Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl

Używam Kindle i kiedy szukam książki, to najpierw na Amazonie (wybaczcie, polscy autorzy, ale nie macie dla mnie nic ciekawego w ofercie, no może poza panem Filipiukiem). Ale kiedy się okazuje, że pozycja jest tylko "na papierze" a przesyłka kosztuje drugie tyle co sama książka, szukam wersji elektronicznej w internecie. Czasami pozycje, które bym chciała kupić ma Barnes & Noble, ale oni nie sprzedają e-booków do Polski - system rozpoznaje, że karta jest polska i "sorry, ale jesteś ze złego kraju". Nie to nie. Ich strata.

Ściągam muzykę, zwykle żeby zobaczyć czy warto kupić płytę, a także gdy jakiejś płyty nigdzie nie da się dostać. Filmy, szczególnie seriale, które w Polsce startują z wielomiesięcznym opóźnieniem. Mam Cyfrę i HBO, więc nie czuje się winna, że np. True Blood czy Borgiów obejrzałam ściągniętych. Na tym, że obejrzałam wcześniej coś, za co i tak płacę nikt nie stracił. Także z tego, że obejrzałam w porządnej jakości HD (tak, "pirackie" filmy nie wyglądają dziś jak piąta kopia z VHSa, są HD a nawet 3D jak trzeba, obraz jak żyleta, dźwięk 5:1), bez lektora i przerw na reklamę świeżutkie Big Bang Theory, Dr House czy Dextera też nikomu nie ubyło.

Nie ściągam programów i gier. Gry, które lubię są już zdecydowanie vintage i można je kupić "z kosza" w supermarkecie za 20 zł albo na Allegro niewiele drożej. A Wiedźmina sobie kupiłam z ciekawości - dostał go siostrzeniec, bo okazało się że ja za stara na to jestem.

Używam pakietu OpenOffice zamiast MS Office. Całe oprogramowanie mam legalne, bo komputer to moje narzędzie pracy zawodowej. Zresztą nie wiem co bym miała piratować? Antywirusa? Oprogramowanie do mojej pracy bez abonamentu i wsparcia technicznego szybko staje się bezużyteczne.

Ściągając to co chcę obejrzeć/przeczytać/posłuchać nie mam żadnych wyrzutów sumienia. 99 proc. to są rzeczy których ktoś mi nie chce sprzedać albo chce sprzedać dodając absurdalnie drogą przesyłkę, bo jestem ze złego kraju. Albo rzeczy których nigdzie kupić nie można, bo zbyt niszowe (oczywiście wszystko można kupić w Ameryce, ale co mi po regionalizowanym DVD i Blue Rayu, którego mój środkowoeuropejski odtwarzacz nie przeczyta?). A także to, za co i tak w sumie zapłaciłam np. w abonamencie telewizji cyfrowej. Ci co tracą, bo nie kupiłam tylko ściągnęłam, tracą na własne życzenie.

Nie sądzę żebym była wyjątkiem, moi znajomi, w moim wieku i o przeciętnym statusie materialnym nie mają oporu przed kupowaniem dobrego produktu za racjonalnie skalkulowaną cenę. Ale często wygląda jakby niektórzy nie chcieli naszych pieniędzy. A zaporowe i niczym nieuzasadnione ceny niektórych tzw. dóbr kultury to pokazanie konsumentowi środkowego palca.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.