Zielona karta przez lekarzy nazywana jest kartą DiLO (diagnostyka i leczenie onkologiczne). Wprowadzono ją w 2015 roku wraz z pakietem onkologicznym, który zniósł limity na badania i leczenie onkologiczne. Dzięki temu miały zniknąć kolejki.

Zgodnie z danymi na koniec lipca, od momentu wejścia pakietu w życie wydano 765 tys. kart. Według ekspertów, jeśli kartę istotnie otrzymywałby każdy pacjent z podejrzeniem nowotworu, to liczba ta powinna być co najmniej trzykrotnie większa.

Prawdopodobnie część lekarzy wciąż się obawia, że fundusz oskarży ich o nadużywanie kart - wystawianie ich tylko po to, by pacjent szybciej zrobił badania, a nie dlatego, że podejrzewają u niego chorobę nowotworową.

Mimo iż pacjentów z kartami jest mniej, niż spodziewali się eksperci, to i tak muszą czekać w kolejkach. Zgodnie z przepisami, od momentu wydania karty do rozpoczęcia leczenia nie powinno upłynąć więcej niż siedem tygodni. Według danych NFZ tak właśnie się dzieje. Fundusz twierdzi, że w 2017 roku w terminie odbyło się 100 proc. konsyliów dla pacjentów z kartą i 99 proc. operacji. Onkolodzy mówią jednak, że dane NFZ mają się nijak do rzeczywistości. Wytłumaczenie jest takie: szpitale po prostu nauczyły się tak pisać sprawozdania do NFZ, by dostać jak najwięcej pieniędzy (za chorych leczonych z opóźnieniem fundusz płaci tylko 70 proc. stawki).

Pacjent z kartą musi być więc gotowy na to, że będzie czekać w kolejkach. Ale kartę DiLO opłaca się mieć, bo - jak wskazują analizy -  bez niej czeka się na leczenie średnio dwa tygodnie dłużej.

Jak działa pakiet onkologiczny - praktyczny poradnik w czwartek 26 lutego w "Gazecie Wyborczej"