Oto mój list na temat szkolnictwa wyższego w Polsce.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl

Jestem młodym absolwentem "studiów wyższych". Uznałem, że w dyskusji na temat całego szkolnictwa (nie tylko wyższego) należy przytoczyć konkretne przykłady patologii "z życia wzięte" jakie mają miejsce pod okiem instytucji takich jak MEN i MNISW, a które to dają do myślenia.

Rzecz dzieje się w stolicy jednego z województw Polski południowej. Znak rozpoznawczy dla wtajemniczonych: "I te k..., krasnoludki asyryjskie" (sic!)

Chciałbym na wstępie poprawić pana Andrzeja Dworaka, który w swoim liście do redakcji napisał , że pensja profesora nie zależy od liczby wydanych dyplomów. Rzeczywiście pensja stała nie zależy, ale każdy promotor otrzymuje pieniądze za każdy obroniony dyplom.

Na wielu uczelniach skończyło się to tym, że jeden promotor ma nawet 12 studentów, a bywa nawet, że co roku bierze kolejnych, choć poprzedni nie obronili jeszcze swych dyplomów. Jeśli ktoś ma wątpliwości może skonsultować się z jakimś promotorem prac. Może któryś się przyzna jak wygląda taki zarobek na magistrantach.

Teraz przykłady z życia (100 proc. prawdy - niestety).

Szkoła:

 

1. Lekcja historii w liceum: w gimnazjum oczekiwano ode mnie przynajmniej trzech odpowiedzi ustnych w semestrze, po przejściu do liceum uznałem, że także i tu będzie podobnie. Było inaczej. Nauczyciel tylko raz, na początku pierwszej klasy, rozpoczął pytanie uczniów. Przyzwyczajony do odpowiedzi ustnej zgłosiłem się dobrowolnie i w ten oto sposób byłem jedyną osobą w klasie (nie wykluczone, że w całym roczniku), która odpowiadała u tego nauczyciela przez cały okres liceum. Przez trzy lata nauczyciel ten organizował klasówki, testy, a na co dzień podczas zajęć czytał gazety, a nam kazał czytać podręcznik szkolny.

2. Lekcja biologii w liceum: nauczycielka pyta ucznia z pewnego tematu. Uczeń wyraźnie stara sobie go przypomnieć, a nauczycielka przerywa mu te próby i mówi: "spójrzcie jak mu się przesuwają oczy, czyta w wyobraźni kartki z notatkami, których nauczył się na pamięć. Nie macie uczyć się na pamięć, ale tak by zrozumieć." Nauczycielka stawia uczniowi jedynkę po czym sama odpowiada na swoje pytanie, dokładnie tak jak jest napisane w podręczniku. Kropka w kropkę. Ja się pytam: gdzie tu było miejsce na zrozumienie zagadnienia?

Uniwersytet (wszystkie punkty dotyczą tej samej uczelni):

 

1. Wykład pana prof. dr hab. z historii XX-lecia międzywojennego. Profesor, kończy swój temat nieco wcześniej, po czym zaczyna mówić o tym jak od kilku lat nie podwyższano pensji nauczycielom akademickim, i jak to źle się traktuje kadrę naukową. Po chwili, z rozbrajającym uśmiechem mówi do swych studentów: "a wy jak będziecie mieli szczęście, to może nawet po tych studiach zostaniecie nauczycielami, ewentualnie jakimiś sprzedawcami". Nie muszę chyba pisać, że studenci zdębieli. Czemu sam przykłada rękę do takiej edukacji?

2. Wykład pana doktora z zakresu średniowiecza. Temat: chrzest Polski. Nagle wykładowca przerywa swój monolog i zmienia temat. Zaczyna mówić jak to w PRL-u, w okresie świąt Bożego Narodzenia do Polski płynęły banany z Afryki, a telewizja relacjonowała kolejne etapy podróży statkami tego towaru do Polski. Tłumaczy nam, że Polska jako biedny kraj nie mogła kupować dorodnych bananów z tzw. szpicy bananowej, czyli krajów o najlepszych bananach, więc prawie połowa przybywała do nas zgniła. Po tych kilkunastominutowych wspomnieniach wykładowca wrócił do tematu.

Można by to potraktować jako niegroźną anegdotę na zajęciach, gdyby nie fakt, że wykładowca powtarzał ją przez kolejne pięć wykładów jakby nie pamiętając, że już to słyszeliśmy. Co więcej, te wspomnienia przeszły do legendy, gdyż, okazało się, że te bananowe opowieści snute są rokrocznie, zawsze na wykładach tego doktora.

3. Ten sam doktor co powyżej, udziela wywiadu lokalnej TVP, w którym komentuje wprowadzenie na uczelni drobiazgowego systemu oceny wykładowców przez studentów. Krytycznie wypowiada się na ten temat, stwierdzając, że ocena studenta nigdy nie będzie obiektywna wobec wymagającego wykładowcy. Pan doktor ma się czego obawiać, bo znany jest wśród studentów z tego, że standardowo spóźnia się kilkanaście minut na każde ćwiczenia, które prowadzi (jest pytanie o punktualność wykładowcy), a na egzaminach oblewa studentów nawet za idealną odpowiedź na dwa z trzech pytań. Albo nic nie umiesz, albo wszystko. Koniec kropka. Nie ma niczego pomiędzy.

4. Wykłady pani doktor z zakresu średniowiecza. Doktor czyta wszystkie wykłady z wydrukowanych kartek i nawet się z tym nie kryje. Prawie w ogóle nie patrzy na swych studentów tylko jednym tchem czyta kolejne zdania, a studenci w pewnym momencie przestają robić notatki, gdyż nie są wstanie nadążyć. Zwracamy się z prośbą do wykładowczyni, aby troszkę wolniej mówiła, na co przystaje, by po chwili wrócić do swojego normalnego tempa czytania. Studenci bezradnie rozkładają ręce, tym bardziej, że przed zajęciami pani doktor zaznaczyła, że będzie z tego pytała na egzaminach, a tematów tych nie ma w syntezach naukowych. Niestety miała rację.

5. Starszy profesor z historii starożytnej, egzaminuje studentów. Ze względu na wiek i prawdopodobnie spadki cukru w organizmie, znany jest z tego, że przysypia na zajęciach. Nikt jednak nie spodziewa się tego samego podczas egzaminu twarzą w twarz. Student losuje pytania, m.in. dotyczące państwa Asyryjskiego (państwo leżące na bliskim wschodzie w czasach starożytności). Student ledwie zaczyna odpowiadać, a profesor opuszcza głowę i zasypia. Student mruczy zatem coś pod nosem, by po kilku minutach, już lekko zniecierpliwiony, nieco głośniej powiedzieć "I te kurwa krasnoludki asyryjskie!". Profesor powoli wybudza się ze snu i pyta studenta czy już wszystko powiedział, na co tamten przytakuje. Profesor udając, że słyszał wypowiedź, wstawia studentowi czwórkę w indeksie. Zdanie z asyryjskimi krasnoludkami przeszło do legendy na tej uczelni, a ten profesor już odszedł na emeryturę.

6. Pan doktor, wykładający w danym roku historię powszechną w nowożytności. Przez cały semestr wykładał historię polski w nowożytności. W ten oto sposób odbywaliśmy dwa takie same kursy jednocześnie u dwóch wykładowców, choć egzaminował nas już inny wykładowca.

7. Młoda doktorantka (obecnie doktor). Znana jest z tego, że wzbudza strach we wszystkich studentach oraz z tego, że nigdy się nie uśmiecha. Nigdy znaczy nigdy. Nie pozwala sobie nawet na chwilę rozluźnienia.

Zadaje pytania na ćwiczeniach studentom, po czym za każdym razem utyskuje, że odpowiedź była niepełna. Znana jest też z tego, że po niezadowalającej odpowiedzi przewraca oczami wokoło. Nie wytrzymuje i sama odpowiada na swoje pytanie. Tak się składa, że mam książkę, z której robiłem notatki na ćwiczeniach i okazuje się, że wymaga ona słowa w słowo tego co tam napisano, a trzeba zaznaczyć, że zleca co tydzień do przeczytania i robienia notatek z prawie 300 stron! (a gdzie jest miejsce na przygotowanie się do innych zajęć? Może od razu dajmy 1000 stron, jakby to ilość stron była miarą wymagań).

Uznaję, że robienie notatek z wyciągniętymi najważniejszymi wnioskami nie ma sensu, więc zaczynam kserować całe fragmenty książek i artykułów i wklejam je do zeszytu, jako własne notatki...

Tak się uczy na uczelni samodzielnego myślenia i analizy materiału...

Wymienione przeze mnie sytuacje są prawdziwe. Wszyscy chcą wielkiej reformy na uczelniach i w szkołach. Ja również chcę, ale nie reformy, a zbudowania systemu od nowa.

To co jest obecnie nie nadaje się już do reformy. Polscy "naukowcy" nie potrafią się porozumieć nawet w tak prozaicznych kwestiach jak to czy można pisać w pracach naukowych przypisy w języku polskim czy tylko wolno w po łacinie. Nie wierzycie, to spytajcie się kilku wykładowców o przypisy, każdy poda wam inną teorię...

Ze studiów została mi tak szalenie potrzebna w życiu prywatnym, jak i zawodowym wiedza jak np. odpowiedź na pytanie: Jak nazywał się lekarz króla francuskiego z XVII w., który zalecał mycie twarzy wodą ogrzaną wcześniej w ustach? Znacie odpowiedź? Bo ja znam. Zapamiętam ją do końca życia.

icon/Bell Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Jarosław Kurski poleca

Przydatne linki

Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem