Pięć miejsc w Polsce, które pozornie łączy tylko jedno - w każdym z nich mieszka kilkadziesiąt tysięcy osób. Jednak przyjazd do każdego z nich, to wejście do innej rzeczywistości.

Słupsk jest dziś na ustach wszystkich z powodu prezydenta Roberta Biedronia, który marzy o zdobyciu władzy w kraju. Tworzące dolnośląskie trójmiasto Bielawa, Dzierżoniów i Pieszyce zniknęły w cieniu Wrocławia i góry Ślęży. Siemianowice próbują się odnaleźć jako część wielkiej aglomeracji śląskiej, a Jaworzno trzyma się trochę z boku górnośląskiego kotła i zerka ostrożnie w stronę Krakowa. Dla Gorzowa Wielkopolskiego ważnym punktem odniesienia jest z kolei stolica Niemiec - Berlin.

Gdy jednak przyjrzeć się bliżej - zaczynają być widoczne podobieństwa. W każdym z tych miejsc zetknęłam się z kulturą tworzoną bez kompleksów. Powstającą oddolnie, ale raczej we współpracy z tą bardziej zinstytucjonalizowaną. Twórców, którzy śledzą nowe trendy w Europie i bez wahania wyciągają ręce do różnych subkultur i religii. Odrzucających podziały, snobizm i autocenzurę. I nawet na festynie miejskim z bigosem wyczuwało się wspólnotę i zdrowy dystans.

Miałam szczęście do dobrych przewodników. Ludzi na różne sposoby związanych z kulturą, którzy zgłosili się ze swoimi pomysłami do Instytutu Goethego.
Z nimi nie ma bicia piany: ich wiedza o lokalnej historii i tradycjach, o mieście, dzielnicy i okolicy, rozkłada na łopatki. To nie jest bezkrytyczna fascynacja. Doskonale zdają sobie sprawę z braków, z niedofinansowania, niewykorzystanego potencjału, nieraz kombinują jak koń pod górkę, żeby zdobyć granty, czy zapłacić artystom. Ale (na razie) nie dają sobie podciąć skrzydeł. Jak powiedziała Julia, która w Gorzowie Wielkopolskim prowadzi teatr offowy: "My w chaosie, który jest na zewnątrz, widzimy mnóstwo inspiracji."

Specjalny dodatek "Rozmowy zamiejscowe" - o znaczeniu kultury dla rozwoju średniej wielkości miast w Polsce w sobotę 13 października z "Gazetą Wyborczą"