Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Siostry Katarzyna Łukaszuk i Karolina Lewszuk spędzały czwartkowy wieczór 25 listopada w domu rodzinnym, kiedy usłyszały, że ktoś dobija się do ich domu gościnnego, w którym prowadzą agroturystykę.

Przed bramą stał radiowóz: – Wyszłyśmy na ganek i wołałyśmy do nich „dobry wieczór", ale nie zwrócili na nas uwagi – opowiada Katarzyna Łukaszuk.

Para policjantów przeszła przez otwartą bramę i chodzili wokół willi. Świecili w okna, sprawdzali saunę i zaglądali do przykrytej balii. – Obserwowałyśmy to z daleka, bo nie wiedziałyśmy, czy wyjść, czy nie, ale nagle usłyszałyśmy głośne stukanie w drzwi. Zaniepokoiłyśmy się, wzięłyśmy psa i ruszyłyśmy w ich stronę.

Dalszy ciąg zdarzeń możemy zobaczyć na nagraniu, które pokazały nam właścicielki posesji:

W filmie policjanci proszą właścicielki, żeby otworzyły im willę. Tłumaczyli, że zdążyli zajrzeć przez okna i żadnych „nielegalnych" nie widzieli, ale chcą sprawdzić, czy nie ma ich na piętrze. Przyjechali w reakcji na telefon na 112 – jak powiedzieli – „życzliwej osoby".

Bez wylegitymowania się, bez nakazu. "Obawiałyśmy się przebierańców"

Policjanci nie pokazali kobietom nakazu przeszukiwania. Na prośbę o wylegitymowanie się, odpowiedzieli, że przecież są umundurowani i to powinno wystarczyć. Byli uzbrojeni. Kobiety zapytały, co zrobią, jeśli nie otworzą im drzwi. – To przyjedzie więcej służb – usłyszały od policjantów. 

Podczas oprowadzenia naszej ekipy po terenie posesji właścicielki pokazywały, co sprawdzali, a czego nie sprawdzali policjanci. – Nie zajrzeli na strych ani do wiaty pod domem – dziwi się Katarzyna Łukaszuk. 

Kobiety próbowały ustalić, kto przeszukiwał ich posiadłość. Obawiały się przebierańców podszywających się pod parę policjantów. 

Oddzwonił do nich funkcjonariusz z Komendy Miejskiej w Białymstoku. Uspokajał, że to byli białostoccy funkcjonariusze. Właścicielki chciały poznać dokumentację, że faktycznie ich dom przeszukiwali prawdziwi policjanci. Funkcjonariusz polecił im złożyć odpowiedni wniosek na piśmie na białostockiej komendzie.

Na miejscu rozmawiały z funkcjonariuszem wydziału kryminalnego, który wytłumaczył właścicielkom agroturystyki, jak powinno wyglądać takie przeszukanie.

Kobiety dowiedziały się, że na koniec powinien powstać protokół z informacją o wyniku przeszukania. W takim protokole właścicielki przeszukiwanej posesji mogą zaznaczyć, że oczekują od prokuratury potwierdzenia przeszukiwania. – Ale pan powiedział, że nie mamy takiego protokołu. Więc w zasadzie można wywnioskować, że nie było u nas żadnego przeszukiwania. 

Jedyne, co pozostało właścicielkom posesji, to złożyć zażalenie na funkcjonariuszy. – Ale jak złożyć zażalenie na osoby, których danych nie znamy, bo się nie wylegitymowały? – pyta właścicielka. 

Właścicielki agroturystyki: Miałyśmy szczęście w nieszczęściu

Agroturystyka, którą przeszukali policjanci, znajduje się kilkanaście kilometrów za strefą stanu wyjątkowego. Sytuacja na granicy wpływa na biznes hotelarski – nie tylko wewnątrz tej strefy, ale także nieopodal. To, że w przeszukiwanym przez policjantów domu nikogo nie było, nazywają szczęściem w nieszczęściu. 

Próbowaliśmy dodzwonić się do rzecznika białostockiej policji, ale wciąż nie otrzymaliśmy komentarza na temat policyjnej akcji. 

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.