Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Poświęcone tragedii hasło na Wikipedii ma więcej przypisów niż hasło o teorii względności, a na miejsce zdarzenia z 1959 r. zaczęło przybywać tak dużo osób, że władze Rosji ograniczyły w tym rejonie ruch turystyczny. Dlaczego wyprawa grupy studentów na górę, która w Polsce byłaby średnim wzniesieniem na skalę Beskidu Śląskiego czy Bieszczad, tak bardzo elektryzuje ludzi z całego świata po przeszło 60 latach?

Utajnione śledztwo

Trudno w kilku zdaniach napisać, co stało się nocą z 1 na 2 lutego 1959 r. na Uralu Północnym. Istnieje co najmniej 75 teorii, które wyjaśniają przebieg zdarzenia. A hobbiści z pewnością nie powiedzieli jeszcze w tej kwestii ostatniego słowa.

Co do kilku spraw jednak wszyscy są zgodni. Grupa studentów i absolwentów Politechniki Uralskiej w połowie stycznia zapragnęła przebyć górski szlak w obwodzie swierdłowskim. Z ostatniej zamieszkanej miejscowości - Wiżaj - narciarze mieli ruszyć przez górę Chołat Siachył i zdobyć odległy o jakieś dziesięć kilometrów szczyt Otorten, a następnie powrócić do Wiżaju. Cała wyprawa przez wyludnione góry miała trwać nieco ponad dwa tygodnie. Narciarzom sprzyjała pogoda. W nocy temperatura spadała do zaledwie -20 stopni.

Wyprawą kierował Igor Diatłow. Towarzyszyło mu dziewięć osób, w tym dwie kobiety, wszyscy w wieku dwudziestu kilku lat. Wyjątkiem był Siemion Zołotariow - 37-letni instruktor narciarstwa i wspinaczki.

Po południu 1 lutego narciarze dotarli do podnóża Chołat Siachył, gdzie rozbili obozowisko. Nie było już z nimi Jurija Judina, który cztery dni wcześniej źle się poczuł i zawrócił do miasteczka. Opuszczenie przyjaciół na kilkadziesiąt godzin przed śmiercią zaciążyło na całym jego życiu. Gdy zmarł w 2013 r., zgodnie z testamentem został pochowany w grobie razem z pozostałymi „diatłowcami".

Między 21.30 a 22.30 w obozowisku zaczęły dziać się trudne do wyjaśnienia rzeczy. Narciarze rozpruli od środka namiot i boso, w samej bieliźnie rzucili się do ucieczki w dół zbocza, w kierunku lasu. Rozpalili niewielkie ognisko i wspinali się na sosny, by obserwować obóz.

Po upływie dwóch godzin troje z nich postanowiło wrócić do namiotów. Zmarli z zimna w drodze. Z tego samego powodu zmarły dwie osoby przy ognisku. Pozostałe cztery w końcu zdjęły z nich ubrania i ruszyły w przeciwnym kierunku – w głąb lasu. W mroku nie zauważyły wąwozu – obrażenia sprawiły, że zmarły kolejne dwie. Według patologa miały uszkodzenia ciała jak po zderzeniu z samochodem. W końcu ostatnich dwóch „diatłowców" pokonała hipotermia.

Pod koniec lutego ekipa poszukiwawcza znalazła pierwsze ciała, ostatnie – te w wąwozie – dopiero na początku maja.

Śledczy uznali, że przyczyną śmierci grupy było nieokreślone zjawisko pogodowe, którego sile turyści nie byli w stanie się przeciwstawić. Po czym dokumenty utajniono na długie lata.

Pytania bez odpowiedzi

- W 1984 roku pierwszy raz wziąłem akta do ręki – mówi w serialu dokumentalnym „Przełęcz Diatłowa: w poszukiwaniu prawdy" Władisław Karielin, znajomy „diatłowców", członek ekipy poszukiwawczej, który dotarł na miejsce tragedii pierwszym śmigłowcem, a po latach dzięki znajomościom zdobył dostęp do dokumentów na jedną noc. - Raport był złożony i schowany w kopercie z pieczęcią woskową. Odgiąłem róg i zobaczyłem słowo „promieniowanie".

- To jedna z wielkich zagadek – zapewnia urodzona w Bułgarii Teodora Hadjiyska, która jest liderką społeczności interesującej się tragedią na Uralu. - To pytanie bez odpowiedzi: dlaczego prokurator Lew Iwanow zlecił u czterech ostatnich ofiar badanie śladów radioaktywności? Po czym zamknął sprawę dzień po uzyskaniu pozytywnych wyników.

 

Hadjiyska to jedna z bohaterek „Przełęczy Diatłowa: w poszukiwaniu prawdy". Kilka lat temu obejrzała horror „Tragedia na Przełęczy Diatłowa" w reżyserii Renny’ego Harlina. Film w zgodzie z gatunkowymi prawidłami podsuwa interpretację wydarzeń z pogranicza zjawisk paranormalnych. Ale mieszkająca dziś w Austrii kobieta nie zadowoliła się tą odpowiedzią. Zaczęła szukać akt i zdobywać kontakty do żyjących jeszcze w Rosji świadków wydarzeń. Zdobyte informacje umieszczała na stronie internetowej i tłumaczyła na angielski.

Dzięki temu zebrała wokół siebie ludzi z całego świata, którzy podobnie jak ona są zainteresowani rozwiązaniem zagadki sprzed lat. Wielu z nich swoje interpretacje i wątpliwości uzasadnia fachową wiedzą – nie brakuje wśród nich i lekarzy, i fizyków. Dziś strona dyatlovpass.com to najbardziej rozbudowane internetowe archiwum o tragedii na przełęczy, która zyskała przydomek od dowódcy feralnej wyprawy.

57 proc. Rosjan nie wierzy w lądowanie na Księżycu

Dlaczego wydarzenia z lutowej nocy tak działają na wyobraźnię? Bo wiadomo wystarczająco dużo, by mieć punkty zaczepienia, i równocześnie dostatecznie mało, aby było miejsce na domysły.

Po rosyjskich narciarzach zostało sporo dowodów, m.in. prowadzony na bieżąco dziennik (ostatni wpis: „Dwa metry śniegu. Nie ma drewna na opał. Jesteśmy wykończeni"), fotografie, a także obszerne akta sprawy zawierające m.in. wyniki sekcji zwłok i stenogramy przesłuchań świadków. Dzięki temu można rozrysować na mapie przebieg wydarzeń i ruchy poszczególnych osób na zboczu, z których każda ma swoje imię, nazwisko i charakter. Wiadomo, że młodych ludzi łączyło nie tylko zamiłowanie do gór, lecz także bardziej romantyczne uczucia.

Śledztwa z 1959 r. i 2019 r. nie wyjaśniły wszystkiego. W ZSRR sprawę szybko zamieciono pod dywan, dopiero po rozpadzie imperium można było oficjalnie kwestionować wyniki pracy radzieckich śledczych. Ale także współczesne państwo rosyjskie, które dalekie jest od stosowania przejrzystych procedur, nie odpowiedziało na wszystkie pytania. Gdy prokurator uznał, że przyczyną dziwnego zachowania „diatłowców" była lawina i do śmierci nie przyczyniły się osoby trzecie, rodziny ofiar nie dały temu wiary. Uznały, że ich bliscy zginęli przez testy broni rakietowej, a władza nawet po latach chce ukryć prawdę.

Nowoczesne techniki wciąż pomagają naświetlić niedbałość pierwszego śledztwa. W aktach nie zgadzają się podpisy, nazwiska i daty. W 2018 r. badania DNA Zołotariowa, byłego weterana wojennego, wykazały, że to nie jego ciało spoczywa w grobie z innymi „diatłowcami". Gdzie więc podział się dołączony w ostatniej chwili do studenckiej wyprawy instruktor?

Materiały archiwalne/Kadr z serialu dokumentalnego 'Przełęcz Diatłowa: W poszukiwaniu prawdy' (2020).Materiały archiwalne/Kadr z serialu dokumentalnego 'Przełęcz Diatłowa: W poszukiwaniu prawdy' (2020). Fot. CANAL+

Niejawność życia publicznego w Rosji to chyba jedna z przyczyn, dla których mieszkańcy Moskwy czy Petersburga szukają odpowiedzi na własną rękę. Przez dziesiątki lat należało czytać oficjalną prasę między wierszami, aby się czegoś dowiedzieć. Rosja to także ojczyzna „Protokołów mędrców Syjonu", spreparowanej przez carskie służby relacji z narady Żydów, którzy chcieli potajemnie opanować świat. A nawet dziś 57 proc. Rosjan nie wierzy, że Amerykanie wylądowali na Księżycu.

Martwa góra Mansów

W tle historii o Przełęczy Diatłowa są nie tylko tajne radzieckie eksperymenty z bronią atomową lub ponaddźwiękową, lecz również tajemniczy tubylcy. Ten rejon Uralu zamieszkują Mansowie, autochtoni wierni tradycyjnym wierzeniom i modelowi życia. Szczyty Chołat Siachył oraz Otortenu uważają za teren zakazany, chociaż nie jest jasne, czy oznacza to, że ta ziemia jest święta, czy też przeklęta. A sama góra w lokalnym języku nosi złowieszczą nazwę Góry Śmierci.

Istnienie nieprzewidywalnych „dzikich" stało się asumptem do tworzenia kolejnych domysłów. Może tubylcy, rozjuszeni wtargnięciem na ich teren, zaatakowali w nocy „diatłowców"? Wyciągnęli turystów z namiotu i wymordowali, a władze zatuszowały sprawę, bo nie chciały konfliktu z mieszkańcami roponośnych terenów. Przesłanką miał być brak języka u jednej z ofiar. Jedni twierdzą, że uległ rozkładowi, inni – że został odcięty.

Sami Mansowie złożyli zeznania o ognistej kuli, którą widzieli tamtej nocy na niebie.

Licznych zwolenników ma też hipoteza łącząca eksperymenty wojskowe i chorobę wysokogórską. Diatłow z przyjaciółmi mieli pić wodę pochodzącą z roztopionego śniegu skażonego bronią biologiczną i ulec zbiorowej halucynacji. Ewentualnie do wyziębienia organizmów narciarzy mogło dojść w trakcie snu - znane są sytuacje, gdy przemarznięty człowiek rozbierał się w amoku, co jeszcze przyspieszyło hipotermię.

 

Serial kryminalny „Martwa góra. Tragedia na Przełęczy Diatłowa" znalazł sposób, by wyjaśnić całą historię, wprowadzając fikcyjnego majora KGB Olega Kostina, a genezę tajemniczych wypadków umieścił jeszcze w czasach II wojny światowej i eksperymentów prowadzonych przez naukowców na usługach hitlerowskiego reżimu. Niektóre proponowane przez autorów tropy działają na wyobraźnię – jak zbiegli z łagrów więźniowie czy poczucie bezkarności funkcjonariuszy różnych służb.

***

Nic nie wskazuje na to, że tajemnica z 1959 r. zostanie rozwikłana. Kolejne teorie można traktować jako ćwiczenie umysłu albo pretekst do dobrej zabawy. W końcu Rosja dorobiła się swojej Strefy 51 i Trójkąta Bermudzkiego w jednym. I tak jak te miejsca Przełęcz Diatłowa na długo pozostanie inspiracją dla popkultury.
__________________

Przełęcz Diatłowa: W poszukiwaniu prawdy

serial dokumentalny, Rosja 2020, reż. Igor Sadriejew,
dostępny na CANAL+ online

Martwa góra. Tragedia na Przełęczy Diatłowa

serial kryminalny, Rosja 2020, reż. Walerij Fedorowicz,
dostępny na CANAL+ online

Tragedia na Przełęczy Diatłowa

horror, Rosja/USA/Wlk. Brytania 2013, reż. Renny Harlin,
wyk. Richard Alan Reid, Luke Albright, Matt Stokoe,
dostępny na CANAL+ online
__________________________

Więcej informacji o serialu i innych produkcjach CANAL+ znajdziesz w serwisie JA+ rozrywka

<<<REKLAMA>>> CANAL+ online - multiserwis streamingowy - seriale, filmy, sport

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.