11 lutego 1966 r., Szczecin.

Tego dnia, po przedwczesnych roztopach, woda w Odrze niebezpiecznie się podniosła. W radiu puszczali przebój „Monday, monday” zespołu The Mamas & Papas. „Kurier Szczeciński” pisał o liście uczestników 5 Zjazdu Techników Polskich do I sekretarza KC PZPR Władysława Gomułki, a „Głos Szczeciński” o procesie mężczyzny, który po wypiciu kilku tanich win uprowadził wóz strażacki. Ze świata napłynęły informacje o bombardowaniach w Wietnamie, wdowie po Mussolinim, która domagała się od Departamentu Stanu USA zwrotu mózgu męża oraz próbie odbicia z więzienia uczestnika napadu stulecia na pociąg pocztowy Glasgow-Londyn.

Ulica Heyki, nosząca imię kaszubskiego księdza zamordowanego przez hitlerowców, ciągnąca się wzdłuż wschodniego brzegu Odry, od tamtego dnia niewiele się zmieniła. Nieopodal poniemieckich kamienic i portowych magazynów, wędkarze wciąż hipnotyzują wzrokiem spławiki. Tylko tego baraku już nie ma. Niewielkiej postury mężczyzna wisiał na jego drzwiach. Procedura nakazywała milicjantom wypełnić druk wymyślony na okoliczność samobójstwa. Były na nim wyliczone najczęstsze powody tragedii, więc po przeprowadzeniu wywiadu środowiskowego wystarczyło wstawić krzyżyk we właściwej rubryce. Do wyboru był m.in. zawód miłosny, niepowodzenia w pracy albo choroba psychiczna.

Ten przypadek był inny.

Życiorys Beniamina Permana

- W Szczecinie po wojnie osiedliła się Dora Perman, ale żadnego Beniamina o takim nazwisku w naszych dokumentach nie ma - mówi Agnieszka Reszka, szefowa archiwum Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie, którą poprosiłem o pomoc w poszukiwaniu śladów Beniamina Permana. - Jeśli robił geszefty, to miał pieniądze i nie zależało mu na puszce marmolady, którą dostawali żydowscy repatrianci ze Wschodu, rejestrujący się po wojnie w strukturach Centralnego Komitetu Żydów Polskich. Mógł się po prostu nie zarejestrować.

Kiedy przed kilku laty pierwszy raz usłyszałem o tej sprawie, miałem tylko jego imię i nazwisko oraz kilka zdań, które wypowiedział pewien były prokurator. Ten nie pamiętał nawet daty. Na mój apel do świadków w lokalnej „Gazecie” nie odpowiedział nikt. Wtedy poddałem się. Po latach wróciłem do tej sprawy, przez kilka miesięcy szukając śladów zbrodni, której nie chciano w PRL wyjaśnić. Przełomem okazało się odnalezienie akt paszportowych w warszawskim IPN (...).

I część opowieści przeczytasz tutaj

Całą historię napisaną przez Adama Zadwornego przeczytasz w trzech częściach publikowanych od wtorku (22 stycznia) do czwartku (24 stycznia) w "Gazecie Wyborczej" i na Wyborcza.pl.