Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl

Z zainteresowaniem przeczytałem we wtorkowej "Gazecie Wyborczej" artykuł Piotra Zapotocznego zatytułowany "Pomnik za zbombardowanie?". Jestem być może jednym z niewielu żyjących świadków alianckich nalotów na kompleks przemysłowy Kędzierzyn-Blachownia w czasie II wojny światowej. W Blachowni pracą 30 tys. robotników zbudowano Hydrierwerke, czyli zakład produkcji benzyny syntetycznej z węgla. W ramach strategicznego planu niszczenia potencjału przemysłowego III Rzeszy Blachownia stała się więc jednym z głównych celów alianckich nalotów.

Mieszkałem wtedy w Koźlu i jako siedmioletni chłopiec obserwowałem z bliska budowę zakładów. Byłem wielokrotnie świadkiem alianckich nalotów, które też widziałem z Koźla. Latem 1944 roku doszło do dywanowego nalotu, który miał zniszczyć Blachownię. Cały teren był tego dnia zasłonięty sztuczną mgłą, a kominy elektrowni Blachownia zostały celowo skrócone, aby nad mgłę nie wystawały. Niemieckie radary sterowały precyzyjnym ogniem artylerii przeciwlotniczej niezmiernie skutecznie. Bombowce spadały.

W czasie tego nalotu bombowce zrzucały więc ładunki, gdzie popadnie. Zamiast zakładów Hydrierwerke ten nalot dywanowy zrównał z ziemią wioski Stare Koźle i Bierawa. Wraz z ojcem natychmiast po nalocie pojechaliśmy do Starego Koźla ratować krewnych. Wszystkie domy były bez dachów, okien, a ludzie kryli się w piwnicach. Z wysokości ramion ojca widziałem zabitych, rannych i szalejących z przerażenia. Tego widoku nigdy nie zapomnę.

Pomysł pomnika mającego uczcić "amerykańskich lotników ginących za naszą wolność" uważam za niezwykle niefortunny. Te bomby trafiły w ludność cywilną, choć miały zniszczyć fabryki. Nie była to pierwsza i ostatnia pomyłka alianckich nalotów - liczba ofiar ludności śląskiej wielokrotnie przewyższa liczbę ofiar wśród lotników. Takie są prawidła wojny. Nie widzę powodu, aby tyle lat po wojnie honorować na Śląsku jedną ze stron, która zrzucała bomby.

Drezno, Hiroszima, Nagasaki są dla świata symbolami niszczących bombardowań. Nie sądzę, żeby trzeba było do tej listy dopisywać Blachownię, posługując się argumentem, że "gdyby nie te bombardowania, wojna mogłaby trwać na przykład o miesiąc dłużej". Tego argumentu używano w drugiej połowie 1945 roku, żeby uzasadnić naloty na Japonię. Nie znam pomników ku czci pilotów amerykańskich i angielskich, którzy w czasie wojny dokonywali takich nalotów. Blachownia ma być pierwsza?

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.