Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl

Czytając opublikowany w "Gazecie Wyborczej" z 25 lipca 2011 artykuł Marcina Wojciechowskiego "Dwa Kościoły. Ile Polsk?" przypomniało mi się obiegowe stwierdzenie "jeśli fakty są przeciwko nam, tym gorzej dla faktów". Zaraz jednak zganiłem się za takie myślenie, wszystkie błędy w artykule Wojciechowskiego mogą przecież wynikać nie ze złej woli autora, ale ze zwykłego niedoinformowania.

Niezależnie jednak od przyczyny tych przekłamań, tekstu tego nie można pozostawić bez odpowiedzi, gdyż moim zdaniem przedstawia zafałszowany obraz rzeczywistości, a ponieważ przy okazji obraz ten dotyczy mojej miejscowości, tym bardziej czuję się zobligowany do zabrania głosu.

Mam swoją teorię na temat tego skąd w artykule Wojciechowskiego wzięło się tyle nieścisłości, lecz podzielę się nią na zakończenie tej krótkiej polemiki, już po przedstawieniu wszystkich moich wątpliwości.

Mam 21 lat, pochodzę z Ustronia Morskiego, od dwóch lat studiuje w Warszawie. Moja perspektywa jest więc zarówno zbliżona, jak i odległa od punktu, z którego patrzy na sprawę autor. Niestety nie brałem udziału w opisywanej przez dziennikarza mszy świętej, zastanawia mnie jednak na jakiej podstawie stwierdził on, że msza odprawiana była przez proboszcza parafii w Ustroniu Morskim.

Warto bowiem zdawać sobie sprawę, że na wczasy przyjeżdżają tu nie tylko turyści, ale i księża, którzy także odprawiają msze w ustrońskim kościele. Po drugie ciekawe jak autor bez żadnych wątpliwości odróżnił miejscowych - "wpatrzonych w księdza jak w obraz", od przyjezdnych, którzy "komentują jego słowa i wyraźnie się od nich dystansują". Skąd ta pewność, że nie było odwrotnie? A może po prostu, bez dziennikarskiej nadinterpretacji, część wiernych przyjęła słowa o Radiu Maryja z zadowoleniem, a części się one nie spodobały.

Problem w tekście Wojciechowskiego stanowi nie teza, ale dobór przykładu, który miał ją udowodnić. Autor pisze bowiem, że podział na dwa Kościoły, nazywane często "toruńskim" i "łagiewnickim", pokrywa się z podziałem na "Polskę PO i Polskę PiS-u, miasto - wieś, bogatych - biednych". Stwierdzenie to jest być może zasadniczo prawdziwe, choć nie szczególnie zaskakujące czy odkrywcze. Niestety, akurat Ustronie trudno na takim dwubiegunowym wykresie usytuować. W ostatnich wyborach parafianie ustrońskiego księdza proboszcza oddali większość głosów na Platformę Obywatelską (49,3 proc.), od lat w rankingach najbogatszych gmin w Polsce Ustronie plasuje się na wysokich miejscach, a i wsią jest tylko, gdy przyjąć kryteria administracyjno-prawne, gdyż już tylko znikoma część mieszkańców utrzymuje się z rolnictwa, a w sezonie letnim jednorazowo na terenie gminy wypoczywa jednocześnie około 30 tysięcy osób, co sprawia, że Ustronie bardziej przypomina średniej wielkości miasto niż wieś.

Podsumowując, chciałbym podkreślić, że nie odrzucam tezy stawianej przez Wojciechowskiego, nie sądzę również, że autor kierował się złą wolą w trakcie pisania tego artykułu. Dostrzegam tu jednak niebezpieczną tendencję, chodzi mi o uleganie pokusie wyciągania generalnych wniosków z jednostkowych sytuacji, których nie potrafi się na dodatek rzetelnie i obiektywnie ocenić.

Zabieg ten wydał się autorowi z pewnością atrakcyjny intelektualnie i efektowny, gdyż pozwolił na połączenie dosyć szczegółowego opisu wąskiego wycinka rzeczywistości z wyciągnięciem wniosków o dużym stopniu uniwersalności. Jednak przy stosowaniu tej strategii należy zachować dalece posuniętą ostrożność, łatwo bowiem o zbyt powierzchowne potraktowanie problemu i "dopasowanie" go do z góry założonej tezy, co moim zdaniem miało miejsce w tym przypadku. Tomasz Bielec, student III roku Międzywydziałowych Studiów Humanistycznych i Wydziału Prawa Uniwersytetu Warszawskiego

Napisałem o fenomenie, którego byłem świadkiem

Dziękuję za polemikę z moim tekstem o mszy świętej w Ustroniu Morskim. To miło, że tekst nie pozostawił pana obojętnym. Zacznijmy od faktów. To, że ksiądz odprawiający mszę jest proboszczem, wynikało z jego słów. Nie musiałem tego sprawdzać, bo proboszcz nie krył kim jest. Mszę koncelebrował zresztą z młodym księdzem z Legnicy, który przyjechał do Ustronia z koloniami Caritas.

Pyta pan, jak odróżniałem miejscowych od przyjezdnych w kościele? Czysto subiektywnie. To po prostu widać. Po ubiorze, opaleniźnie, zachowaniu. Nie opisuję konkretnych ludzi, nie podaję precyzyjnych liczb. Tu mógłbym się pomylić. Opisuję zachowania zbiorowe, swoje wrażenia z tego co widziałem podczas konkretnej mszy. Nie twierdzę, że tak jak w Ustroniu jest w całej Polsce. Piszę raczej o ciekawym fenomenie, którego byłem świadkiem. Może mi pan wierzyć lub nie, ale po raz pierwszy, gdy ksiądz powiedział coś o wsparciu dla Radiu Maryja, wśród wiernych rozległ się chichot. Uznałem, że to ciekawe i zasługujące na szerszą refleksją. Na tym polega publicystyka. To nie socjologia, etnografia czy antropologia kultury, który posiłkuje się warsztatem naukowym, by udowodnić stawiane przez siebie tezy. Ja uległem wrażeniu i postanowiłem je opisać. W tekście piszę zresztą, że nie ma dwóch Polsk, ale prawdopodobnie jest ich znacznie więcej niż w modelowych uproszczeniach.

A co do wyniku ostatnich wyborów w Ustroniu, w których wygrała PO, to może po prostu miejscowi wyborcy PO rzadziej chodzą do Kościoła w sezonie, który jest w Ustroniu dość pracowity. W każdym razie jestem przekonany, że na mszy, w której uczestniczyłem, było kilkakrotnie więcej turystów niż miejscowych. Marcin Wojciechowski

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.