Nie wiem czy kiedyś będę potrafiła zaufać w słowa, które mówi PRYWATNY lekarz, który za wizytę bierze 100 zł i zapewnia mnie, że urodzę ?książkowe? dziecko.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl

Chciałabym, aby wszyscy, a zwłaszcza kandydatki na matki dowiedziały się o tragedii, którą razem ze mną przeżywa cała moja rodzina.

17 kwietnia 2011 r. dowiedzieliśmy się, że jestem w ciąży. Oboje z narzeczonym byliśmy szczęśliwi i pełni optymizmu na wieść o upragnionym dziecku. Co 4 tygodnie chodziłam na badania. Także USG. Ok. 11 tygodnia ciąży dostałam krwotoku. Okazało się, że odkleiła się kosmówka i powstał krwiak. Badania co 2 tygodnie, tabletki... wszystko zakończyło się szczęśliwie, krwiak się wchłonął. Kolejne tygodnie ciąży były spokojne.

Dziecko zdrowe

W 20 tygodniu zaniepokoiło mnie twardnienie brzucha. Poszłam do lekarza... kolejne USG - z dzieckiem wszystko w porządku, rozwija się prawidłowo. Doktor zapisał mi tabletki rozkurczowe, kazał dużo odpoczywać - tak też robiłam. Stwierdził, że nie ma sensu hospitalizacja, ponieważ w szpitalu też będę leżeć i brać tabletki.

Skurcze były słabsze. Tak minął kolejny miesiąc - kolejna wizyta (25 tydzień ciąży) wszystko w porządku, dziecko zdrowe - będzie syn, rozwija się prawidłowo, widać dużą kość nosową co wyeliminowało zespół Downa, i tak do kolejnej wizyty...

Nie doczekałam do kolejnego terminu, ponieważ przez trzy dni miałam wysoką temperaturę- 39-40 stopni i ból w prawym boku.

Kolejne badanie USG... dziecko żywe, ból odczuwałam w okolicy prawej nerki, USG - wszystko prawidłowo. Zaproponował szpital, poprosiliśmy o skierowanie do szpitala w Ś. gdzie pracował mój doktor.

Szpital za szpitalem

Pojechaliśmy tam następnego dnia. Mijały kolejne dni, a nie było wiadomo co mi jest, wynik CRP 245 mg/l. Podano mi antybiotyk w kroplówce, który zaczął obniżać wynik CRP... Zrobiono USG nerki, okazało się, że mam ogromny zastój, który spowodował infekcję całego organizmu. Na szczęście po dwóch dniach leczenia zastój był dużo mniejszy, a ja czułam się lepiej, CRP spadło do 70. Po 7 dniach leczenia wróciłam do domu.

Po tygodniu miałam stawić się na wizytę kontrolną do lekarza prowadzącego. Okazało się, że mam rozwarcie na dwa cm i pęcherz płodowy w pochwie, co zagrażało przedwczesnym porodem.

Tego samego dnia trafiłam ponownie do szpitala w Ś. Przez 10 dni leżałam podtrzymywana, dostałam zastrzyki dla dziecka na wykształcenie płuc w razie porodu. Wszystko było w porządku. Leżałam i modliłam się o każdy dzień, żeby mały jak najdłużej był w moim brzuchu.

Po 10 dniach leżenia zrobiono mi USG, po którym stwierdzono hipotrofię płodu oraz wielowodzie. Na zadane pytanie - "co to oznacza?" mój lekarz prowadzący powiedział "dziecko rozwija się prawidłowo, ale wagowo odpowiada 28-29 tygodniowi ciąży (wtedy byłam w 31 t.c.).

Decyzja - przewiezienie do Kliniki w B., powód - w szpitalu brak sprzętu na uratowanie dziecka w razie porodu przedwczesnego. Przewieziono mnie do kliniki. Nie ma miejsc w pokojach i muszę leżeć na porodówce.

Szok w klinice: nie wiedziała pani?

Na USG 3d okazało się, że nie widać nerek płodu, pęcherza moczowego, żołądka, dziecko jest obrzęknięte, a hipotrofia odpowiada ok. 20 tygodniowi ciąży, wada serca, torbiel na mózgu, wadę układu kostnego i nerwowego. Byliśmy załamani - usłyszeliśmy - rokowania dla Państwa dziecka nie są pewne.

I te pytania: - Jak to możliwe, że Pani wcześniej tego nie wiedziała? Byłam załamana.

Poród na łóżku obok

I wtedy do mojego pokoju (porodówki) przywieziono rodzącą kobietę. Zasłonięto mnie parawanem... nie mogłam uwierzyć, że obok mnie kobieta rodzi zdrowe dziecko, w chwili kiedy ja dowiedziałam się, że maleństwo, które noszę pod sercem i cały czas bardzo mocno mnie kopie, jest bardzo chore i może umrzeć w każdej chwili.

Po chwili usłyszałam płacz dziecka i szczęśliwy głos jego matki, która witała go na świecie. Cieszyłam się, że po tym wszystkim chociaż może przy mnie posiedzieć mój narzeczony. Nie mogliśmy uwierzyć w to co się dzieje... nie spałam całą noc. Następnego dnia przewieziono mnie na oddział patologii ciąży. Zrobiono dokładne USG serca naszego synka, stwierdzono wadę, która jest operacyjna.

Przez weekend leżałam na "podtrzymaniu". Dowiedziałam się, że w poniedziałek będzie Docent który mnie zbada i stwierdzi co dalej. Nie powiem, żeby było łatwo, ale mieliśmy czas, żeby wszystko przemyśleć, pogodzić się ze stratą dziecka.

Czekanie na rezonans

W poniedziałek rano zbadał mnie Docent. Usłyszałam, że niezbędny jest rezonans magnetyczny dla potwierdzenia wad. Byłam pewna, że tego samego dnia zostanie wykonany. Okazało się, że mam czekać 7 dni, bo nie ma wolnych terminów... Załamaliśmy się.

Przez olbrzymie wielowodzie czułam ucisk na żołądek, wątrobę i nerki, które przecież i tak nie były zdrowe... Brzuch miałam twardy jak skała, każdy ruch sprawiał mi wielki ból, a gdzie tu doczekać jeszcze 7 dni. Zaproponowano nam spotkanie z Panią pediatrą, która próbowała wytłumaczyć, że bez żołądka dziecko może żyć, bez pęcherza moczowego może żyć, czekałam, aż powie, że bez nerek też może...

Powiem szczerze, że po tej rozmowie miałam myśli samobójcze, miałam wszystkiego dość.

"Dobiła" nas rozmowa z panią Psycholog, która stwierdziła, że jestem w fazie buntu i dobrze by było, żeby Docent mnie "urlopował" do czasu wykonania rezonansu.

Zgodziłam się - wręcz ucieszyłam, że za kilka godzin będę w domu. Przyniesiono mi dokumenty, na których było napisane, że wypisuję się na własne żądanie i odpowiedzialność... pomyślałam, że przecież nie tak miało być, ale tak chciałam do domu, że podpisałam.

By śmierć maleństwa była moją winą?

Po powrocie wszystko było w porządku, cieszyłam się domem, leżałam tak jak w szpitalu.

Około północy udało mi się zasnąć. Obudziłam się o 2 w nocy z wielkim bólem brzucha, musiałam wstać do łazienki. Odeszły mi wody - dosłownie eksplodowały... Poczułam wielką ulgę, bo wszystkie narządy wróciły na "swoje miejsce". Narzeczony od razu zadzwonił po pogotowie, przyjechali po 15 minutach. Skurcze miałam co 5 minut. Czułam, że zaraz urodzę.

Sanitariusz nie wyczuł tętna dziecka. Szybko przewieziono mnie do najbliższego szpitala z powodu zagrożenia mojego życia. Zanim dowieziono mnie na porodówkę czułam, że już rodzę. Po pół godzinie synek był na świecie, usłyszałam "brak oznak życia". Pożegnałam się z Naszym maleństwem, po czym zostałam uśpiona do zabiegu.

"Urodzi pani książkowe dziecko"

W wyniku sekcji zwłok stwierdzono :hipotrofię, brak układu moczowego, przełożenie wielkich pni naczyniowych serca, hipoplazję i całkowitą niedodmę płuc, artrogrypozę w obrębie stawów skokowych i łokciowych ze stopami końsko-szpotawymi, rozszczep podniebienia, skośnogłowie, nisko osadzone małżowiny uszne nadmiernie rozwinięte, asymetrię półkul mózgowych z krwiakiem podpajęczynowym, ogniska krwiotwórcze wątroby, węzeł rzekomy pępowiny z zakrzepicą w obrębie jednej z tętnic, brak jelita cienkiego i wiele innych... Nasz synek ważył 880 gram i mierzył 36 cm, urodzony w 32 tygodniu ciąży.

Dopisał, że skierował mnie na badania prenatalne

Jak tylko stan psychiczny i fizyczny pozwolił mi na wyjście z domu, rozpoczęliśmy gromadzenie dokumentacji medycznej. Dowiedziałam się z niej, że już w szpitalu w Ś. lekarze nie widzieli w badaniu USG nerek u mojego dziecka, o czym nie zostałam poinformowana, tylko przewieziona do Kliniki w B.

Jak to możliwe, że w XXI wieku, gdzie mamy tak ogromny postęp w medycynie, dzieją się takie rzeczy? Jak to jest możliwe, że lekarz prowadzący moją ciążę w 20 tygodniu ciąży był w stanie stwierdzić, że będziemy mieć synka, a nie był w stanie zauważyć, że nie ma on nerek?

Staraliśmy się o tę ciążę dwa lata... informacja, że jestem w ciąży była dla nas cudem i spełnieniem marzeń, ale sposób w jaki zostaliśmy potraktowani pozostawia wiele do życzenia.

Nie wiem, czy jeszcze kiedyś będę potrafiła zaufać w słowa, które mówi PRYWATNY lekarz, który za wizytę bierze 100 zł i zapewnia mnie, że urodzę "książkowe" dziecko.

Dodam, że lekarz okazał się na tyle nieprofesjonalny, że w dokumentacji medycznej z przebiegu ciąży dopisał kilka informacji, które nie są zgodne z prawdą. Między innymi to, że wystawił skierowanie na badania prenatalne, którego nigdy nie otrzymałam, nawet mi ich nie zaproponowano... oraz to, że odmówiłam hospitalizacji... podobno dwa razy...

Jestem zażenowana i rozczarowana, że taki człowiek nadal prowadzi ciąże przyszłych matek i wykonuje badania USG w swoim gabinecie.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.

Przydatne linki

Więcej
Komentarze
Zaloguj się
Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem