Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl

"Gazeta Wyborcza" z 4-5 lutego 2012 zamieściła obok siebie dwa teksty: jeden autorstwa o. Macieja Zięby "Czy jesteśmy Kościołem JP II?", w którym autor zastanawia się m. in. "Czy mamy odwagę niekoniunkturalnie wykazywać braki różnych sposobów myślenia - ale z szacunkiem i zrozumieniem dla ludzi niepodzielających naszych poglądów? Czy pielęgnujemy zdolność do odkrywania i poszanowania prawdy oraz dobra istniejących poza Kościołem?"

Drugi, którego autorem jest red. Krzysztof Varga nosi tytuł "My ateiści" i, jak gdyby wywołany pytaniem o. Zięby, jest świadectwem aż nadto wyraźnym, że druga strona dialogu, czyli ludzie poza Kościołem, stawianiem sobie takich pytań nie ma zamiaru zawracać sobie głowy. Wprost przeciwnie, epitety i inwektywy to jak najbardziej pożądany oręż w dyskusji.

Autor stara się zareklamować niedawno wydaną w Polsce książkę "Dlaczego jesteśmy ateistami" . Uważa, że książka ta " jest lekturą dla ateisty ciekawą i obowiązkową. Zresztą dla myślącego w miarę rozsądnie teisty też winna być". Wynika z tego jednoznacznie, że wszyscy ateiści mają monopol na super rozsądne myślenie, a wszyscy wierzący to ludzie o mniejszym rozumie, skoro niezdolni są pojąć, że Boga nie ma, że to tylko wytwór ludzkiej (chorej?) wyobraźni.

Dyskusję o ''Boga istnieniu lub nie'' rozpoczął felietonem "My, ateiści" Krzysztof Varga, pisząc do teistów: jeśli Bóg jest, to dlaczego zezwala na tyle zła i okrucieństw? Odpowiedzieli mu: "Nie podoba mi się pańskie kazanie. Do Krzysztofa Vargi" ;

 

"Przydałby się panu solidny katecheta" ;

 

"Rozum na rozdrożu" ;

 

"Nie da się dowieść, że Bóg istnieje. Ani że go nie ma" ;

 

"Niedowód na istnienie Boga" i inne.

Autor wyjawia swoją troskę o przyszłość Kościoła w Polsce, który "znalazł się zaiste w trudnej sytuacji, choć niejasne jest, czy zdaje sobie z tego sprawę" z tego jak "prawdziwie groźny dla tej szybkiej jak ślimak i skorej do autorefleksji jak żółw instytucji jest zwykły, spokojny, coraz powszechniejszy racjonalny ateizm. Przy tym autor określa siebie jako spokojnego i racjonalnego ateistę i "na równi z bredniami biskupów mierżą" go "popisowe ataki nie tylko na Kościół, ale i na religię".

W zasadzie, to należałoby podziękować autorowi za to odkrycie i ostrzeżenie, gdyż bredzący biskupi, tudzież w niewystarczającej mierze rozsądnie myślący miliony Polaków nigdy by na to nie wpadło. Ja jednak mam trochę inne zdanie co do tego jaki typ ateizmu, różny od "racjonalnego", jest dla naszego Kościoła rzeczywiście groźny, więc z podziękowaniami się wstrzymam.

Autor proponuje, żeby "mottem wszelkich rozważań o Bogu było: "Religia sprawia, że dobrzy ludzie robią złe rzeczy". Nie jest to osobisty wynalazek autora, spotkałem się z taką sugestią już wcześniej, ale nie mogłem się zorientować, czy chodzi tu o slogan na zjazd ateistów czy też o propozycję bazy do dialogu z wierzącymi. Ciekawe, czy byłaby do przyjęcia przez ateistów minimalna zmiana tego motto na: "Ateizm sprawia, że dobrzy ludzie robią złe rzeczy"? Nie wydaje mi się, żeby którekolwiek z tych haseł nadawało się do poważnych "wszelkich rozważań o Bogu".

Nie bardzo rozumiem, jak autor mógł zaproponować to swoje motto, jeżeli kilkanaście wierszy wcześniej umieścił takie zdanie: "Problem w tym ,że teiści uważają, że to oni mają monopol na dobro, a to co złe, zawsze bierze się z upadku wiary i w ślad za tym moralności". (Gwoli ścisłości należałoby w tym zdaniu raczej powiedzieć: "Niektórzy teiści"). Nie trzeba głęboko studiować zasad logiki, żeby wyciągnąć z tego wniosek, że to ateiści mają rację, że bez religii byłoby dużo mniej zła świecie.

Mój wniosek z tych cytatów jest inny, ale w jednym z autorem się zgadzam: uzurpowanie sobie takiego prawa jest absolutnie bezpodstawne, a nawet niezgodne z chrześcijańską wiarą. Można by tutaj zamieścić odpowiednie cytaty z Ewangelii, np. opis Sądu Ostatecznego u św. Mateusza, ale ja pozwolę sobie przytoczyć kilka zdań z książki Jean'a d'Ormesson "Traktat o szczęściu":

"Chętnie ogłosilibyśmy pochwałę tych, którzy nie wierząc w nic, ani w Boga, ani w diabła, ani w tamten świat, nie mają innego wyjścia niż przedkładać życie ponad śmierć. Kochają je namiętnie, bo nie mają nic innego do kochania. A także, chociaż nie każe im tak Bóg, zdarza im się również kochać innych ludzi. Ponieważ niewierzący czynią dobro, aby czynić dobro, nie troszcząc się ani trochę o pośmiertną nagrodę, jak można nie dostrzec, że - odwrotnie niż się sądzi - mogą oni nam dać lepszy przykład do naśladowania niż ktokolwiek inny. Niewierzący w Boga, nieoczekujący żadnej rekompensaty, przekonani, że pod koniec życia wkroczą do nicości, oni, którzy jednak kochaliby swojego bliźniego jak siebie samego, mają prawo do tytułu świętego. I tylko oni mogą mieć nadzieję, że zasiądą na zawsze po prawicy tego Pana, w którego nie wierzą".

Myślę, że dobrym punktem wyjścia dla kulturalnego dialogu pomiędzy wierzącymi i ateistami byłoby przyjęcie zasady równorzędności praw jego uczestników, zgodnie z dosyć powszechnie uznawanym za prawdziwe stwierdzeniem, że teiści wierzą w istnienie Boga, ateiści natomiast wierzą, że Boga nie ma.

Mimo uważnej lektury felietonu, nie udało mi się dokładnie wyodrębnić, gdzie autor relacjonuje zdanie autorów omawianej (reklamowanej?) książki, a gdzie przedstawia własne, osobiste stanowisko. W związku z tym, pozwolę sobie na pewne uproszczenie i będę traktować wszystkie wypowiedzi jako (prawie) cytaty któregoś z 50 autorów. Może jedynie z dwoma wyjątkami:

Pierwszy, to refleksje na temat niewątpliwie osobistego wyznania, kiedy mówiąc o docenianiu epokowego wpływu wiary chrześcijańskiej na rozwój naszej kultury autor stwierdza krótko: "Msza h-moll Bacha - tak, kazanie biskupa Michalika - nie".

Wydaje mi się, autor, tak jak zdecydowana większość znanych mi ateistów, nie wszedł do kościoła i rozkoszuje się słuchaniem fragmentów wspaniałej melodii chyba nawet nie z przedsionka, ale z bardzo dużej odległości od źródła muzyki, gdzie bardziej słychać pisk opon, zgrzyt hamulców przejeżdżających tramwajów, śmiech przechodzącej obok grupki młodzieży, opowiadającej pieprzne kawały. Gdyby chciał wejść do wnętrza kościoła, mógłby wysłuchać melodii w całej swojej krasie, bo gwar uliczny tam by nie dochodził.

Tak więc, kochani bracia ateiści wiedzą, że coś interesującego i dobrego wewnątrz się znajduje, ale mają tysiące powodów, żeby tego nie sprawdzić. A może obawiają się, że rzetelne zapoznanie się z tym, co mogliby tam znaleźć spowodowałoby konieczność zmiany poglądów na wiele spraw? Karmią się więc głosami spod kościoła i opowiadają zasłyszane niewybredne dowcipy o proboszczu mającym kilkoro dzieci lub o fanatykach świętych relikwii.

Sprawa druga: czy każde kazanie biskupa Michalika, bez względu na temat, nie nadaje się do wysłuchania, czy tylko niektóre? Bo z treścią niektórych kazań głoszonych w naszych kościołach nie zgadza się też wielu wierzących. Ale żeby z góry stawiać na kimś kreskę? Przypomina mi to niektórych moich znajomych uważających za zgorszenie prenumeratę "Gazety Wyborczej", podczas gdy inni "wielkim obciachem" nazywają czytanie "Naszego Dziennika" lub słuchanie Radia Maryja.

Jak wspomniałem we wstępie, autor uważa, że książka "Dlaczego jesteśmy ateistami" to lektura ciekawa i obowiązkowa. Nie mam jeszcze egzemplarza tej książki, ale przypuszczam, że wśród tych 50 autorów nie zabrakło takich apostołów ateizmu jak R. Dawkins, C. Hitchens, D.C.Dennet, S. Harris czy H. Mac Donald, o których twórczości mam jako takie pojęcie. Zakładam, że pozostali piszą w tym samym duchu. Potwierdzają to również niektóre cytowane przez autora wypowiedzi. Nie wiem natomiast, czy zbiorowo postawili sobie taki cel jak R. Dawkins we wstępie do swojego dzieła zatytułowanego "Bóg urojony". Pozwolę sobie zacytować ten fragment: "Założony przeze mnie cel tej książki zostanie osiągnięty, jeśli każdy religijny człowiek, przeczytawszy ją pilnie od deski do deski, stanie się ateistą".

Muszę przyznać, że w pierwszym odruchu pomyślałem, że tylko wielki bufon i zarozumialec mógł napisać coś podobnego. Kiedy jednak przewertowałem 500 stronicową księgę, przekonałem się jak bardzo się myliłem: naprawdę stałem się ateistą. Zrozumiałem, że Dawkins ma rację - takiego Boga, jakiego on przedstawia na pewno nie ma! Zrozumiałem też, jak bardzo adekwatny jest tytuł książki: to przecież jest ten "Bóg urojony" przez Dawkinsa, bo Bóg Abrahama, Izaaka i Jakuba czy Bóg chrześcijan jest zupełnie inny.

Prawdziwe powody ateizmu. Jeżeli więc 50 autorów wtóruje stanowisku Dawkinsa, to chyba niezbyt nieuzasadniony jest optymizm, że polecana lektura spowoduje masowe odejście od Kościoła - dzieło Dawkinsa tego nie dokonało. Ci, którzy będą rechotać z radości jak to Dawkins & Co. dołożyli tym z ciemnogrodu, to ateiści praktyczni, mający ważniejsze powody do odejścia z Kościoła niż jakieś tam filozoficzne przemyślenia.

Za czasów mojej młodości jednym z głównych powodów ateizmu (czy ukrywania swojej wiary) było zrobienie z niego przez komunistyczne władze czegoś w rodzaju religii państwowej. Nie chodzący do kościoła obywatel, nawet bezpartyjny, był postrzegany o wiele lepiej przy ubieganiu się o niektóre stanowiska czy choćby przy awansach. Tak zwany "światopogląd naukowy", odmieniany bezustannie przez wszystkie przypadki, skutecznie odstraszał wielu ludzi od publicznego przyznawania się do wiary i religii, żeby nie być posądzonym o zabobon, wstecznictwo, itp.

Nie każdego stać było na zamanifestowanie swojej przynależności do Kościoła przez wzięcie udziału w procesji Bożego Ciała, publiczne wzięcie ślubu kościelnego czy ochrzczenie dziecka. Ten ateizm koniunkturalny wyznawało wiele ludzi, żeby uniknąć wstydu i upokorzenia. Oczywistym następstwem tej sytuacji byli ateiści w następnych pokoleniach i wiele osób dzisiaj w średnim wieku należy do tej kategorii.

Dzisiejszej młodzieży należałoby przypomnieć, że w tamtych czasach (za rządów bądź co bądź ateistycznych humanistów) nawet odmowa pójścia na pochód pierwszomajowy lub przywitanie radzieckiej delegacji na drodze z lotniska, też mogła oznaczać odebranie premii lub pożegnanie się z awansem. Coś z tego pozostało w Europie do dzisiaj (wierzący Włoch nie mógł otrzymać wysokiego stanowiska w Unii Europejskiej właśnie z powodu swoich przekonań).

Drugim poważnym powodem - nadal aktualnym - był bunt przeciwko nauce Kościoła w dziedzinie etyki seksualnej lub zdecydowanemu stanowisku w sprawie aborcji czy rozwodów.

Do bardzo poważnych czynników powodujących wzrost ateizmu należy też potęgujący się rozziew pomiędzy postępującą edukacją człowieka w poznawaniu otaczającego go świata, a wiadomościami o wierze i religii datującymi się z okresu dzieciństwa i wczesnej młodości. Zapamiętane obrazy o brodatym staruszku lepiącym z gliny człowieka, gadającym wężu itp., słyszane do dzisiaj z kościelnych megafonów religijne pieśni (urągające, nota bene, podstawowym prawdom teologicznym) w rodzaju "kiedy Ojciec rozgniewany siecze", nie mogą być poważnie traktowane w zestawieniu ze świecką wiedzą. Ilu domorosłych krytyków religii wie, że Kościół katolicki (z pewnymi zastrzeżeniami) aprobuje teorię ewolucji, jeżeli nie wie o tym olbrzymi odsetek wierzących?

Zgorszenie złymi przykładami ludzi wierzących czy nawet hierarchów kościelnych też ma niemały udział w kreowaniu postaw ateistycznych. Przypomnijmy, jak szybko chciała się wypisywać z "takiego Kościoła" znana aktorka, po drobnym, w sumie, incydencie z ks. Bonieckim.

Obecnie dochodzą do tego jeszcze powody dość śmieszne, nie mniej jednak prawdziwe. Oto np. pracujący w Niemczech młody człowiek prosi proboszcza w swojej rodzinnej parafii na Śląsku o "wypisanie" go z Kościoła, bo nie chce płacić niemieckiego kościelnego podatku. Zapytany jednak publicznie o powód takiego wniosku oświadcza, oczywiście, że to dlatego, że "przestał wierzyć w te bajki". Nie przeczę, że będą nowi ateiści "z przekonania", ale będzie to nadal niewielki procent wszystkich stroniących od Kościoła.

Mitologia. "Od tysięcy lat jesteśmy karmieni mitologiami religijnymi, które jedynie zmieniają przebrania. I my, wychowani w kręgu kultury chrześcijańskiej, musimy wreszcie zacząć myśleć o chrześcijaństwie nie jak o wierze, ale jako o mitologii chrześcijańskiej, wcale nie prawdziwszej niż wszystkie wcześniejsze". Dowodem na powyższy cytat ma być przywołany w omawianej książce fakt, że epos o Gilgameszu, mówiący m.in. o potopie, powstał na wiele wieków przed biblijnym opowiadaniem o arce Noego.

Autor proponuje: "Biblię przestańmy więc może nazywać "Pismem Świętym", a zacznijmy nazywać "Mitologią chrześcijańską", to przecież nie mniej pouczająca lektura niż "Mity greckie", w których się kiedyś zaczytywaliśmy jako wspaniałych opowieściach nie wierząc przy tym w te wszystkie historie o Zeusie czy Hermesie".

Rozumiem, że mamy traktować Pismo Święte (święte dla setek milionów nierozgarniętych ludzi) na równi z baśniami Andersena czy wybitnym dziełem D. Browna "Kod da Vinci". Nie wiem jednak kogo autor ma na myśli pisząc "my". Czy "my" wszyscy, czy "my" wierzący, czy tylko "my" ateiści?

O Gilgameszu to ja czytałem już w roku 1962 (czy autor był już wtedy na świecie?) w książce wybitnego religioznawcy ks. Eugeniusza Dąbrowskiego ("Religie Wschodu"), a za czasów moich dziadków ludzie znający angielski mogli zapoznać się z wierzeniami Wschodu z lektury 50 tomowego dzieła wydawanego w Oxfordzie w latach 1879-1910 ("Sacred Books of the East").

Odkrywcze wyciąganie "dowodu z Gilgamesza" przez jednego z autorów reklamowanej książki co najmniej trąci myszką.

A co do słowa "mit", to przestańmy nadawać mu tylko znaczenie pejoratywne, jak to ostatnio stało się bardzo modne. Uczeni o światowej sławie widzą w wielu mitach coś więcej niż tylko przysłowiowe "ziarnko prawdy". Tej prawdy może być niejednokrotnie dużo więcej, gdyż taka była forma przekazywania wiedzy w bardzo odległych czasach.

Rozumiałbym może jeszcze część tych zarzutów stawianych przez ludzi interpretujących Biblię literalnie (czego Kościół katolicki już dawno nie robi) w stosunku do Starego Testamentu, ale Nowy Testament, który opisuje czasy historykom dość dobrze znane, wrzucany do tego samego koszyka? Zachowało się tak wiele wiarygodnych dokumentów, że nie ma mowy o "micie Jezusa" - jak swego czasu zadecydowali redaktorzy Wielkiej Encyklopedii Radzieckiej. Dzisiaj szanujący się historycy chrześcijańscy, żydowscy czy niewierzący historyczności Jezusa z Nazaretu nie kwestionują; niektórzy z nich nie przyznają Mu atrybutu bóstwa, ale to już całkiem inna sprawa.

Pisząc to przypomniały mi się rozmowy z turystami z ZSRR, których oprowadzałem po Warszawie, dorabiając do stypendium w ostatnich latach studiów. Przeważnie każda grupa prosiła, żeby zaprowadzić ich do jakiegoś kościoła. Widząc tłumy wiernych zawsze pytali mnie czy ja też jestem wierzący. Po usłyszeniu twierdzącej odpowiedzi zawsze padało następne, tak samo brzmiące pytanie: "Gienrich, kakże ty, obrazowannyj czeławiek, możesz wierit' w takije głuposti?" Nie obrażałem się na nich, wiedząc w jakim systemie przez dziesiątki lat byli kształceni i wychowywani. Ale jeżeli podobne pytanie pada z ust moich współrodaków, którzy mają szerokie możliwości zapoznania się ze wszystkimi aspektami wiary, to zdobycie się na wyrozumiałość jest dosyć trudne.

Wynalazek Boga czyli "Bóg urojony". "W ciągu tysięcy lat ludzkość dokonała wielu epokowych odkryć, ale jej największym wynalazkiem jest Bóg. Człowiek stworzyło na swe podobieństwo." No i proszę, znowu wyciągamy z lamusa ojców Oświecenia i starych mistrzów w rodzaju Feuerbacha, Freuda i Marksa. Ale w dzisiejszych czasach mamy już olbrzymią bibliotekę krytyków ich teorii, więc może dobrze byłoby czasami do nich sięgnąć. Dla ścisłości: "odkrycie" i "wynalazek" to dwie odrębne kategorie; podobnie używa się zamiennie słów "wiara" i "religia", co wprowadza sporo zamieszania w zrozumieniu o co właściwie autorom chodzi.

Ale do rzeczy. Zgodziłbym się na "odkrywanie" Boga, bo wydaje mi się, że wiara polega m.in. na ciągłym odkrywaniu Boga na nowo. Nawet ludzie uważający się za "głęboko wierzących" mają często wiele wątpliwości, niejednokrotnie prowadzących aż do granicy niewiary. Ciekaw jestem czy ateiści żadnych wątpliwości w swojej wierze nie mają, czy też nie chcą o tym mówić.

Moim ulubionym porównaniem procesu wiary jest przebieg kryminalnego procesu poszlakowego. Procesu ciągnącego się latami, z wahadłem wychylającym się raz w jedną, raz w drugą stronę. Dochodzą nowi świadkowie, wcześniejsi zmieniają swoje zeznania, a koronnego dowodu jak nie ma, tak nie ma. W pewnym momencie jednak sąd decyduje się na wydanie wyroku, czasem bardzo surowego. Żelaznego dowodu w dalszym ciągu brak, ale sąd wyrokuje na podstawie wysokiego, graniczącego z pewnością, prawdopodobieństwa zdarzenia. Podobnie jest z wiarą - dobrze jest jednak ocenić stopień prawdopodobieństwa we właściwym okresie swojego życia.

Kompromis? Jest to najbardziej kuriozalna część tekstu. "Autorzy książki są skłonni pójść na pewien kompromis z teistami .Brzmi on z grubsza tak: OK., możemy zgodzić się ewentualnie na istnienie Boga , ale pod warunkiem, że jest to Bóg nieskończenie zły, mściwy i nienawidzący ludzkości. Jako ateista w pewien sposób tęskniący za obecnością Boga zgodziłbym się podpisać pod takim żądaniem: wy, teiści, będziecie nadal mieli swoją najwyższą istotę, ale umówmy się, że to raczej bóstwo z babilońskiej czy sumeryjskiej mitologii, bóg zniszczenia i chaosu, a nie dobry, miłujący ludzi Chrystus".

No i proszę: Boga wprawdzie nie ma, ale jak wierzący umówią się z ateistami i zgodzą się na zmianę swoich o Nim wyobrażeń, nazwą Go podstępnym mordercą, to my, ateiści sprawimy, żeby On zaistniał. Takich warunków nie stawiał swoim poddanym nawet cesarz rzymski Juliusz Apostata. Ale czy ktokolwiek mógłby przypuszczać, że ateizm ma taką olbrzymią moc, że może decydować o istnieniu lub nieistnieniu Boga? Ale dlaczego to ma być akurat babilońskie lub sumeryjskie bóstwo? Może wystarczyłoby literalnie i fundamentalistycznie (jak to robi Dawkins i jego naśladowcy) zinterpretować Biblię judaizmu i pozostawić morderczego Jahwe? Czy autorzy książki przeczytali chociaż raz ".pilnie. od deski do deski" Ewangelię? W którym to miejscu Chrystus jest bogiem zniszczenia i chaosu? Wygląda na to, że czytamy zupełnie różne księgi.

Ateizm - tak, agnostycyzm - nie. Autor artykułu podkreśla, że jest zdecydowanym ateistą, żadnym tam agnostykiem, bo to miałka postawa. "Medal może mieć tylko dwie strony: teizm i ateizm; tertium non datur ". Jak wobec tego pogodzić to z określeniem się jako "ateista w pewien sposób tęskniący za obecnością Boga", który też zgodził się na Jego obecność, oczywiście pod warunkiem, że. itd. Jak to właściwie jest z tym stuprocentowym ateizmem? A może to jest już bliżej agnostycyzmu, może dałoby się rozmawiać na innej płaszczyźnie, bez charakterystycznej ateistycznej wyższości, bo, w moim przekonaniu, każdy wierzący jest czasami po trosze agnostykiem.

Zamiast wiary w Boga - wiara w Rozum. Autorzy proponują, żeby na miejscu dotychczasowego Boga znalazł się Rozum. I znowu cofamy się aż do Oświecenia. Nie wątpię, że tych 50 uczonych autorów udowadniających brak podstaw do wiary w Boga to ludzie rozumni. Gdyby zaszła nagła potrzeba to mógłbym, przeglądając własną bibliotekę, zrobić jeszcze większą listę uczonych o światowej sławie, którzy mają odmienne zdanie. Ale bazując na teoriach z okresu Oświecenia nie zapominajmy, że tamci myśliciele nie wiedzieli jeszcze do czego Pan Rozum jest zdolny. Ateistyczne reżimy totalitarne walczące ze sobą, holocaust, bomby atomowe, wodorowe, neutronowe i nie wiadomo jakie jeszcze w przyszłości, eugenika - to wszystko pod kontrolą Rozumu. A może ateiści mają jakąś tajemną, rozumną metodę, żeby złemu użyciu Rozumu zapobiec?

Zbrodnie w imię wiary. "Wiara wiele razy była wygodnym kamuflażem dla masowych zbrodni ludzi przeciw ludziom innego wyznania". Czy z tego ma wynikać, że bez wiary do tych zbrodni by nie doszło? Przecież za stwierdzeniem, że wiara była (tylko) kamuflażem kryje się domniemanie, że były inne (np. ekonomiczne czy polityczne) powody. Mówi się, że wszystkie krucjaty były nadużyciem religii przez ówczesnych władców katolickich i chyba należy się z tym zgodzić. Ktoś jednak przytomnie zauważył, że gdyby nie krucjaty i kilka słynnych bitew (m. in. pod Wiedniem) ze światem islamu, to dzisiaj najprawdopodobniej w całej Europie językiem urzędowym byłby arabski i nie wiadomo w jakiej roli (i czy w ogóle) dzisiejsi ateistyczni humaniści by żyli.

Dowody za i przeciw. Ateiści chcieliby, żeby wierzący poparli swoją wiarę dowodem, że Bóg istnieje. Panowie, czyż nie jest oczywiste, że dostarczenie takiego dowodu wyeliminowałoby całkowicie potrzebę wiary? (A propos: do Jezusa też mówiono: "Zejdź z krzyża, a ci uwierzymy"). Jasną jest rzeczą, że analogiczne domaganie się od ateistów, żeby udowodnili nieistnienie Boga, nie ma najmniejszego sensu. Zostawmy więc to tak jak jest: jedni wierzą, że Bóg jest, a drudzy wierzą, że Go nie ma.

Kluczowe pytanie. Omawiana książka podobno "racjonalnie tłumaczy, dlaczego Boga nie ma (z tą racjonalnością, jak widzieliśmy z przeglądu poprzednich tematów, to różnie bywa), że "Przewijającym się w niej argumentem przeciwko Bogu są dowody natury etycznej. wręcz miażdżące).

Żeby lepiej ocenić argumenty i sposób rozumowania autorów muszę zacytować dłuższy fragment tekstu (bo dowody mają być "miażdżące): " Skoro ten wasz Bóg jest taki wszechwiedzący, wszechmocny i miłosierny, to czemu od tysięcy lat pozwala, by ludzie i zwierzęta bezgranicznie cierpieli? Jeżeli naprawdę istnieje, to nie jest wcale miłosierny, ale wręcz odrażający, skoro będąc wszechmocnym, nie robi nic, aby ograniczyć czy wręcz zlikwidować ludzkie cierpienia: głód, wojny, katastrofy. Wszak jednym gestem mógłby powstrzymać falę tsunami, która zabije tysiące niewinnych ludzi. A jednak tego nie robi. Wydawać by się mogło nawet, że ten Bóg ma dużą frajdę z takiej widowiskowej tragedii. Cierpienie i ból. nie są pobocznym elementem całego przedstawienia. to kluczowy element scenariusza napisanego przez stwórcę. Powiedzmy, że jakiś człowiek miał możliwość zapobieżenia śmierci miliona ludzi, jednak spokojnie odmówił uczynienia tego; słusznie uznamy go za potwora; dlaczego miałoby być inaczej, gdyby sytuacja dotyczyła istoty boskiej"? Autor felietonu: "Odpowiedź jest po stronie teistów, czekam".

W moim liceum przez rok czy dwa mieliśmy zajęcia z logiki (tak, tak - powojenne szkoły w wielu dyscyplinach górowały nad dzisiejszymi). Gdyby ktoś napisał taki nielogiczny tekst, to długo musiałby bardzo się starać, aby zmyć tę plamę, żeby na koniec roku nie wylądować z dwóją. Jak to właściwie jest? Najpierw udowodniliśmy naukowo, że Boga nie ma, a teraz mówimy, że jeżeli istnieje, to jest inny niż wy sobie wyobrażacie, bo my (mimo, że nie istnieje) wyobrażamy sobie, że jest właśnie taki, jak my go opisujemy. Dziwi mnie tylko to skąd bierze się ta arogancka pewność ateistów, że oni na temat Boga (oczywiście nieistniejącego!) wiedzą lepiej. Zaczynam podejrzewać, że mogą mieć jakiś rodzaj objawienia niedostępnego wierzącym. Kardynał Ratzinger, zapytany przez dziennikarza, przeprowadzającego z nim długi wywiad, ile jest dróg prowadzących do Boga, odpowiedział: "Tyle, ile jest ludzi na świecie". Parafrazując tę wypowiedź można by stwierdzić, że dokładnie jest tyle samo wyobrażeń o Bogu. Jeżeli ktoś myśli, że za życia wie czy jest Bóg, czy Go nie ma, albo jaki On jest, to popełnia bardzo duży błąd. Może tylko spekulować, domyślać się, tworzyć najbardziej fantastyczne obrazy, ale to nigdy nie będzie wiedza.

Odpowiedzi na pytanie dlaczego Bóg dopuszcza cierpienia jest bardzo dużo, ale nie czuję się kompetentny do zreferowania ich w kilku zdaniach. Wspomnę tylko, że niektóre podkreślają konsekwencje dania człowiekowi wolnej woli (czyli, że większość cierpień ludziom przysparzają ludzie), inne zwracają uwagę na fakt, że Boskie drogi nie są ludzkimi drogami i tak, jak nie jesteśmy w stanie pojąć jaki naprawdę jest Bóg, tak nie dojdziemy własnym rozumem do poznania właściwej odpowiedzi na to pytanie. W tzw. teologii po Auschwitz, starającej się o odpowiedź na pytanie: "Gdzie w Auschwitz był Bóg?" mówi się, że Bóg cierpiał razem z ludźmi. A może (to jest już moje osobiste zdanie) sprawa ta nie jest dla człowieka do zrozumienia, gdyż należy do tej samej kategorii co np. niemożliwość pojęcia co to jest nieskończoność w czasie i przestrzeni.

Wiem, że problem cierpienia jest dla wielu ludzi zgorszeniem i z tego powodu niektórzy stają się agnostykami lub ateistami, ale jestem głęboko przekonany, że brak zadawalającego wyjaśnienia znaczy tylko tyle, że pewnych kwestii nie jesteśmy w stanie wyjaśnić, ale logicznie nie jest żadnym dowodem na nieistnienie Boga.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.