Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl

W marcu 1980 roku, gdy zdarzyła się katastrofa polskiego samolotu IŁ-62 "Kopernik", byłem studentem ostatniego roku w Instytucie Inżynierów Lotnictwa Cywilnego w Kijowie. W dwa dni po tamtym zdarzeniu, po skończonych zajęciach, wykładowca poprosił nas, kilku spomiędzy studiujących tam Polaków, o pozostanie na sali.

Złożył nam coś w rodzaju kondolencji z powodu tego wypadku, ale również chciał się podzielić swoimi przypuszczeniami, na temat jego przyczyn. Słuchaliśmy tego zaskoczeni, bo gdy w kraju dopiero zebrała się odpowiednia komisja do zbadania tego wypadku, on z przekonaniem graniczącym z pewnością pokazywał nam na rysunku silnika krytyczny punkt, który miał doprowadzić do awarii.

Opowiedział też o podobnym wypadku, który zdarzył się z tego samego powodu w samolocie należącym do linii Aerofłotu. Pół roku później, już jako praktykant w bazie LOT-u na Okęciu, miałem okazję oglądać niektóre szczątki feralnego silnika. Miejsce uszkodzenia, które spowodowało katastrofę znajdowało się dokładnie tam, gdzie nam wskazał ów profesor.

Były to inne, odległe już czasy, ale jedna rzecz pozostaje niezmienna: tak wtedy jak i dzisiaj, byli i są specjaliści, którzy mają doświadczenie wiedzę i śmiałość, aby wydawać trafne i uzasadnione przypuszczenia w sprawach przyczyn wypadków.

W okolicznościach, gdy samolot nie przepada bez wieści nad oceanem, tylko rozbija się niemal przed kamerami na lotnisku, jest zwykle dużo informacji świadczących o przyczynach takiego zdarzenia.

Oceny ludzi z branży, wyrażane już w krótkim czasie po takim wypadku, w swoich głównych tezach pokrywają się zwykle z tym, co potem potwierdzają komisje. Nie inaczej było w przypadku katastrofy w Smoleńsku, lecz środki masowej informacji oszczędnie cytowały opinie ekspertów lotniczych, którzy od początku wskazywali na nieprzestrzeganie przepisów, zwłaszcza przez załogę samolotu, jako główną przyczynę.

Być może zarówno specjaliści, jak i umiarkowani w poglądach wydawcy prasy i informacji elektronicznej czuli respekt wobec tak niespotykanego zdarzenia, jak katastrofa prezydenckiego samolotu, ustępując tym samym miejsca wyznawcom teorii spiskowych. Jako że ludowe przysłowie nakazuje prawdę lokować w środku, to dlatego zawsze jakaś jej część wyrażana przez tzw. vox populi pozostanie na długo nie na swoim miejscu.

Wyjaśnianie przyczyn tej katastrofy jest i tak chyba prostym zadaniem w porównaniu do tego, jakie należałoby postawić psychologom i psychiatrom, do zbadania emocji i stanu umysłów, jakie spowodowała, czy może raczej ujawniła ona, u wielu naszych rodaków.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.