Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Dorota Roman: Koronawirus - słowo, które zdominowało nasze życie. Rozmawialiśmy kilka tygodni temu i mówił pan wtedy, nie mamy jeszcze epidemii koronawirusa, ale mamy epidemię paniki. Jak jest teraz? 

Dr Paweł Grzesiowski, wykładowca Szkoły Zdrowia Publicznego, Centrum Medycznego Kształcenia Podyplomowego oraz prezes fundacji Instytut Profilaktyki Zakażeń: W tej chwili sytuacja jest już inna. Pojawiły się już przypadki potwierdzonych zakażeń, a to zawsze paradoksalnie obniża napięcie. Nie ma nic bardziej denerwującego niż oczekiwanie na jakieś wydarzenie, szczególnie niebezpieczne. Kiedy już pojawiły się te przypadki [zakażonych koronawirusem], okazało się, że wiele z nich przebiega łagodnie. Wiele osób, które mają wirusa, nie choruje i nie jest to stan zagrożenia życia. Myślę, że część osób odetchnęła z ulgą. Że już mamy tego wirusa w Polsce, bo wszyscy przed wykryciem pierwszego przypadku, jak pamiętamy, w napięciu czekali...

Każda godzina i każdy komunikat to było czekanie, czy już... 

- I ten moment napięcia był bardzo niedobry. Bo ludzie wtedy zaczynają podejmować złe decyzje.

 Panikują.

- Nagle robią wielkie zakupy. Odwołują wyjazdy czy podejmują jakieś nie do końca racjonalne decyzje. Ten moment minął. W tej chwili jest taki drugi etap. Wirus jest już w naszej świadomości. Ważne, żeby to wahadło nie przeszło z jednej strony na drugą.

 Z gotowości na lekceważenie.

- Ani nie powinniśmy tego zagrożenia bagatelizować, ani go sztucznie nadmuchiwać. W tej chwili mamy dosyć nerwowe komunikaty ze strony władz.

Mamy wystąpienia premiera, prezydenta, którzy zapowiadają różne działania powstrzymujące epidemię. To może budzić znowu pewien niepokój. Każdy myśli tak: skoro odwołują wielkie zgromadzenia, to dzieje się coś złego.

 Uczelnie odwołują zajęcia, zamknięte szkoły, kina odwołane imprezy.

- Myślimy więc: to znaczy, że sytuacja jest bardzo zła. Trzeba więc wyjaśniać wszystkim, po co to się robi. Zamknięcie szkół przed atakiem wirusa służy przede wszystkim temu, żeby wszędzie zmniejszyć zagęszczenie ruchów ludności. Jak my zamykamy szkoły, to spada ruch samochodowy. Spada liczba osób w autobusach, tramwajach...

Ludzie zostają w domach, bo jeden z rodziców bądź opiekunów musi zostać z dzieckiem.

- Zamknięcie szkół czy uczelni powoduje natychmiast mniejszy ruch na mieście. Proszę sobie przypomnieć, jak wyglądają ulice podczas wakacji lub świąt. Nie ma ruchu, i o to nam chodzi.

Dzięki czujności, obserwacji i reakcji, odpowiedzialności każdy z nas może się przyczynić do nierozpowszechniania się koronawirusa.

- Dokładnie tak. My, pracując czy jako lekarze, czy służby sanitarne, czy służba celna, jesteśmy tylko pewnego rodzaju nakładką na to, co robi obywatel. Jeżeli ktoś czuje się źle, przecież ja tego nie wiem. Ja nie mam w oczach termometru.

Jeżeli ktoś ma gorączkę i źle się czuje, powinien zostać w domu. Dziś apelujemy o to szczególnie. Bardziej jeszcze niż kiedykolwiek.

Chociaż ta zasada powinna obowiązywać także, czy to jest grypa, czy to jest przeziębienie. Jeśli dziś ktoś czuje się chory, w sensie przeziębiony, ma kaszel i gorączkę, powinien zrobić wszystko, aby nie kontaktować się nawet z najbliższym otoczeniem. To jest zawsze ryzyko… Tak przebiega koronawirus.

Jeżeli podejrzewamy, że możemy mieć koronawirusa - czyli np. podróżowaliśmy w rejony zagrożone koronawirusem albo mieliśmy kontakt z osobami, które tam były...

- Tu chcę przerwać. Coraz więcej mamy zakażeń u osób, które nigdzie nie wyjeżdżały ani nie miały kontaktu z osobami podróżującymi w rejony, gdzie jest już stwierdzony koronawirus. Mówimy po prostu o wszystkich osobach, które mają gorączkę, suchy kaszel, bóle mięśniowe czy osłabienie. Tak, to już wystarczy, żeby myśleć o koronawirusie. Zostajemy w domu i wykonujemy telefon albo na ogólnopolski numer alarmowy, który został udostępniony przez Narodowy Fundusz Zdrowia, albo dzwonimy do powiatowego inspektoratu sanitarnego. Czyli na numer dyżurny. To jest całodobowy numer.

To jest nasz pierwszy krok.

- Tak. Tam otrzymamy instrukcje. Tam pytają nas, gdzie byliśmy, co robiliśmy, z kim się kontaktowaliśmy i jakie mamy objawy. I ta pierwsza selekcja następuje przez telefon. Wtedy zostajemy w domu i komunikujemy się z naszym lekarzem rodzinnym przez telefon i otrzymujemy zwolnienie. To wszystko po konsultacji telefonicznej. W ten sam sposób możemy dostać receptę. Po prostu podajemy PESEL, adres zamieszkania. Lekarz wystawia e-receptę albo przekazuje nam tzw. PIN (gdy nie mamy telefonu komórkowego). I z tym numerem PIN ktokolwiek może pójść do apteki i podać te cztery cyfry i PESEL osoby, na którą wystawiona jest recepta. Możemy dziś całkowicie bez wychodzenia z domu wszystko to otrzymać. Pięć dni tego rodzaju leczenia powinno pozwolić nam wyzdrowieć bez wychodzenia z domu.

 Gdy w tym czasie czujemy się coraz gorzej. Co wtedy?

- Jeżeli już w momencie tego pierwszego telefonu np. mamy duszności, natychmiast zostaniemy przekierowani do właściwego szpitala i będzie to albo szpital zakaźny, albo oddział zakaźny szpitala wieloprofilowego. Tam zgłaszamy się wtedy do izby przyjęć i już jesteśmy dalej badani, oceniani przez lekarza zakaźnika lub wyznaczonego przez niego lekarza, który będzie konsultował i być może wykona nam test na koronawirusa. W tej chwili zmieniają się wytyczne. Coraz częściej będziemy sięgali po te testy nawet dla osób, które nigdzie nie wyjeżdżały w rejony zagrożenia koronawirusem. Chodzi o to, żebyśmy wiedzieli, czy nie ma czasami rozpowszechnienia wirusa już w Polsce, bez wyjazdów.

Kiedy to nastąpi? Badanie na obecność koronawirusa nawet u osób spoza grupy ryzyka?

- To są najbliższe dni. W tej chwili te definicje przypadków są zmieniane. Na początku rzeczywiście większość tych przypadków to są te tzw. zawleczenia. Czyli ktoś wraca z zagranicy. Ale potem on zaraża jedną, drugą, trzecią osobę. I zaczyna się rozpowszechnienie ognisk w danym kraju. Teraz to jest ten moment, żeby podjąć decyzję, że robimy badania u wszystkich, którzy się zgłaszają z objawami choroby układu oddechowego.

Pojawiają się kolejne informacje o tym, jak się uchronić przed zakażeniem. Np. w jakiej odległości od siebie powinniśmy stać. Ostatnia informacja to cztery metry. Czy to prawda?

- Nie zgadzam się z tym. Skąd się wzięły cztery metry? Sytuacja ta dotyczyła podróżujących autobusem pasażerów w jednym z azjatyckich krajów. Przebadano wszystkie osoby, które uległy zakażeniu właśnie w tym jednym autobusie. Zamknięta przestrzeń. Kilka godzin podróży. I jeden chory. Aerozol, który ta osoba chora wydychała, miał szansę uzyskać duże stężenie w powietrzu, w zamkniętym pomieszczeniu. W dalszym ciągu w otwartym pomieszczeniu w otwartej przestrzeni wirus wędruje na dwa metry i te dwa metry uznajemy za bezpieczną odległość. Jeżeli to będzie pobyt dłuższy, to oczywiście należy uznać, że wszystkie osoby, które są w tym pomieszczeniu, niezależnie od odległości, miały bezpośredni kontakt z chorym bez względu na odległość.

A ostatnie informacje o witaminie C, o cynku, o różnych sposobach, które rzekomo pozwolą nam uchronić się przed koronawirusem?

- Jeszcze jedna rzecz, pewnego rodzaju fake news. To, że po 14 dniach kwarantanny można mieć jeszcze wciąż wydłużony okres wylęgania choroby. Ten przykład powstał po obserwacji 180 przypadków w Chinach, gdzie stwierdzono, że około 2 proc. osób może mieć wydłużony okres wylęgania koronawirusa.

 Dłużej niż 14 dni?

 - Tak. Takie przypadki to 2 proc. To nie zmienia zasady, która w tej chwili obowiązuje. Czyli kwarantanna dwa tygodnie. Tak jest w 98 proc. przypadków. W tym czasie rozwinie się choroba. Po upływie tych 14 dni osoby najbardziej narażone, np. osoby starsze, z chorobami przewlekłymi, powinny jeszcze przez tydzień być w tzw. samoobserwacji. Czyli jeżeli coś się wydarzy po tych dwóch tygodniach, będą się gorzej czuły albo nie ustąpią dotychczasowe objawy, to powinny natychmiast zgłosić to lekarzowi.

Witamina C, cynk , płyny antybakteryjne - czy to uchroni nas przed koronawirusem?

 - Witamina C nie działa profilaktycznie. Zrobiono dziesiątki badań. Udowodniono, że jest to nieskuteczne. Natomiast witamina C w umiarkowanych dawkach jest lekiem wspomagającym w czasie infekcji. Może przyspieszyć zdrowienie. Nie stosujemy witaminy C profilaktycznie, tylko leczniczo. Jeśli chodzi o cynk, nie ma żadnych badań, które by mówiły o tym, że cynk działa przeciw koronawirusowi. Natomiast znane jest działanie cynku jako pierwiastka, który wspomaga funkcjonowanie śluzówki. Dzięki temu może pomagać w walce z wirusem, ale to nie znaczy np., że zabija koronawirusa. To samo dotyczy miodu, cytryny, czosnku, czarnego bzu, imbiru czy cebuli. Jeśli ktoś ma swoje własne doświadczenie, że np. pijąc wodę z miodem i cytryną, przez wiele lat chronił się przed infekcjami, to niech to robi. To nie jest jednak środek antykoronawirusowy.

Pojawiła się panika w związku z brakiem płynów antybakteryjnych. Ludzie zaczynają sami robić takie „mikstury”. Co pan o tym sądzi?

- Nie ma żadnych wątpliwości, że Polak potrafi. W sytuacji trudnej my sobie poradzimy.

Kupimy sobie 96-proc. spirytus i rozcieńczymy w proporcji 0,5 l spirytusu, 200 ml przegotowanej, ale zimnej wody. I mamy gotowy środek do dezynfekcji, mniej więcej 77-proc. roztwór etanolu. Działa przeciwwirusowo na skórę.

Nie wolno używać go doustnie, czyli nie wolno pić takiego alkoholu, płukać nosa czy ust. Takie informacje też się pojawiły. To zniszczyłoby śluzówkę i spowodowałoby jeszcze większą podatność na infekcję. Jak pomóc śluzówce - mamy mnóstwo fajnych preparatów w aerozolu, którymi można przepłukiwać śluzówkę nosa. To też poprawia ogólną odporność, lecz nie działa przeciwwirusowo.

Śluzówka ma bardzo istotne znaczenie.

- Wręcz decydujące, bo tędy wnika wirus. Jeżeli mamy uszkodzoną błonę śluzową nosa czy gardła przez jakiś proces, np. alergiczny, zapalne podrażnienie pyłami, smogiem, to to jest otwarcie drogi dla wirusa.

Nie ma też powodu, żebyśmy teraz, czując się zdrowo, raptem zakładali maski.

- Maska jest potrzebna w sytuacji chorego, który już zaraża. Jemu maska jest potrzebna po to, żeby w wydychanym przez niego powietrzu było jak najmniej wirusów. I ta maska chirurgiczna zupełnie dobrze spełni swoją rolę, ponieważ ona wychwytuje ten aerozol, w którym wirus jest. Natomiast osoby zdrowe zakładają maski tylko wtedy, kiedy albo są pracownikami służby zdrowia i pracują z pacjentami, oczywiście chorymi na koronawirusa, albo są to zdrowe osoby niebędące pracownikami, ale takie, które mogą mieć kontakt zakażonym. Np. jestem zdrowy, idę do przychodni, bo potrzebuję zaświadczenie, a tam siedzi cały rząd ludzi kaszlących. Wtedy zakładamy maskę, chroniąc się przed tymi ewentualnymi wirusami. Natomiast chodzenie zdrowej osoby po ulicy w masce w dużym przewiewie, w dużych pomieszczeniach, gdzie jest wymiana powietrza, jest absurdem. To jest marnowanie maski.

A co z kobietami w ciąży? Czy są w grupie ryzyka?

- Mamy na razie mało przykładów. Zaledwie kilkanaście kobiet w ciąży, których zakażenie koronawirusem zostało opisanych naukowo. Niestety, dla tych pań jest to duży stres, ale są w grupie ryzyka porodu przedwczesnego. Czyli kobieta, która zarazi się tym wirusem, może urodzić przedwcześnie. Może być to poród czy to spontaniczny, drogami natury, a może być to konieczność przeprowadzenia cięcia cesarskiego. Ponieważ tylko rozwiązanie ciąży może dać szansę leczenia np. zapalenia płuc. U kobiet w ciąży, u których wystąpi to wirusowe zapalenie płuc, najczęściej kończy się to szybkim cięciem cesarskim i wtedy możemy uratować kobietę.

Jest dobra wiadomość natomiast, że w żadnym przypadku nie wykryto wirusa u noworodka. Czyli nie ma przechodzenia wirusa od matki do płodu przez łożysko. To jest bardzo dobra i ważna wiadomość.

Ważne, żeby obserwować. Jeżeli kobieta w ciąży zauważy coś niepokojącego, jak najszybciej poinformować o tym lekarza.

- Trzeba skontaktować się ze szpitalem, izbą przyjęć. Najpierw telefonicznie, żeby nie było niepotrzebnej podróży. Ja na przykład konsultuję teraz jeden ze szpitali położniczych, w którym w tej chwili taka pacjentka nie może być przyjęta. Ona się po prostu „odbije” od izby przyjęć i będzie musiała jechać do innego szpitala. Więc lepiej jest wcześniej zadzwonić i zapytać, czy konkretny szpital przyjmie pacjentkę w ciąży z podejrzeniem koronawirusa. Są takie szpitale wyznaczone na przykład na terenie Mazowsza, gdzie należy się zgłaszać.

Gdzie można uzyskać taką informację?

-W każdym szpitalu położniczym. Ta lista szpitali jest udostępniona. Tylko najlepiej zrobić to telefonicznie, a nie jechać do izby przyjęć i potem stamtąd dopiero podróżować do innego szpitala.

Kwarantanna jest jednym z najistotniejszych sposobów zahamowania zakażenia się koronawirusem. To, jak będzie zachowywała się osoba chora bądź osoba, która może być zakażona, jest najistotniejsze.

- Kwarantanna nie jest żadną karą ani nie jest to żaden przymusowy urlop. To jest metoda przerwania sposobu przenoszenia wirusa. Ponieważ wirus przenosi się np. w takiej sytuacji jak teraz, kiedy my tu sobie rozmawiamy. Czyli ja, będąc chorym, wypuszczam wirusa na odległość dwóch metrów wokół siebie. Jeżeli to jest np. moja żona, syn, dziadek, wujek, ja go zarażę. Jeżeli to będzie kolega z pracy, osoba, która jedzie ze mną autobusem, mogę te osoby zarazić. Dlatego chodzi o to, żebyśmy pozostali w domu. W domu, jeżeli jesteśmy zdrowi, normalnie funkcjonujemy.

Ale jeżeli jesteśmy już osobą chorą, ograniczamy do niezbędnego minimum kontakty z najbliższym otoczeniem. To jest przykre, ale to trwa tylko kilka dni.

Warto zainwestować w tych kilka dni, powiedzmy, pewnego rodzaju odosobnienia, niż potem na przykład mieć chorego ojca czy umierającego dziadka w szpitalu.

Słyszeliśmy od ministra zdrowia Łukasza Szumowskiego, w kontekście wymogów kwarantanny, że nie wszyscy musimy zachorować.

- Powiem tak. Np. mamy 37,5 stopnia. Czasami w ogóle tego nie zauważymy. Ewentualnie poczujemy się trochę gorzej. Weźmiemy sobie jakiś lek, tzw. przeciwwirusowy czy przeciwzapalny, i wszystko minie. Dwa, trzy dni gorszej dyspozycji. Wielu z nas w ogóle to przeoczy. Proszę mi wierzyć, że część osób, z którymi przeprowadzono wywiady w Chinach, a później w innych krajach, sygnalizuje, że te objawy pamięta dopiero, jak się o nich zaczyna rozmawiać. A zbagatelizowali je zupełnie, myśląc wówczas, że to jest jakaś alergia czy podrażnienie gardła. Koronawirus to nie HIV, który zostaje w organizmie na wieki. Wirus po ostrej fazie, nawet jeśli jest skąpoobjawowy, jest przez nas eliminowany. To znaczy jest zabity przez nasze przeciwciała, przez naszą odporność.

Czy jeżeli raz ktoś zachoruje na koronawirusa, to może ponownie zachorować?

- W tej chwili mamy kilka takich przypadków opisanych, gdzie wykryto jakby reaktywację wirusa po tych dwóch tygodniach od wyzdrowienia. Natomiast nie mamy jasności, czy te osoby miały prawidłową odporność. Oczywiście zdarza się tak, wiemy z innych przykładów, że można chorować dwa razy na ospę wietrzną czy dwa razy na różyczkę. To się zdarza tylko zwykle u osób, które mają jakiś „dołek immunologiczny”. Czyli można sobie wyobrazić np., że ktoś, kto przeszedł koronawirusa łagodnie 1 lutego, jeśli ma zaburzoną odporność, to nie wytworzy pełnej odporności, 1 marca może złapać tę infekcję ponownie. To się może zdarzyć. Ale to jest skrajnie rzadka sytuacja.

Kiedy to się skończy? Kiedy koronawirus odpuści?

- Możemy w tej chwili próbować określić, że ten najbardziej nasilony moment narastania liczby przypadków zachorowań to są trzy, maksymalnie cztery tygodnie. Potem epidemia zwalnia dlatego, że wirus już nie ma kogo zakazić. Po prostu wirus odbija się właśnie od tych, którzy już są ozdrowieńcami. Bo oni mają odporność. Czyli jeżeli wpuścimy tego wirusa ponownie do tej samej grupy, to on już nie zakazi, nie wiem, 15 osób, tylko dwie. To powoduje, że tych przypadków będzie coraz mniej. Poza tym musimy mieć świadomość, że my cały czas operujemy cyfrą potwierdzonych przypadków zachorowań. A przecież wiemy, że nie wszystkie są potwierdzone. A więc wokół tych potwierdzonych jest znów otoczka innych osób, które już przechorowały, ale skąpoobjawowo, i są odporne. One stanowią jeszcze ten jeden kordon przed wirusem. Tak jakby przyjęły szczepionkę w cudzysłowie.

Więc możemy się spodziewać, że ten trzytygodniowy okres w tej chwili w Polsce nastąpi w ciągu najbliższych dwóch tygodni. I dlatego teraz ma sens właśnie ograniczanie ruchów ludności, zamykanie szkół, uczelni, ograniczanie aktywności i komunikacji międzyludzkiej. Bo może uda nam się tę fazę właśnie wzrostu zachorowań albo przesunąć, albo zmniejszyć.

To jest najważniejsze, bo wtedy mamy szansę, że dziennie na oddział intensywnej terapii trafi np. dziesięciu pacjentów, a nie stu. Dziesięciu damy radę uratować. Jak będzie ich tysiąc, żaden szpital i żaden system nie da rady zapewnić im odpowiedniej liczby łóżek z respiratorem. Miejmy świadomość, że bardzo dużo zależy od samodyscypliny każdego z nas.

realizacja wideo: Anna Czuba, Michał Szyszka,Weronika Fabjańska

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.