?Ranczo? - 10 serii, 130 odcinków. Każdą premierę sezonu oglądało przeciętnie 6 milionów widzów. Wszystkie serie na tym samym bardzo wysokim poziomie. Wciąż ten sam reżyser, scenarzysta i aktorzy - znakomicie odnajdujący się w swoich rolach.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Przez 10 lat twórcy „Rancza” snuli swą inteligentną opowieść o Polsce i Polakach, o zmianach (politycznych, obyczajowych, ekonomicznych etc.), których wszyscy doświadczamy, o naszych śmiesznostkach i wadach. Bo serialowe Wilkowyje to Polska w miniaturze. Sportretowana genialnie. Chyba żaden z filmów, których akcja toczy się na wsi, a było ich wiele, nie pokazał stanu świadomości i problemów mieszkańców polskiej prowincji tak prawdziwie i zabawnie.

Autorami scenariusza - podstawy jego sukcesu - są Robert Brutter (Andrzej Grembowicz) i (częściowo) Jerzy Niemczuk. „Jak to się stało, że Brutter wymyślił postać Amerykanki mieszkającej w zapadłej wsi Wilkowyje - tego sam nie pamięta. Nasza wersja jest taka, że pewnego upalnego lipcowego dnia stał w korku na Marszałkowskiej, żar lał się z nieba i wtedy przypomniał sobie przeczytaną w gazecie (a może usłyszaną w radiu?) historię o tym, że w Bieszczadach osiedliła się na stałe Amerykanka, która została wybrana na sołtysa” (z książki „Ranczo kulisy serialu wszech czasów”).

A w 2006 roku wszystko się zaczęło. Do zabitej dechami wsi - na początku serialowe Wilkowyje naprawdę były taką "wiochą" - przyjeżdża młoda Amerykanka (Ilona Ostrowska). Początkowo dziwi się i nie rozumie tego świata, ale stopniowo się z nim oswaja i swoim optymizmem zaczyna na tę społeczność wpływać. Bo przecież: „Wszyscy wiedzą, że się nie da, a Amerykanka i tak spróbuje...”, jak mawiał Kusy (Paweł Królikowski). A oni - ta społeczność - odkrywają w sobie moc i śmielej zmieniają swoje życie, okolicę i zaczynają z nadzieją patrzeć w przyszłość.

Z Wojciechem Adamczykiem rozmawiała Dorota Szymborska

Ta sama ekipa realizacyjna przez 10 lat... jak to się robi?

- Ekipa rzeczywiście bardzo stabilna, było kilka wymuszonych przez życie roszad, ale duża grupa pracowała od początku, od pierwszych sezonów. Zespół był kompletowany jak zawsze. Rutynowo były urządzane castingi. Nagle w trakcie zdjęć i potem na ekranie okazało się, że ta grupa wygenerowała niezwykle pozytywną energię. I coś, co bywało trudne, nawet niemożliwe, raptem się udawało. Może dlatego, że szanowaliśmy się nawzajem? Wiedzieliśmy, że robimy coś ważnego dla naszej publiczności. Już w trakcie zdjęć do pierwszego sezonu mieliśmy często podglądających nas gości na planie, ale  po emisji pierwszych odcinków (zwłaszcza po emisji powtórkowej, poprzedzającej drugi sezon) okazało się, że udało nam się „Ranczem” trafić w oczekiwania publiczności. Zainteresowanie fanów, którzy się nazwali „ranczersami”, było ogromne. Dali nam niezwykłe dowody przywiązania, dowody na to, że nasza praca ma sens, jest potrzebna. Widzowie mieli też istotny udział w kampanii na rzecz kontynuowania serialu po pierwszym sezonie (bo telewizja na początku miała pewne wątpliwości), zbierali podpisy pod petycją, o ile dobrze pamiętam, nawet jakąś pikietę urządzili. Wiele im zawdzięczamy.

Ranczo
Ranczo  reż. Wojciech Adamczyk, prod. Studio A

Przy takich okazjach cytuję pana Gustawa Holoubka, który kiedyś  powiedział, że praca twórcza jest wypadkową tak wielu elementów, że mimo najszczerszych chęci nie jesteśmy w stanie przewidzieć, jaki będzie końcowy rezultat. W związku z tym wpłyńmy na to, na co możemy: sprawmy, żebyśmy się chcieli następnego dnia w pracy spotkać. Tylko w przyjaznym, bezpiecznym otoczeniu można przełamać rutynę i zdobyć się na coś niebanalnego, odkrywczego…

Wiem, że jest pan członkiem stowarzyszenia Mensa. Może to właśnie wysoki iloraz inteligencji jest tajemnicą pana sukcesu?

- (śmiech) Stowarzyszenie to zabawa. Nie można z niej wyciągać poważnych wniosków. Mój stosunek do współpracowników wziął się z domu rodzinnego. Moi rodzice byli artystami. Ja w tym środowisku wzrastałem. Myśmy przez jakiś czas, w oczekiwaniu na przydział lokalu, nawet mieszkali w teatrze. Poznałem teatr nie tylko od strony widzów, ale także od kulis. Dowiedziałem się, ile pracy trzeba włożyć, żeby powstało przedstawienie. Od jak wielkiej grupy osób, często anonimowych, zależy efekt sceniczny. I że na solistę, który śpiewa czy gra, pracuje cała grupa i to od niej w dużej mierze zależy powodzenie. Zawsze miałem świadomość tego, że wszyscy z mojej ekipy na sukces filmu pracują. A do mnie należy wykorzystanie potencjału, rozwijanie więzi i wspieranie tych ludzi. „Ranczo” to praca zbiorowa.

Mawiało się, że „Ranczo” to Polska w pigułce, ale niektórzy lubili podkreślić, że to Polska B w pigułce.

- Nie sądzę, że tylko Polska B. To komedia o wszystkich Polakach. O tym, jakim społeczeństwem jesteśmy, i jakie relacje społeczne tworzymy. Jakie mamy wady, a jakie zalety - w większości niespodziewanie odkrywane. Kiedy wieś Wilkowyje była narażona na różnego rodzaju niebezpieczeństwa - kiedy trzeba się było opowiedzieć po jakiejś stronie, np. przeciwko zbyt gorliwemu wikaremu, który postanowił piętnować grzeszników, a nie grzechy, albo kiedy mafia najechała Wilkowyje - okazywało się, jak pięknych czynów mieszkańcy są w stanie dokonać. Gdy wieś w obronie aresztowanej niesłusznie Lucy, chroniąc innych członków społeczności „zeszła do podziemia”, ujawniła się siła zbiorowości, której na co dzień nie dostrzegamy. I nie doceniamy.

 „Wiejska sceneria” to tak naprawdę tylko kostium, w który fabuła serialu jest ubrana. To konwencja pozwalająca wyizolować wydarzenia lub postawy ginące w zgiełku wielkiego miasta, w natłoku komunikatów wysyłanych przez media. Dzięki dystansowi od metropolii problemy stają się bardziej czytelne. I tym bardziej widać, jakie korzyści albo jakie straty mogą spowodować.

Ranczo to serial ku pokrzepieniu serc czy ku ukazaniu rzeczywistości?

- Jedno i drugie. Serial ku pokrzepieniu serc, który jednocześnie krytycznie pokazuje różne zjawiska. Oczywiście można było popatrzeć na niektóre kwestie jeszcze ostrzej, ale wtedy serial utraciłby komediowy charakter. Komedia wymaga, żeby jakąś postawę lub sytuację skrytykować przez ośmieszenie i jednocześnie dać nadzieję na pokonanie obśmiewanego problemu. Dbaliśmy, żeby nie było czytelnych, doraźnych aluzji, żeby jakieś osoby czy grupy osób nie czuły się spostponowane. Z drugiej strony chcieliśmy dowieść, że jeśli człowiek o człowieka się zatroszczy, jeżeli zbiorowość się postara, to można wiele spraw załatwić.

Czyli da się połączyć misję z rozrywką, mieliście w ogóle takie ambicje?

- Myślę, że to leżało na sercu scenarzyście - Robertowi Brutterowi - kiedy wymyślał Wilkowyje i wydarzenia w nich się rozgrywające. Możliwość napisania czegoś dla tak potężnego i atrakcyjnego medium, jakim jest telewizja publiczna, kusiła, żeby delikatnie przemycać treści wedle oświeceniowej recepty „uczyć bawiąc”. Ale nie w formie dydaktyki wprost, oświadczania, co jest dobre, a co złe, pouczania. Raczej zachęcanie do refleksji: Czy jakichś zjawisk, Drogi Widzu, przypadkiem nie rozpoznajesz? Przekażemy Ci nasze zdanie na ich temat i może dzięki temu łatwiej Ci będzie je oswoić, poradzić sobie z nimi, znaleźć własny stosunek do tego, co się dzieje.

Ławeczkowy kwartet serialu
Ławeczkowy kwartet serialu "Ranczo". Od lewej: Patryk Pietrek (Piotr Pręgowski), Hadziuk Tadeusz (Bogdan Kalus), Maciej Solejuk (Sylwester Maciejewski), Stach Japycz (Franciszek Pieczka)  Fot. TVP

Zawsze podkreślaliśmy wartość wspólnego działania oraz siłę, jaką daje przyzwoite zachowanie. Przestrzegaliśmy też przed sytuacjami, w których manipuluje się ludzkimi uczuciami i przekonaniami.

Akcja serialu toczy się na wsi, ale żaden z głównych bohaterów nie jest rolnikiem. Jest policja, ale nie ma straży pożarnej i remizy, charakterystycznych dla polskiej wsi.

- Wygląda na to, że nie ma rolników w Wilkowyjach. Jedna scena przez dziesięć sezonów działa się w oborze, nie ma żadnej przedstawiającej prace polowe. Jeśli ktoś pracuje, to rzeczywiście nie na roli, ale w urzędzie gminy, restauracji, sklepie. Także czas akcji to właściwie taki sielankowy „bezczas”: późna wiosna przemieszana z latem i jesienią... Roślinność jest prawie zawsze zielona i w sumie wieś wygląda trochę bajkowo. Ale to kwestia przyjętej konwencji.

A remizy nie ma, bo w scenariuszu nie pojawił się taki wątek. Aczkolwiek w ważnych z punktu widzenia narracji scenach kościelnych był strażacki poczet sztandarowy, przynajmniej w ostatnich seriach, o ile pamiętam. Chociaż przyznaję, że to głównie dzięki temu, że jeden z członków naszej ekipy jest również strażakiem. Natomiast prawdziwą remizę w Jeruzalu wykorzystywaliśmy do zadań pozaekranowych: mieliśmy tam zaimprowizowaną stołówkę, garderobę, świetlicę dla ekipy. Była naszym małym centrum filmowym.

Jeruzal - serialowe Wilkowyje zyskały na współpracy z ekipą: odbył się remont kościoła, pojawili się turyści. Może serial w jakiś sposób wpłynął też na zmianę mentalności niektórych mieszkańców, np. tych, którzy mają problemy z alkoholem?

- Takiej wiedzy nie posiadam. Nie wiem też, czy serial miał aż taki wpływ na to, jak się ta miejscowość zmieniała. Na pewno swoją cząstkę dołożyliśmy. Wspomagaliśmy remont zabytkowego kościoła, braliśmy udział w licytacjach, festynach, które się tam odbywały. Pewnie byliśmy jakąś atrakcją, dlatego ludzie przychodzili, wpłacali na ten szczytny cel.

"Ranczo". Wójt/senator/prezes Paweł Kozioł z żoną Haliną  Fot. KRZYSZTOF WELLMAN

Ale to dzięki staraniom władz gminy Jeruzal wypiękniał. Wieś jest bardzo zadbana, pojawiły się nowe chodniki, jezdnie, latarnie. Zaczęli przyjeżdżać turyści. Powstał szlak wycieczkowy „Śladami Rancza”. Przed każdym z obiektów, który wykorzystywaliśmy, stoją tablice z informacją, jaką rolę odgrywał w serialu, ze stosownymi zdjęciami. To jest bardzo starannie zrobione.

W pewnym momencie ta funkcja edukacyjna stała się bardzo ważna dla was. Mnóstwo mówiliście np. o funduszach unijnych.

- Piąta seria powstała przy ścisłej współpracy z Agencją Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa. Wszystkie kwestie, jakie wypowiadano na temat funduszy unijnych i sposobu ich wykorzystania, były konsultowane ze specjalistami z ministerstwa. To była wiedza prawdziwa, nie fikcja serialowa. Można było z niej skorzystać. Nakręciliśmy też taki serialik, dziesięć kilkuminutowych odcinków na tematy związane z funduszami unijnymi. [Ten miniserial nazywa się „Ławeczka w Unii” i jest dostępny na vod.tvp.pl]

Ale podobno oglądalność spadła, kiedy tematów społecznych pojawiło się zbyt dużo...

- Kiedy pojawia się informacja luźno związana z akcją i sytuacja z dramatycznej zamienia się w publicystyczną, to zainteresowanie publiczności może się zmniejszyć. Wiedza jest atrakcyjna, ale serial rządzi się innymi prawami. Być może tego rodzaju wtręty części widzów się nie spodobały, bo zaburzały porządek serialu. Dlatego więcej do takiej intensywnej kampanii nie przystąpiliśmy, bo zależało nam na odpowiedniej relacji z publicznością. Serial komediowy to nie jest miejsce na akcję informacyjno- propagandową, nawet jeśli jej cel jest słuszny.

Sami bohaterowie serialu też bardzo się zmienili przez tych 10 sezonów. Np. wójt, który był największą szują na najniższym stanowisku, mógłby być całkiem dobrym prezydentem... 

- W ostatnim odcinku Wójt złożył taką deklarację, że nie mając nic do stracenia, nie wiedząc tak naprawdę, jak ma kierować krajem, może skorzystać z podpowiedzi, które otrzymał od księży. I zrobić coś dobrego mimochodem.

"Ranczo". Ksiądz proboszcz/biskup Piotr Kozioł oraz kobieta instytucja, czyli gospodyni Michałowa (Marta Lipińska)  Fot. KRZYSZTOF WELLMAN

Wójt to niezwykle barwna postać. Miał chwile, w których wykazywał się głupotą straszliwą. Jak mówił Czerepach „kompetencje to nie jest wójta najmocniejsza strona”. Nigdy się nie dokształcał, nie miał takich ambicji. Ale czasami wykazywał niebywały instynkt. To takie zwierzę polityczne, polityk trochę zepsuty, ale z potencjałem. O wiele bardziej niebezpieczny jest Czerepach, który jest piekielnie inteligentny i dokładnie wie, jak tę inteligencję wykorzystać.

Ale jednak Czerepachowi próby przewrotów pałacowych się nie udały.

- Bo wtedy Wójt wykazywał się bystrością. Może nie bardzo orientował się w przepisach, może nie wiedział, jak brzmi niezbędny paragraf, może nie wiedział, jak się zachować w eleganckim towarzystwie, ale miał zwierzęcy instynkt przetrwania. Wiedział, kiedy należy zaprowadzić w stadzie porządek. Bardziej przemawiała przez niego biologia, życiowy spryt. I może doświadczenia wyniesione z początków kariery politycznej w poprzednim systemie.

Czy nie było problemu z kolaudacją ostatniego odcinka w TVP?

- Nie, nie było żadnych uwag. Podobał się.

Obiecałam, że nie zapytam, czy będzie 11. sezon 'Rancza'. Wiem, że to sprawa zamknięta. Ale chętnie bym obejrzała drugi sezon bardzo udanych „Dziewczyn ze Lwowa”.

- Też byśmy chcieli. Bardzo się przyłożyliśmy do tego serialu. Staraliśmy się opowiedzieć na tyle atrakcyjnie historię tych dziewczyn, żeby ona zapadłszy w serca publiczności, prowokowała do kontynuacji. Cztery dziewczyny zagrały brawurowo, wdarły się przebojem do serc widzów, o czym świadczą wyniki oglądalności. Na razie czekamy na decyzję, co będzie dalej z tym projektem. Mnie scenariusze drugiego sezonu bardzo się podobają.

Co pan teraz robi poza telewizją - np. w teatrze? Bo przecież jest pan także reżyserem teatralnym.

- Jestem po premierze w Teatrze Współczesnym [w Warszawie, spektakl „Lepiej już było”]. Prowadzę zajęcia ze studentami Wydziału Reżyserii w Akademii Teatralnej. Szykuję się do „Wesela Figara” w operze w Bydgoszczy. I szukam  nowego, fantastycznego scenariusza.

Wojciech Adamczyk urodził się 4 lipca 1959 r. w Szczecinie. W 1982 r. ukończył wydział aktorski w PWST w Warszawie, 5 lat później wydział reżyserii na tej samej uczelni. Reżyser telewizyjny, filmowy i teatralny, wykładowca akademicki, aktor, scenarzysta i producent. Twórca lub współtwórca popularnych komediowych seriali telewizyjnych, m.in. „Tata, a Marcin powiedział...”, „Rodzina zastępcza”, „Miodowe lata”, „Tancerze”, „Siła wyższa”, „Dziewczyny ze Lwowa”. Ale jego największym sukcesem jest dziesięciosezonowy serial „Ranczo”, bijący wszelkie rekordy popularności, uwielbiany i nagradzany.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
    Musi być 11 sezon, ten serial za dużo o nas mówi, żeby teraz go tak po prostu miało nie być.
    już oceniałe(a)ś
    1
    0
    Ławeczka!
    już oceniałe(a)ś
    0
    0