwsze wiemy już wszyscy (albo prawie wszyscy - ci, którzy niczego nie czytają i niczego nie studiują mogą nie wiedzieć), że świat się gwałtownie zmienił, a rzeczywistość społeczna, w której na co dzień funkcjonujemy bardzo się skomplikowała.

Jej podstawowe wyróżniki (o których od dwudziestu już lat dyskutuje się ze studentami na kierunkach humanistycznych) to płynność, nieciągłość, nieprzewidywalność i ryzyko: ryzyko tak rozległe, wpisane w tak wiele obszarów życia każdego z nas, że można dzisiaj mówić o ryzyku własnego życia.

Przełom, będący rezultatem segmentalizacji życia społecznego, tj. takiej jego organizacji, która przypomina swym ukształtowaniem plaster miodu, struktury pozbawionej zasady łączącej poszczególne, oddzielone od siebie sfery życia radykalnie zmienił naszą sytuację.

Człowiek znajduje się bowiem w warunkach, w których zmuszony jest do przyjmowania odmiennych, a nawet sprzecznych ze sobą obrazów siebie, związanych z pełnionymi rolami.

W przeszłości na pytanie "kim jesteś?" tradycyjna odpowiedź brzmiała "jestem synem mego ojca". Dziś odpowiada się "ja jestem sobą, sam o sobie decyduję poprzez to, co robię i co wybieram". Ta zmiana samoidentyfikacji jest zdaniem Daniela Bella znakiem nowoczesności. Jest także zapowiedzią poważnego kryzysu tożsamości podmiotów indywidualnych.

Stabilna, kontynuowana w toku całego życia tożsamość osobowa wydaje się nie tylko nietypowa, co więcej, wydaje się ona społecznie patologiczna i ewidentnie opóźniona w postindustrialnym społeczeństwie.

Dziś w społeczeństwie opartym o wiedzę coraz większa liczba, coraz dłużej edukowanych ludzi przyjmuje orientację badawczo-refleksyjną. Ludzie ci pojmują siebie i swoje tożsamości jako obiekty, które podlegają intencjonalnym modyfikacjom i zaczynają w pełni świadomie i rozmyślnie podejmować próby psychologicznej transformacji i społecznej rekonstrukcji samych siebie .

Można wskazać następujące cechy naszej współczesnej rzeczywistości:

obszar życia staje się samodzielnym, oderwanym od cyklu pokoleń odcinkiem czasu. Pojęcie cyklu pokolenia traci obecnie swój sens, gdyż następuje zerwanie związków łączących życie jednostki z wymianą pokoleń. Wymiana ta nie ma już charakteru odnowy - przeszłe zachowania i tradycyjne sposoby działania są przejmowane tylko wtedy, kiedy znajdują refleksyjne uzasadnienie;

* obszar życia zostaje wyodrębniony z tego, co nazywamy miejscem. Różnorodne mechanizmy wykorzenienia sprawiają, iż ludzie, nawet wtedy kiedy pozostają jakoś związani ze swoim obszarem tracą poczucie bezpiecznej swojskości, jakie zapewniało ono w porządkach tradycyjnych;

* obszar życia wyzwala się od wpływu i znaczenia więzi jednostki z innymi. Trajektoria życia jednostki zależy coraz częściej od jej indywidualnych planów, wyborów;

* obszar życia organizuje się wokół "otwartych progów doświadczenia" a nie wokół rytualnych przejść. Wskazuje to na nowe, odmienne rozumienie pojęcia "inicjacja". Nie musi już być ona (i często nie jest) rytuałem przejścia, gdyż sam moment przejścia bywa często niezauważony przez jednostkę, bowiem traktowany jest jak jeszcze jedno dostępne jej doświadczenie.

Zmiany te pokazują, iż cechą współczesnej kultury jest odcięcie jednostkowej tożsamości od narzuconych z zewnątrz niezmiennych zasad i wzorów życia, które definiowały życie ludzi w czasach przednowoczesnych. W tradycyjnej kulturze wzory relacji między ludźmi przekazywane były z pokolenia na pokolenie.

Co dzieje się wówczas, kiedy stare, znane, oswojone, oparte na tradycji wzorce zachowań oraz ufundowane na nich reguły działania przestają obowiązywać, jak dzieje się to dzisiaj?

Kiedy możliwe staje się subiektywne pozbycie się przez jednostkę identyfikacji z jej właściwym miejscem w społeczeństwie, a równocześnie struktura społeczna nie pozwala na realizację tożsamości wybranej subiektywnie - pojawiają się warunki dla myślenia kategoriami "prawdziwego ja" i tożsamościowych rewindykacji. Socjologowie nazywają to "dramatem uznania".

Najlepszym sposobem na poradzenie sobie z tym dramatem jest właśnie edukacja. Edukacja w szkole wyższej, która nie jest skoncentrowana tylko czy przede wszystkim na "zatrudnialności" (termin zaczerpnięty z Ustawy Prawo o Szkolnictwie Wyższym), ale pozwala na rozumienie siebie, świata i własnych relacji ze światem.

Dlatego sprowadzanie istoty edukacji w szkole wyższej, znaczenia wyższego wykształcenia do zdobycia wiedzy i umiejętności przydatnych w konkretnym zawodzie lub grupie zawodów uważam za duże uproszczenie. Wyższe wykształcenie to coś znacznie więcej. Człowiek wykształcony sam, bez podpowiedzi polityków, decydentów, wszelkiej maści władz i ideologów wie i rozumie przyczyny własnej sytuacji życiowej, potrafi tę sytuację jakoś kreować, stara się mieć wpływ na własne życie a nie podlegać wpływom.

Człowiekiem wykształconym trudniej się manipuluje, trudniej jest mu narzucić jakąś jedną wizję świata, jakiś jeden sposób jego rozumienia. Człowiek wykształcony szuka przyczyn i uwarunkowań własnych i cudzych zachowań także tam, gdzie nie widać ich bezpośrednio, potrafi myśleć krytycznie, potrafi dokonywać wyborów w oparciu o własne przekonania i ważne dla siebie wartości.

Uproszczenie drugie. Od pewnego czasu rozpowszechniane jest przekonanie, ze warto studiować kierunki ścisłe a nie humanistyczne. Te pierwsze mają gwarantować dobrą pracę, karierę, dostatek. Abstrahując od absurdu polegającego na tym, że w promocję studiów technicznych zaangażowała się osobiście Pani Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego, której z racji sprawowanego Urzędu zależeć powinno na harmonijnym rozwoju wszystkich dziedzin nauki pojawia się pytanie, skąd bierze się jakakolwiek wiedza dotycząca bezpiecznej przyszłości?

W kontekście przedstawionej wyżej charakterystyki współczesności (można na ten temat poczytać w książkach i tekstach Baumana, Becka, Giddensa, Fukujamy, Riwkina i wielu innych intelektualistów) o takiej wiedzy nie może być mowy.

Nie wiemy jaki będzie świat za kilkanaście lat, nie wiemy czy będziemy wielkim rynkiem zbytu czy podwykonawcą części do sprzętu AGD w zagranicznych korporacjach, nie rozwijamy własnego przemysłu, nie mamy pomysłu na rodzime technologie. Skąd więc to przekonanie o bezpieczeństwie kierunków technicznych? Kim ma być w przyszłości polski inżynier?

Inżynier, który nie ma gdzie odbywać praktyki, którego nikt na praktykę nie chce przyjąć? Czy szykujemy nową klasę robotniczą? Czy potrzebujemy dużej liczby wykwalifikowanych na wyższym poziomie wykonawców czyichś poleceń, operatorów skomplikowanych technicznie urządzeń, wymyślonych i zbudowanych w bardziej rozwiniętych gospodarkach?

Czy może mamy jakąś wizję rozwoju polskiego przemysłu, którą nasi rządzący skrzętnie przed nami ukrywają chcąc nam zrobić za jakiś czas miłą niespodziankę? Zaskoczyć nas wizją rozwoju? Rozwoju opartego o własne technologie? Rozwoju przemysłu: chemicznego, energetycznego, elektronicznego, budowlanego i innych?

Jeśli nie, to naprawdę nie rozumiem na jakiej podstawie zbudowane jest dzisiaj przekonanie o wyższości studiów technicznych nad humanistycznymi? A może po prostu, rządzący, jak zawsze i wszędzie wolą sterować ludźmi nastawionymi pragmatycznie, ludźmi wyposażonymi w wiedzę i umiejętności techniczne, ale nie rozumiejącymi otaczającego świata i jego mechanizmów na tyle, żeby się buntować, domagać zmiany czy też takie zamiany inicjować?

Humanistyka pozwala rozumieć. Także wielorakie, trudne i często wzajemnie sprzeczne mechanizmy rynkowe, decyzje polityczne, reguły społecznych relacji, normy społecznego życia. Humanistyka pozwala rozumieć siebie i innych. Pozwala kierować własnym życiem w nieprzejrzystym, nasyconym ryzykiem świecie. Daje kompetencje do wyrażania własnych poglądów, pozwala te poglądy formułować, każe pytać, wątpić, szukać odpowiedzi. Czy nie dlatego , że pytamy, że wątpimy, że się nie zgadzamy, że jesteśmy zdolni do radykalnej nawet zmiany zaszliśmy jako ludzkość tak daleko?

Uproszczenie trzecie. Coraz częściej pojawia się przekonanie o oszukanym pokoleniu. O pokoleniu demograficznego wyżu, które masowo podjęło studia wyższe a dzisiaj aż 1/3 absolwentów tych studiów nie może znaleźć pracy. Ten przywoływany chętnie procent bezrobotnych w populacji najliczniejszej w historii Polski grupy absolwentów szkół wyższych może świadczyć o bardzo wielu rzeczach.

Może ważna jest nie liczba bezrobotnych w tej grupie ale liczebność samej grupy i proporcja tych, którzy pracy nie mają do tych, którzy ją znaleźli? Jeśli w latach 80-tych wykształcenie wyższe miało 6 procent społeczeństwa a dzisiaj ma je kilkakrotnie więcej to może odsetek bezrobotnych jest wynikiem liczebności całej grupy?

A co będzie, jak wyższe wykształcenie zdobędą wszyscy przedstawiciele wiekowo odpowiedniej populacji? Stuprocentowe zatrudnienie? Bezrobocie zniknie? Bezrobocie, które ma wiele przyczyn i nie zawsze oznacza, ze nie ma pracy. Często nie ma takiej pracy, na jaką liczą absolwenci. Często nie ma pracy w ich miejscu zamieszkania. Nie ma pracy rozumianej jako posada - gotowe stanowisko, na które można przyjść i już.

Praca pewnie jest. Praca jako coś do zrobienia. W każdym miasteczku i mieście, na każdej polskiej wsi jest coś do zrobienia. To jest właśnie praca. Coś do zrobienia. Dla siebie i innych - dla wspólnoty. Że nie daje etatu, szansy na kredyt, poczucia bezpieczeństwa?

Wszakże wszyscy żyjemy dzisiaj w społeczeństwie ryzyka. Ale żeby o tym wiedzieć i żeby to rozumieć trzeba studiować humanistykę. My tego naszych studentów uczymy a oni to rozumieją. Studiujcie, żeby rozumieć. Jest tak wiele do zrobienia

***

Mirosława Dziemianowicz , prof. w Dolnośląskiej Szkole Wyższej we Wrocławiu, dziekan Wydziału Nauk Pedagogicznych od 2008 roku. W latach 2006-09 członek Rady Głównej Szkolnictwa Wyższego, wiceprzewodnicząca Komisji edukacji. Ekspert MNiSZW ds. Krajowych Ram Kwalifikacji.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Aleksandra Sobczak poleca

Przydatne linki

Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem