Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Samorządowcy pokazują, że Karta nauczyciela rujnuje ich budżety i zażądali, by część kosztów, które generuje, wziął na siebie ZUS i budżet państwa. Dominika Wielowieyska w felietonie uzasadniła dlaczego uważa, że należy wyrzucić "Kartę nauczyciela do kosza". Nauczyciele oburzyli się, oto kilka ich listów...

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl

Więcej pokory!

To straszne, co Pani wypisuje na nauczycieli pod pretekstem Karty Nauczyciela. Niezmiennie wszystkie slogany: tylko! 18 godzin przy tablicy, urlopy za długie, czas na poratowanie zdrowia, brak pochylenia nad uczniem, szkoły molochy itd. Ani jednego zająknięcia o sprawcach, o MEN i politycznych preferencjach za pieniądze. Nic, ani słowa, a jeżeli już to ministrze pogardy, Handkem, twórcy rozboju strukturalnego oświaty.

Kiedy już tak naurągaliście, to zapytajmy, o co w tej walce o oświatę chodzi? I odpowiada Pani bezbłędnie - o pieniądze! A ja Pani dopowiem, że urzędników tzw. obszaru budżetowego lawinowo od pięciu lat przybyło i badania pokazały, że pracownicy takich gabinetowych instytucji pracują ok. czterech godzin dziennie, a resztę muszą upozorować.

Proszę w kontekście nauczycieli przywołać posłów, dziennikarzy (podziwiam p. J. Paradowską za krytykę lenistwa mediów) i wtedy również może zamyśli się ktoś nad np. etosem zawodu nauczyciela.

Zapraszam Panią na tydzień pracy do szkoły, żeby dopiec, to najlepiej do gimnazjum lub współczesnego tzw. ogólnokształcącego liceum. Proszę zamknąć się z 36-osobową klasą i przez 45 min nauczać, ciekawie, sprawdzając poziom myślenia, zwracając uwagę na zachowania i biorąc pod uwagę uczniów z różnymi dysfunkcjami. Bo nakaz jest taki - aby uczeń wiedział, czuł się wolny, ale też znający miarę. Poprosimy o taki pokaz emocji i erudycji.

A kiedy Pani postoi 18 godzin, codziennie, solennie przygotowując materiały, na bieżąco sprawdzając osiągnięcia ucznia, to niech nikt z Państwa dziennikarzy nie jęknie nawet po dziesięciu miesiącach dziesięciogodzinnej dziennie pracy, bo to byłaby kompromitacja, słabość i brak idealizmu.

Więc proszę o więcej pokory i wszechstronnego rozeznania tematu oświatowego i naruszenia wygody decydentów oświatowych, którzy kompletnie nie mając kompetencji naukowych, dydaktycznych, nadzorują system. Jak ukryć niewiedzę? Proszę bardzo: wprowadzając niewolę paragrafów, wytwarzając potwory edukacyjne - patrz test i licealne bloki i tę komputerową miłość.

Może zainteresuje się Pani, że o filozofii możemy zapomnieć - od 2015 znika ze szkół. Może to nie przez 18 godzin zdycha polska edukacja? Joanna Szymula, nauczycielka

Brońmy się przed krzywdzącymi opiniami!

Mam dość! Tendencyjne wypowiedzi Dominiki Wielowieyskiej wprawiają mnie w coraz większe zdumienie. Pani redaktor nie ma zielonego pojęcia o pracy nauczyciela w szkole i obecnych warunków pracy z uczniami. Poza tym nic nie wie o praktykach dyrektorów szkół stosowanych wobec nauczycieli. Wbrew pozorom nauczyciel może stracić pracę szybko, zwłaszcza kontraktowy i stażysta. Pani Redaktor nic nie pisze o łamaniu prawa pracowniczego przez dyrektorów szkół.

Chciałabym zainicjować polemikę i namówić nauczycieli na wypowiadanie się na łamach "Gazety Wyborczej". Jeśli nie zaczniemy takiej dyskusji niedługo wszyscy gotowi są pomyśleć, że jesteśmy darmozjadami. Nie wspomnę już o rzekomym 3-godzinnym dniu pracy. A jeśli chodzi o Kartę Nauczyciela to oczywiście zmiany są konieczne, trzeba jednak znaleźć kompetentne rozwiązania. Apeluję do nauczycieli - brońcie się przed krzywdzącymi opiniami! Iwona K. Ellert, nauczyciel biologii

Polscy nauczyciele trzymają poziom

Postanowiłam wypowiedzieć się na temat, który od wielu, wielu tygodni, porusza red. Dominika Wielowieyska. Chodzi o powtarzaną jak mantra opinię o pracy nauczycieli i o absolutnej konieczności zniesienia Karty Nauczyciela.

Z całą pewnością warto dyskutować o tym, czy Kartę Nauczyciela zostawić, czy ją zmienić, itp. Jednak pani Redaktor stale powtarza te same (i jedyne) argumenty: nauczyciele nic nie robią, obijają się przez 18 zaledwie godzin, WSZYSCY (!) biorą w czasie swej kariery zawodowej trzy roczne urlopy na poratowanie zdrowia, a w ogóle uczą źle.

Pracuję w tym zawodzie ponad 30 lat, w renomowanym liceum (Pani rodzina była z naszą szkołą ściśle związana, a Pani Tata wielokrotnie w czasie wizyt w naszej szkole dobrze mówił o naszej pracy i deklarował szacunek dla pracy nauczycieli w ogóle).

Kadra pedagogiczna w moim liceum liczy zwykle 70-80 osób i przez te wszystkie lata tylko jedna z naszych koleżanek skorzystała z rocznego urlopu na poratowanie zdrowia (guzki nowotworowe na strunach głosowych). Niewyobrażalnie trudno jest uzyskać prawo do takiego urlopu, nawet przy poważnych schorzeniach. (Tylko lekarze z tzw. przychodni nauczycielskiej mogą wnioskować o taki urlop, a wymaga to tylu badań i starań, że tak naprawdę jest nieosiągalne).

Wielokrotnie pisze i mówi Pani o najdłuższych w Polsce urlopach nauczycieli. Otóż to też jest mit. Latem mamy prawo do 6 tyg. urlopu. Rekrutacja do liceów (o czym przekona się Pani wkrótce) trwa na ogół do 10 lipca, a w ostatnim tygodniu sierpnia obowiązkowo uczestniczymy w egzaminach poprawkowych (w tym maturalnych), klasyfikacyjnych i w radach pedagogicznych, bo do pracy w nowym roku szkolnym nie przygotowujemy się po 1 września.

Zarzuca nam Pani lenistwo. Czy kiedykolwiek miała Pani prywatnie do czynienia z nauczycielem? Czy widziała Pani, jak pracuje? Dobrze, bywają przedmioty, w których obciążenie jest mniejsze, ale ja akurat jestem polonistką i pracuję na pewno więcej niż 40 godzin tygodniowo. Jeśli mam tylko 4 klasy, w każdej 30-34 uczniów, każdy uczeń musi napisać min. 3 prace klasowe w semestrze, także kilka wypracowań, w klasach maturalnych jeszcze są próbne matury (a przez 2/3 mojej kariery dochodziło sprawdzanie nawet setki prac maturalnych oraz egzaminów wstępnych).

Nie ma takich świąt, ferii, weekendów, żebym nie siedziała nad uczniowskimi pracami. Jest Pani dobra w rachunkach - proszę to policzyć. A te prace, testy itp. Trzeba jeszcze przygotować. Trzeba też przygotować się do lekcji, zwłaszcza teraz, gdy co roku są nowe wymagania programowe, podręczniki itp. Są jeszcze rady pedagogiczne i szkoleniowe (coraz ich więcej, bo rozwija się w szkolnictwie biurokracja), zebrania z rodzicami, dni otwarte, przygotowywanie programów wychowawczych i pracy z uczniami o szczególnych wymaganiach, konferencje metodyczne (bo nauczyciele cały czas się dokształcają), wycieczki, dyżury na imprezach szkolnych, itp., itd. Wszystko w tzw. wolnym czasie i bez dodatkowej zapłaty.

Skąd u Pani Redaktor tak obsesyjna niechęć do nauczycieli i brak szacunku dla ich pracy? Dlaczego tak jednoznacznie negatywne opinie i pełen agresji ton (w radiu)? Czy ma Pani jakieś wyjątkowo negatywne własne doświadczenia ze szkołą? W końcu ktoś córkę Pani, Jadwinię, przygotował do egzaminu gimnazjalnego, który właśnie zdawała i któremu, jak to Pani nawoływała z anteny radiowej, z pewnością "dała radę"!

Znam (z autopsji) szkoły włoskie, holenderskie, niemieckie, szwajcarskie. Pośrednio amerykańską, bo moje dziecko uczyło się przez jakiś czas w Stanach. Prawda, tam nauczyciele spędzają więcej czasu w szkole, ale w ogóle nie pracują w domu. Jest nie do pomyślenia, by brali do domu prace uczniów do sprawdzania, ale mają też nieporównywalnie lepsze warunki pracy i całkiem inne zarobki. W systemie anglosaskim każdy nauczyciel ma 2 dni w semestrze na doskonalenie zawodowe, zamiast lekcji, w miejscu pracy, nie po pracy, kosztem życia rodzinnego. Z podziwem patrzę na nauczycieli, którzy z odległych dzielnic lub spod Warszawy docierają na szkolenia metodyczne, po drodze podrzucając dzieci pod opiekę członkom rodziny. Bardzo wielu spośród nas kończy także różne studia podyplomowe (często bardzo drogie).

Pomimo tego, co od kilku lat czynią władze oświatowe, które zdają się konsekwentnie dążyć do nieodwracalnego obniżenia poziomu wykształcenia Polaków, polscy nauczyciele, w ogromnej większości, pracują z oddaniem, trzymają poziom, nie zważając na coraz trudniejsze warunki pracy, biurokrację, nieuzasadnione często wymagania rodziców, coraz trudniejszą i zagubioną młodzież (każdego roku mam uczniów z depresją, lekomanią, anoreksją itp.). I opieka nad nimi, próba pomocy im i ich rodzicom pochłania masę czasu i emocji i wymaga kolejnych umiejętności i współpracy z pedagogami i instytucjami.

Aleksandra P-S.

Nauczyciel to ostatecznie też człowiek!

Dominika Wielowieyska po raz kolejny zajmuje się koniecznością likwidacji Karty Nauczyciela. Formułuje zastrzeżenia wobec tego archaicznego, w jej przekonaniu, aktu prawnego. Argumentuje, że nie może być tak, że nauczyciele pracują krótko a mają najdłuższe urlopy. Jest przekonana, że ostatecznie likwidacja Karty wyjdzie na dobre i tylko dzięki temu nauczyciele będą lepiej zarabiać.

Rozwiązania proponowane przez Wielowieyską są tak proste i oczywiste, że doprawdy niewyobrażalne, że nikt wcześniej nie zastosował ich w praktyce. W opinii autorki przyczyną całego zła jest naturalnie pensum i zapisy Karty Nauczyciela. Ich efektem jest m.in. konieczność wypłaty poborów nauczycielom na tzw. urlopach dla poratowania zdrowia. Jako przykład Wielowieyska podaje Kraków, który przeznacza na ten cel 18 milionów złotych. Proszę jednak pamiętać, że w praktyce, w większości przypadków, te urlopy to forma ucieczki przed zwolnieniami i w konsekwencji bezrobociem.

Tyle przelano atramentu i wyeksploatowano klawiatur pisząc o nauczycielskim pensum, że kolejne rozważania i analizy na ten temat są już nieco zawstydzające. Jak każde pisanie o oczywistościach. Jeżeli ktoś nie dostrzega różnicy pomiędzy czasem spędzonym w klasie a powiedzmy w biurze, to raczej żadne argumenty go nie przekonają. Mało tego, chcę dostarczyć jeszcze argumentów przeciwko pensum. Przecież mówienie o 18-godzinnym pensum jest i tak uproszczeniem. Pensum składa się bowiem w zasadzie z 18 jednostek lekcyjnych po 45 minut. Niezależnie od krytyki Karty i pensum stawiam jednak przewrotną tezę, że ochraniają one nie nas nauczycieli, ale polskie dzieci.

Nie podzielam w żaden idealistycznego, jeżeli nie naiwnego przekonania, że po likwidacji Karty samorządy zatrudnią najlepszych nauczycieli. Jestem gotów założyć się o duszę, że w praktyce okaże się, że zatrudnią raczej tych najbardziej towarzysko czy rodzinnie związanych ze strukturami lokalnej władzy.

Nie nastąpi to naturalnie w Warszawie, Wrocławiu czy Radomiu. Tam zawsze ktoś zadzwoni do jakieś redakcji, przyjadą reporterzy i w rezultacie samorządowcy będą się tłumaczyć przed tzw. opinią publiczną.

A jak w praktyce zatrudnianie przez samorządy będzie wyglądać w różnych miejscowościach z daleka od szosy, z daleka od prasowych i telewizyjnych redakcji, dróg ekspresowych czy szlaków kolejowych?

Na przykład jakoś tak: Do wójta, powiedzmy Mariana, przyjdzie jego kolega, powiedzmy Heniek (obydwaj po zawodówce) i powie, że jego siostrzenica szuka pracy. Dziewczyna, powiedzmy Angelika skończyła właśnie politologię na wieczorowych studiach, powiedzmy w Ciechostowicach i chce pracować w szkole. Do tego miała, powiedzmy 3+ z historii, a że jej teść przez 2 kadencje był radnym, z powiedzmy Samoobrony, spokojnie znajdzie etat. Tym łatwiej, że na historii przecież zna się każdy. Tak zresztą jak na języku polskim. To przecież najprostsze przedmioty. W następstwie tej jakże prostej kombinacji logiki i niepodważalnych faktów, popartych wspólną biesiadą nasza Angelika zastąpi jakąś dyplomowaną nauczycielkę historii, która miała, powiedzmy troje, laureatów olimpiady przedmiotowej na szczeblu wojewódzkim.

Stanie się tak także z tego powodu, że gmina zapłaci dziewczynie o tysiąc złotych mniej. Wszystko odbędzie się w jak najlepszym porządku, zgodnie z literą prawa. Gmina ma oszczędności a młodzi absolwenci pracę. Czego się czepiać?!

I kolejna porcja wątpliwości. Jak w praktyce ma wyglądać 40-godzinny tydzień pracy nauczyciela? Konkretnie mój. Wchodzę codziennie o 8 rano do budynku mojego gimnazjum, od września Zespołu Szkół i co dalej? Mam codziennie 8-9 lekcji, żeby krytycy Karty i pensum byli usatysfakcjonowani? Gmina płaci za te godziny? Ile płaci?

Zastanawiam się ponadto, czy mam zajęcia według dotychczasowego planu - na przykład 4 lekcje a potem siedzę. A jeżeli siedzę, to co wtedy robię? Wreszcie gdzie siedzę? - w części szkół brakuje po prostu sal lekcyjnych. W gimnazjum, w którym uczę, nauczyciele rzetelnie podchodzą do zajęć dodatkowych. Chcą je prowadzić, ale brak sal jest odczuwalny. Zajęcia odbywają się niekoniecznie w najlepszych godzinach dla uczniów, ale wtedy kiedy są możliwości lokalowe. Zajęcia dodatkowe w pokoju nauczycielskim są czymś zupełnie naturalnym. Jak je pogodzić z 40-godzinnym pensum. Gdzie fizycznie mam się podziać?

Pamiętajcie walczący z nauczycielami krzyżowcy, że integralną częścią szkoły są dzieci, które w naturalny sposób hałasują. Zaglądajcie do najbliższej szkoły choćby przez 2 dni na każdą przerwę. Mam nadzieję, że zobaczycie wtedy, że w szkole czas jednak inaczej się liczy. 8 godzin codziennie w realiach polskiej szkoły to jednak rodzaj kary! Nie wolno w ten sposób karać i upokarzać nauczycieli. Każdy normalny belfer, czyli jednak zdecydowanie zdecydowana większość chce dla uczniów jak najlepiej. Chcemy ich uczyć i objaśniać im świat!

Można przebiec 100 m w 10 sekund, ale nie sposób biec takim sprintem przez kilka kilometrów. Można pisać 12 godzin, ale nie sposób intensywnie i efektywnie uczyć całymi dniami. Można poprowadzić na poziomie kilka lekcji, ale na pewno nie 8 lub 9. Ja w każdym po 5-6 godzinach wyłączam się. Lekcja to jednak rodzaj sprinterskiej koncentracji. Dla dzieci i młodzieży lepszy niż mozolny nauczycielski kierat będzie wspólny intelektualny sprinterski bieg przez płotki niewiedzy i ograniczeń. A psychofizyczną wytrzymałość nauczycieli sprawdzajcie krzyżowcy na przykład w triatlonie.

Czy ktoś wymaga, żeby lekarz stał przy stole operacyjnym codziennie kilka godzin? Albo żeby policjant ścigał złodziei złomu codziennie 8 godzin? Nawet jeśli porusza się truchtem? Na razie wszystkim krytykom potwornych i niekompetentnych, a do tego leniwych nauczycieli polecam konkretną formę aktywności - pogoń za rozumem! Naprawdę będziecie zadowoleni świętując sukces na zgliszczach polskiej oświaty i zdrowego rozsądku? Robert Kasiak, nauczyciel w gimnazjum

Nauczanie to codzienna walka

Po przeczytaniu artykułu Dominiki Wielowieyskiej "Kartę nauczyciela do kosza" coś się we mnie zagotowało. I od razu zaznaczę - nie uważam, że Karta nauczyciela powinna zostać w takiej formie, w jakiej jest teraz - wymaga reformy. Chciałabym jednak odnieść się do kilku kwestii, które porusza Pani Wielowieyska, a które szczególnie mnie wzburzyły.

Pierwszą sprawą, o której pisze Wielowieyska jest kwestia 18-godzinnego pensum godzin spędzanych przez nauczyciela tygodniowo przy tablicy. Oczywiście, jeśli podzielimy 5 roboczych dni tygodnia na 18, otrzymamy 3,6 godziny (niektórzy pewnie powiedzą, że w dodatku niepełnej - wszak godzina pracy nauczyciela ma 45 minut - daje nam to więc niecałe 3 godziny zegarowe). Nie znam osobiście ani jednego nauczyciela, który przy tablicy spędzałby tak niewiele czasu dziennie, a z pewnością nie nauczyciela przedmiotów wiodących - języka polskiego, języków obcych, matematyki, chemii, fizyki, geografii, biologii. W szkole, w której pracuję, większość nauczycieli pracuje ponad etat, około 5 godzin dziennie - albo więcej. Nauczyciel ma bowiem, o czym wie niewiele osób, także do wyrobienia tzw. "godziny karciane" - czyli godziny pracy z uczniem, które musi wypracować, ale nie dostaje za nie żadnych pieniędzy. Co więcej - nauczyciel, jeśli chce być doceniany, musi pracować ponad etat. Nie oszukujmy się, najczęściej za darmo.

Bardzo lubię moją pracę. Kocham młodzież, z którą pracuję, ale pewnie gdyby nie dzieciaki, już dawno by mnie w szkole nie było. Może więc napiszę, jak to wygląda w moim przypadku.

Uczę języka polskiego w zespole szkół składającym się z gimnazjum i liceum. W okresie od września do lutego pracowałam 26 godzin tygodniowo (przy tablicy), a do tych godzin musiałam wyrobić dodatkowo dwie darmowe godziny tygodniowo. Te dwie godziny to fikcja - w ostatnim czasie, tuż przed odejściem maturzystów, organizowałam zajęcia dodatkowe dla uczniów trzecich klas liceum. Na tych zajęciach spędzaliśmy nawet po cztery godziny dziennie - powtarzając lektury, rozwiązując arkusze maturalne, pisząc prace, ucząc się interpretacji wierszy. Za te godziny nikt mi nie zapłaci.

Mój dzień w pracy nie trwa, jak wydaje się większości osób patrzących na niego z zewnątrz, trzy i pół godziny lekcyjnej. Codziennie przyjeżdżam do szkoły prawie godzinę przed rozpoczęciem zajęć - każdego dnia mam do skserowania sprawdziany, karty pracy, kartkówki na dany lub następny dzień, każdego dnia od rana mam do załatwienia kilka spraw organizacyjnych.

Lekcje zaczynam około 9.00, choć są też dni, kiedy przychodzę do szkoły później lub wcześniej (na przykład na 7.30 lub 10.00). Każda lekcja to totalna koncentracja - nie jestem na niej tylko nauczycielem, ale też psychologiem, negocjatorem, komentatorem, muszę uważać na każde słowo, czasem nerwy mam w strzępach. Niektóre lekcje to walka - szczególnie w gimnazjum. Każdego dnia mam średnio 5, czasem 6, ale czasami 7 lekcji (w tym także lekcje indywidualne z niepełnosprawną młodzieżą), potem zajęcia dodatkowe, koło radiowe, godziny karciane, pomoc psychologiczną... Wracam do domu o 15-16, całkowicie wypruta z emocji i niezdolna do normalnego funkcjonowania. Po zjedzeniu obiadu zabieram się za sprawdzanie sprawdzianów, kartkówek, prac klasowych, zeszytów, oraz - tak, tak - przygotowywanie lekcji na następny dzień.

Zajmuje mi to średnio około trzech-czterech godzin.

Dzwonię też często do rodziców - lub odbieram telefony od nich, wypełniam dokumentację, wypisuję oceny, zajmuję się sprawami wychowawczymi. Pracę kończę około 19.00-20.00 - wtedy mogę zjeść kolację, obejrzeć "Fakty" lub "Wiadomości", poczytać książkę, spokojnie porozmawiać z mężem.

Mój dzień pracy trwa około 9 godzin. Czasem mniej, czasem więcej - zdarzają się takie czterogodzinne, ale także bywa, że pracuję czternaście godzin prawie bez przerwy (tekst do prasy, sprawdzanie bibliografii i konspektów maturzystów do późnych godzin wieczornych).

Urlopy dla poratowania zdrowia? Na razie mnie to nie dotyczy. Znam jednak nauczycieli, którzy pracują 30 lat, a nigdy nie byli na urlopie. A że w różnych miejscach urlopy są nadmiernie wykorzystywane i idą na nie ogromne pieniądze? Rozliczajmy za to poszczególnych nauczycieli i szkoły, a nie całą grupę zawodową.

"Szkoły są molochami, gdzie nie ma szans na indywidualne podejście do ucznia". To nie jest wina nauczyciela - w trzydziestoosobowej klasie nie ma miejsca na podejście indywidualne. Nie ma też na to czasu - dlatego ja cały czas pluję sobie w brodę i - mimo wszystko - czuję się winna, że nie starcza mi czasu na dobre poznanie ich wszystkich. Marzę o zindywidualizowanej pracy z uczniem. Marzę o klasach maksymalnie piętnastoosobowych, w których będę mogła z każdym czasie lekcji zamienić słowo, każdego zapytać i każdemu wyjaśnić problem. Teraz nie mam takiej możliwości.

W ciągu ostatnich miesięcy przeszłam też przez wiele uczniowskich dramatów - począwszy od niskiej samooceny, przez depresję, okaleczanie się, uzależnienia, do śmierci rodziców. To piekielnie trudne sprawy, z którymi my - dorośli - często sobie nie radzimy. A staramy się pomóc radzić sobie z nimi dzieciom.

Piszę to wszystko i zastanawiam się - jaki to ma tak naprawdę sens? Kto na to zwróci uwagę? Przecież dla większości społeczeństwa polski nauczyciel to nierób, który ma dwa miesiące wakacji, dwa tygodnie ferii, wszystkie wolne święta, wolne w okresie matur i egzaminów, sporo dni wolnych w okolicach świąt kościelnych. To osoba, która pracuje trzy godziny dziennie, po czym wraca do domu i nic nie robi. To ktoś, kto co rok dostaje podwyżki.

Ludzie, którzy tak sądzą, nie wiedzą o stresie, depresjach, nerwicach, przepracowaniu, chorobach zawodowych, problemach powodowanych nadmiarem pracy, lekach uspokajających, zarobkach niewspółmiernych do włożonego nakładu pracy, dramatycznych rozmowach z rodzicami i dziećmi - i o próbach dotarcia do nich! Nie wiedzą, że praca nauczyciela to codzienna walka - bo oni nie chcą się nauczyć, a my chcemy nauczyć ich. I jeszcze większość z nas chce to zrobić dobrze.

Chciałabym, żeby z zawodu nauczyciela została zdjęta pewna klątwa. Znam ludzi z pasją, którzy mają świadomość wszystkiego, co powyżej napisałam, a mimo to - kochają swoją pracę i chcą nią żyć. Znam też jednak ludzi, którzy mówią: "Nie wiem, ile jeszcze wytrzymam. Nie wiem, CZY wytrzymam". Rozumiem - i jednych, i drugich. To piekielnie trudna praca, wymagająca często życia na pełnych obrotach intelektualnych, ale także fizycznych - codziennie, przez siedem dni w tygodniu (tak, tak, w sobotę i niedzielę nauczyciel też pracuje...). Natalia K.

30 lat pracy

Jestem wzburzona po przeczytaniu opinii Dominiki Wielowieyskiej na temat przywilejów nauczycieli w Polsce. Dlaczego nie znając pracy w tym zawodzie (mniemam, że autorka nie zechciałaby tego czynić, mimo rzekomych wielu dni wolnych i osiemnastogodzinnego wymiaru pracy w tygodniu), wyciąga tak daleko idące wnioski o działaniach polskich nauczycieli, szczególnie tych prowincjonalnych.

Jestem nauczycielem z trzydziestoletnim stażem przy tablicy. Zaręczam, że zdawałam takie same egzaminy, jak nauczyciele pracujący w Warszawie, nierzadko z lepszym skutkiem - po prostu byłam lepsza. Nie mam w związku z tym żadnych kompleksów. Kończyłam Uniwersytet Warszawski jak wielu prowincjuszy, z którymi pracuję.

Mam problemy z emisją głosu, z krtanią, coraz słabszy wzrok i nerwicę. Mimo tego jeszcze nie korzystałam z urlopu dla podratowania zdrowia. W mojej placówce zaledwie jeden nauczyciel korzystał z tej formy odpoczynku.

Chciałabym napisać jeszcze kilka słów na temat wymiaru czasu mojej pracy. 18 godzin w ciągu tygodnia przeznaczam na zajęcia dydaktyczne, a są jeszcze zajęcia wychowawcze - dyskoteki, rajdy, wycieczki, biwaki, ogniska itp.

W pracy nauczyciela są przewidziane także: spotkania z rodzicami, zebrania Rady Pedagogicznej, konsultacje indywidualne z rodzicami, przygotowywanie apeli, części artystycznych, sprawdzanie klasówek, sprawdzianów, kartkówek. Czy sprawdzenie 30 prac klasowych, zajmuje nam tyle czasu, co czytanie ceny produktu w sklepie za pomocą skanera?

Reasumując do emerytury zostało mi 15 lat. Nie wiem tylko, czy warto czekać na 1000 zł świadczenie emerytalne. Może lepiej odejść. Tylko dokąd? Przecież ten kraj, w którym żyjemy, to nasza ojczyzna, którą młode pokolenia uczymy kochać. Nauczycielka biologii

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.