Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Wideo dostępne dla prenumeratorów.

Justyna Dobrosz-Oracz: W Światowy Dzień Walki z Rakiem Piersi chce pani ujawnić swoją historię.

Gabriela Stanecka-Morawska: Zdecydowałam się dlatego, że każdego roku w Polsce choruje na raka piersi wiele tysięcy kobiet. Nie dotyczy to „tylko" tych, które ukończyły 50 lat, ale też młodych. Zdecydowanie zbyt młodych. Ja od trzydziestego roku życia, przez dwadzieścia lat, cierpiałam na chorobę, która powoduje ciągłe powstawanie guzów piersi. W czasie tych dwudziestu lat przeszłam trzy operacje. Miałam przez wiele lat co kwartał biopsję. Cały czas żyłam w ogromnym strachu, czy te wszystkie zmiany w pewnym momencie nie spowodują, że moje życie się zakończy. Przykład Angeliny Jolie sprzed kilkunastu lat dał do myślenia wielu lekarzom. Kobiety, które są narażone na raka piersi, które chorują, powinny mieć możliwość obustronnej mastektomii.

Pani przez nią przeszła?

- Tak. I wiem doskonale, że kobiety boją się chodzić na badania. Przez dwadzieścia lat żyłam z wyrokiem w zawieszeniu. Żaden z lekarzy nie potrafił mi powiedzieć, kiedy któryś z tych guzów może się okazać złośliwy. A objechałam wszystkie specjalistyczne szpitale w Polsce. Lekarze zachęcili mnie do tego, żebym rozważyła możliwość obustronnej mastektomii, po to bym była bezpieczna.

Nie żyje już pani w strachu?

- Nie. Ale z myślą o utracie piersi oswajałam się bardzo długo. Wiedziałam, jak każda kobieta, że to może spowodować u mnie gorsze samopoczucie psychiczne, poczucie niższej wartości. Przez trzy lata biłam się z myślami. W tym czasie koleżanki przechodziły chemioterapię i borykały się z problemami w służbie zdrowia. Karta DILO zbytnio nie pomaga. Dalej trzeba stać w kolejkach. Kiedy moja koleżanka dwa lata temu zachorowała, podjęłam decyzję. Wykonam operację. Jest oczywiście obarczona ryzykiem. Miałam komplikacje później. Ale od tego czasu mam zupełnie inne samopoczucie. Nie stało się tak, jak przypuszczałam, że będę czuła się gorsza, słabsza. Wręcz przeciwnie. Poczułam się wyzwolona. Już nie musiałam żyć z myślą, czy może to znowu okazać się złośliwe, czy wynik tej biopsji będzie dobry. Czy nie okaże się, że mam raka. Rok później NFZ wprowadził możliwość refundacji tych operacji. Ja to musiałam zrobić prywatnie. A w związku z tą refundacją więcej kobiet może się poddać takiemu zabiegowi. I ja naprawdę nakłaniam wszystkie kobiety do tego, żeby przede wszystkim się badały. Dlatego że dzisiaj dziewczyny bardzo młode mogą być ofiarami raka piersi. A po drugie, jeżeli cokolwiek się znajdzie na swoim ciele, to trzeba przede wszystkim działać. Najważniejszy jest czas. Dlatego że w przypadku raka piersi i innych nowotworów wczesne wykrycie powoduje, że można się można tego pozbyć i można być całkowicie wyleczonym. Tylko kilkanaście procent kobiet chorych na raka piersi ma tę mutację genu, który zwiększa zagrożenie. U osiemdziesięciu procent nie wiadomo, jaka jest etiologia powstawania tego raka.

Zmiany hormonalne.

- Tak. Ja rozmawiałam z onkologiem, który mnie operował. On zajmował się rakiem piersi u mężczyzn. Z tego pisał doktorat. I ta choroba, jak się okazuje, nie dotyczy tylko kobiet, ale też i mężczyzn. A oni raczej nie mają zwyczaju się badać, kontrolować swoich piersi. Dlatego najważniejsza w tym wszystkim jest profilaktyka.

Decydując się na operację, miała pani wsparcie rodziny? Czy to jest taki kluczowy czynnik?

- To jest ogromnie ważne. Największe wsparcie miałam oczywiście od mojego męża. Zresztą on przez dwadzieścia lat przeżywał te wszystkie moje stany, operacje, które po drodze przeszłam. I czasami wydawało mi się, że on się bardziej boi niż ja. Ja podchodziłam do tego dość zadaniowo. Lekarz mówił: "To trzeba wyciąć", no to ja następnego dnia starałam się, żeby już załatwiać szpital i iść i to wyciąć. Starałam się nie myśleć o tym, bo myślenie potem powoduje pewne wątpliwości. Mój mąż bardziej się obawiał, ale był mi ogromnym wsparciem. Podobnie jak obie córki. Cała rodzina bardzo mocno przeżywała moją mastektomię. Wszyscy sobie zdawali sprawę z tego, że to jest bardzo trudny czas. Rekonwalescencja trwała dwa miesiące. Myślałam, że w ciągu dwóch-trzech tygodni już będę mogła normalnie funkcjonować. Niestety, trwało dłużej, a później przechodziłam rehabilitację. Kolejne kilka miesięcy. W tym czasie już prowadziłam jako pełnomocnik wyborczy kampanię do europarlamentu Wiosny.

Co by pani powiedziała kobietom, które naprawdę najbardziej obawiają się właśnie tego, że nie będą miały piersi?

- Chcę im powiedzieć, żeby się nie bały. Dlatego że to ta myśl: "jestem zdrowa", „już nie będę drżeć w nocy, czy dożyję następnego roku”, jest zbawienna. Poza tym przy rekonstrukcji teraz kobietom się od razu wszczepia implanty. I są w pełni bezpieczne. Jeżeli nie chcemy o tym mówić, nikt nie wie, że je mamy. W związku z czym nie powoduje to żadnego dyskomfortu, nawet psychicznego. Jeżeli rodzina wspiera kobiety, to tym bardziej. Ona czuje się po prostu wyzwolona. Ja poczułam, że moje życie może jeszcze być długie. I nie jest to życie w strachu. Do dziś pamiętam kilka takich telefonów: "Pani mecenas, musimy się spotkać", to wtedy pod człowiekiem się uginają nogi i nie wie, czy dojdzie jeszcze do tej przychodni.

Długo się teraz pani zastanawiała, żeby tę historię ujawnić? Czy z racji tego, że jest pani wicemarszałkiem Senatu, uważa pani, że po prostu tak trzeba?

- Uważam, że tak trzeba. Wciąż jeszcze wiele kobiet boi się chyba tego, co usłyszy. Ludzie często obawiają się iść na badania nie ze strachu przed ukłuciem, tylko diagnozą. A tego nie trzeba się bać. Dzięki szybkiej reakcji będziemy żyły dłużej. Ja bardzo rzadko opowiadam o swoim życiu prywatnym. Ale chcę, by kobiety usłyszały, że nie są same.

---

Realizacja wideo: zdjęcia Wojciech Wojda, montaż Bartosz Kłys

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.