Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl

Korzystając z tej legitymacji, patriotyzm prawica w Polsce zawłaszczyła i specjalizuje się w wywoływaniu świętego oburzenia na wszelkie, mniej czy bardziej urojone, przejawy zamachów na narodowe świętości. Bo dodać trzeba, że ten patriotyzm artykułuje się głównie w poczuciu zagrożenia, obronie i walce.

Do frontu walkę o Polskę o polskość zaliczyła polska prawica właśnie sposób nauczania historii w szkołach ponadgimnazjalnych. O ile jednak podpalenie emocji kilku politycznych i życiowych frustratów jest smutne, ale przewidywalne, to włączenie w nurt społecznego gniewu całych wydziałów historycznych polskich uniwersytetów jest już osiągnięciem nie byle jakim, i więcej niż smutnym. Gdy uniwersytet porzuca racjonalny namysł nad rzeczywistością na rzecz politycznych uniesień, to sprawa staje się poważna.

Czego bronią uniwersytety

Można to usprawiedliwić niepokojem o własny życiowy interes - mniej godziny pracy dla nauczycieli historii w szkole to uderzenie także w uniwersytet, który tych nauczycieli kształci. Zrozumiałe są więc obawy akademickich historyków związane z mniejszą dla nich liczbą godzin pracy w szkole, ale nie jest uczciwie ani zgodnie z prawdą interesu pewnej grupy zawodowej utożsamiać z interesem Narodu i przedstawiać jako kolejny zamach na polskość.

Któż zarazem, jeśli nie historycy, powinien lepiej rozumieć, że świat i społeczeństwo się zmieniają i konieczność zmiany profilu kształcenia może dotknąć także uniwersytety. Jeśli nawet będzie potrzeba nam mniej nauczycieli historii, to może więcej znawców europejskiej kultury, sztuki, czy instytucji społecznych?

Może ta zmiana wywoła powołanie nowych studiów interdyscyplinarnych? Uniwersytet nie tylko zmian bać się nie powinien, ale społeczeństwo ma prawo oczekiwać od niego twórczej na te zmiany reakcji i propozycji rozwiązań problemów. I nie MEN te zmiany kreuje, ale otaczająca nas rzeczywistość, która wymusza zmiany w systemie edukacji. Oczekiwać by można, że impuls reformatorski właśnie z uniwersytetów będzie płynąć, a nie chęć zakonserwowania przez nich stanu rzeczy z innej epoki. Warto przyjrzeć się bowiem, czego w istocie bronią i przed czym protestują prawicowe środowiska (a ślad za nimi niektóre wydziały historii polskich uniwersytetów) w obecnym sporze o historię w szkole.

Czego broni prawica?

Po pierwsze, prawica broni liczby godzin historii. Nie jakości jej nauczania, nie atrakcyjności czy efektywności, nie dramatycznie spadającej liczby uczniów zainteresowanych nią w ogóle, a szczególności jako maturalnym przedmiotem egzaminacyjnym - ale liczby jej godzin właśnie. Jakby od tej jednej godziny mniej w ciągu dwu ostatnich lat nauki tej zależało to, czy uczniowie będą ją lubić i umieć. Tak silny opór przeciw zmniejszeniu liczby godzin jakiegokolwiek przedmiotu w ramowym planie nauczania jest przecież wynikiem leninowskiego przekonania, że ilość przechodzi w jakość. Doprawdy prawicowa to logika.

Po drugie, dążąc do przywrócenia poprzedniego modelu nauczania historii, prawica broni sytuacji, w której uczeń omawiał te same i tak samo zorganizowane treści nauczania raz w gimnazjum, a później po raz drugi w liceum. Broni zatem szkolnego urojenia, zamiast troszczyć się o realność wykształcenia polskiego ucznia (bo czym innym jest obrona marnowania przez uczniów trzech latach na powtarzaniu tego samego?).

Po trzecie, środowiska prawicowe bronią przed nowoczesnym podejściem do nauczania historii - przed interdyscyplinarną perspektywą, przełamującą szkolne schematy i mającą zainteresować uczniów światem ludzkich wytworów i społeczności. Bronią więc szkolnej rutyny i nudy, odmawiając historii prawa do atrakcyjności, do rozstrzygania problemów i twórczego myślenia na lekcjach tego przedmiotu, czyli w istocie działają na szkodę szkolnej historii.

Po czwarte, współcześni polscy konserwatyści bronią przed zmianą traktowania historii w szkole - przed przeniesieniem akcentów z historii politycznej (i po trosze gospodarczej), rozumianej jako ciąg walk personalnych, politycznych i narodowych na historię kultury i społeczeństwa. W ten sposób bronią modelu historii ulubionej także przez komunistyczne władze, pogłębiającego, i tak rozpowszechnione w Polsce, w istocie szkodliwe, rozumienie spraw obywatelskich w kategoriach walki politycznej. Znamienne, że ideolog współczesnej polskiej prawicy (Gazeta z 3 kwietnia br.) uznał, że do bloku "historia i społeczeństwo" zostało włączone nawet przysposobienie obronne. Jest to zapewne wynik projekcji, by historia była przedmiotem, na którym młodych Polaków przygotowuje się do chwalebnej śmierci w kolejnym powstaniu (na szczęście oczywiście tak nie jest - zostało ono zastąpione w nowej podstawie programowej "edukacją dla bezpieczeństwa").

Po piąte, skarżą się polskie narodowo-katolickie środowiska, a za nimi tenże ideolog, że w nowym sposobie nauczani historii (zwróćmy uwagę, że tylko w dwu ostatnich latach szkoły ponadgminazjalnej, po zrealizowaniu całego kursu historii od starożytności egipskiej po katastrofę smoleńską) "jest kilka modułów, każdy nauczyciel może skonfigurować z nich inny kurs". Otóż i problem polskiej prawicy - wybór. Wolność. Co ta za fanaberie w szkole - żeby nauczyciel miał jakiś wybór, żeby można było inne treści w różnych szkołach omawiać. Żeby nie daj Boże, jeszcze uczniowskie zainteresowania w tych wyborach uwzględnić.

Warto więc zauważyć, że protest prawicy w obronie zmian w ramowym planie nauczania historii (przypomnijmy: dla części uczniów i w ostatnich dwu klasach szkoły ponadgimnazjalnej) to protest w obronie powtarzania dwukrotnie w cyklu szkolnym nudnej dawki faktów o wodzach i wojnach.

Że za protestem tym stoi magiczna wiara, że liczba godzin przemienia się w jakość wykształcenia i obywatelskie postawy. Że jest on wynikiem paternalistycznego przekonania, że wszyscy mają szkole ten sam nudny kurs przerobić i tyle, i koniec dyskusji.

Że wreszcie jest on konserwatywnym sprzeciwem wobec wszelkiej zmiany w imię wiary, że tylko to, co było, jest dobre, nawet, jeśli uświęcone także przez światłe władze oświatowe komunistycznej Polski.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.