Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Choć wciąż jesteśmy jednym z biedniejszych krajów Unii Europejskiej, to gospodarka ma się coraz lepiej. Zmienili ją polscy przedsiębiorcy i menedżerowie. Oto pięć firm, które w mojej subiektywnej ocenie są najlepszymi symbolami tych zmian.

Zobacz artykuł naczelnego Wyborczej i szefa TVN: Ludzie Wolności! - wielki plebiscyt Gazety Wyborczej" i TVN. Czekamy na Twoich bohaterów.

Gigant, który zbankrutował

W 1990 r. toczyłem debatę telewizyjną z pewnym posłem OKP o lewicowej wrażliwości. Gdy wychwalałem zalety wolnego rynku, pan poseł się żachnął.

- Wiele państwowych przedsiębiorstw jest zadłużonych i przynoszą straty. Uważa pan, że mają upaść? Czy wyobraża pan sobie na przykład upadek Ursusa?

W szczytowym okresie zakłady zatrudniały kilkadziesiąt tysięcy pracowników w wielu miejscach Polski. Dyrektor ZPC Ursus wyleciał z posady w 1990 r., po tym jak premier Jan Krzysztof Bielecki zwizytował fabrykę i zobaczył, co się w niej dzieje. Miałem okazję rozmawiać z tym dyrektorem. Powiedział mi, że po prostu realizował plan, tak jak za dawnych czasów. Obchodziło go to, by jak najwięcej traktorów wyprodukować, a sprzedażą się nie interesował, bo od tego była zawsze firma handlowa. Potem Ursus miał jeszcze kilku dyrektorów i prezesów, ale żadnemu nie udawało się ustabilizować sytuacji. W 1998 r. prowadzone były rozmowy o zakupie Ursusa z amerykańską korporacją AGCO, ale Amerykanów skutecznie wystraszyli radykalni związkowcy. Ursusowska "Solidarność" miała duży udział w historycznych wydarzeniach w 1976 i 1980 r. Działacze za bardzo uwierzyli, że historyczne zasługi sprawią, że przedsiębiorstwo będzie wyjęte spod reguł wolnego rynku. W latach 2000-01 upadały kolejne zakłady należące do ZPC Ursus. Na ich bazie powstawały nowe podmioty. Częścią majątku zarządzał Bumar, który stworzył spółkę Ursus sp. z o.o. Ale to był cień dawnego wielkiego Ursusa.

Niespodziewanie w roku 2011 Ursus się odrodził. Giełdowa spółka Warfama zmieniła nazwę na Ursus SA. Produkuje ciągniki, maszyny rolnicze, kooperuje z wieloma firmami zagranicznymi, przynosi zyski. Tyle że nie mieści się w warszawskim Ursusie, ale w Lublinie i w Nowym Mieście.

Mały bank, który urósł

W 1993 r. pojechałem z grupą polskich bankowców na krótkie szkolenie do USA. Dzięki temu poznałem główną księgową jednego z państwowych banków, która po znajomości założyła mi w swym banku konto. Był to wówczas towar deficytowy, bowiem banki bez systemów informatycznych "zadławiły się" rachunkami. Anegdotę tę przypominam sobie, gdy słyszę skargi na obecne działanie banków. Być może są chciwe, ale skok technologiczny, jaki nastąpił w polskich instytucjach finansowych w ostatnich 25 latach, jest nieprawdopodobny. Dlatego na mej subiektywnej liście pięciu firm musi znaleźć się bank. Wybrałem Millennium, choćby dlatego, że został zarejestrowany dzień przed wyborami, w czerwcu 1989 r. Nazywał się wówczas Bank Inicjatyw Gospodarczych, co dawało dobrze kojarzący się skrót BIG. Był jednym z pierwszych banków prywatnych, których na początku lat 90. powstało kilkadziesiąt. Prawie wszystkie zbankrutowały, nieraz w atmosferze skandalu. BIG przetrwał, a w połowie lat 90. połknął większy od siebie Bank Gdański i dołączył do czołówki polskich banków. Przez 24 lata kierował nim Bogusław Kott - żywa historia polskiej bankowości. Dbał o dobre kontakty z politykami (nie tylko z SLD), co w świecie finansów zawsze się przydaje. Tym kontaktom zawdzięcza zgodę na połknięcie Banku Gdańskiego, a także obronę przed wrogim przejęciem w 2000 roku przez Deutsche Bank.

W 2003 roku BIG-Bank Gdański zmienił nazwę na Millennium. Jego strategicznym właścicielem jest portugalski Banco Comercial Portugues. Choć Portugalia jest od kilku lat w kłopotach finansowych i od czasu do czasu na rynku krąży plotka o tym, że BCP szuka kupca na polski bank, jak na razie wszystko pozostaje po staremu. Z tą różnicą, że Bogusław Kott przeniósł się na fotel przewodniczącego rady nadzorczej, a w fotelu prezesa zastąpił go Joao Nuno Lima Bras Jorge.

Coraz większa elegancja

Pełne półki w sklepach to jedna z największych zmian, jakie zaszły w ostatnim ćwierćwieczu. Nawet skromne sklepy osiedlowe lub dyskonty są o niebo lepiej zaopatrzone niż PRL-owskie delikatesy. Największą siecią w Polsce jest Biedronka, należąca do portugalskiej grupy kapitałowej Jerónimo Martins (w Polsce działa pod nazwą Jeronimo Martins Polska SA). Ogólne przychody przedsiębiorstwa w roku 2012 wyniosły prawie 29 mld zł. Pan Jerónimo Martins swój pierwszy sklep założył w Lizbonie w roku 1792 i przez blisko 100 lat sklep dostarczał towary na dwór królewski.

W Polsce Jerónimo Martins szukał niszy na niższej półce. W 1998 roku kupił sieć tanich sklepów dyskontowych od Mariusza Świtalskiego, znanego i kontrowersyjnego poznańskiego biznesmena.

Biedronki działały początkowo głównie w mniejszych miejscowościach lub w okolicach, gdzie cena wynajmu nieruchomości jest niższa. Miały opinię fatalnego pracodawcy, który marnie płaci i zmusza kobiety do pracy ponad siły. Zdaje się, że coś się jednak zmieniło. Przy kasach w Biedronce widzę coraz częściej młodych mężczyzn, którzy nie wyglądają na niewolników.

Przed kilku laty Jarosław Kaczyński przekonywał, że w Polsce jest drożyzna, a tańsze towary (jak się wyraził - "dla biedoty") można kupić tylko w Biedronce. Premier Tusk popisał się wówczas refleksem i oświadczył, że on i jego rodzina zaopatruje się w tej sieci.

Szansa na Wschodzie

Ryszard Prozner i Krzysztof Tylkowski poznali się w Technikum Mechanicznym w Wieluniu. W 1987 r. kupili maszynę do robienia gwoździ i założyli spółkę Protyl - skrót od nazwisk. Dwa lata później wzięli 100 mln zł kredytu i zatrudnili sześć osób. To była ich pierwsza spółka. Potem założyli ich kilka. Ukoronowaniem była spółka Wielton SA, notowana na warszawskiej giełdzie. W 1993 r. zrobili krok w kierunku dużego biznesu. Kupili halę po dawnej betoniarni - 1,5 tys. metrów i 1 hektar placu. Zaczęli naprawiać naczepy. Szybko zwiększali zatrudnienie. Każdego roku o kolejne 50-60 osób.

Samochody ciężarowe to czerwone krwinki gospodarki. W Europie przewozi się nimi znacznie więcej towarów niż pociągami. Nowoczesna ciężarówka składa się z dwóch części - ciągnika i naczepy. Ciągnik to skomplikowany pojazd, z wielkim silnikiem, naszpikowany elektroniką i innowacyjnymi rozwiązaniami. W Europie jest kilka firm, które je produkują. Towary znajdują się w naczepie, która powinna pasować do różnych ciągników. Musi być lekka, wytrzymała, doskonale zsynchronizowana z ciągnikiem, z supersprawnymi hamulcami, urządzeniami hydraulicznymi i nie może się psuć. Wyprodukowanie dobrej naczepy nie jest łatwe, ale mimo wszystko prostsze niż ciągnika. Można je robić w Polsce.

Jesteśmy krajem tranzytowym. Polscy przedsiębiorcy potrzebowali ciężarówek. Najlepiej używanych, bo były tańsze. Wielton (nazwa oznacza "wiele ton", choć nazwa kojarzy się też z Wieluniem, w którym się mieści) zaczął remontować naczepy renomowanych firm. To samo robili inni. To była polska specjalność. Wymagała nieźle wykwalifikowanej, niedrogiej siły roboczej. W połowie lat 90. Unia wydała dyrektywę zezwalającą na produkcję dłuższych naczep. W Niemczech czy w Holandii nikomu nie przyszło do głowy, by stare naczepy wydłużać. A Wielton zaczął się w tym specjalizować. Znakiem firmowym jest wielbłąd dwugarbny, który przez setki lat przewoził ładunki w azjatyckich karawanach.

Uczyli się zachodniej technologii, rozbierając naczepy na części pierwsze. Potem zaczęli robić własne.

Szansą Wieltonu jest Rosja, Ukraina, Europa Południowa. Na Zachodzie ważna jest ładowność i lekkość, na Wschodzie liczy się trwałość i wytrzymałość, bo drogi są o wiele gorsze. W Rosji czy na Ukrainie często nie przestrzega się przepisów, a samochody jadą przeciążone. Użytkownicy ładują więcej, niż powinni. Lekkie naczepy niemieckie nie są dostosowane do tych rynków. Wielton bez trudu wygrywa tam z zachodnią konkurencją. Spółka ma 25 proc. rynku polskiego, eksportuje 62 proc. produkcji.

Autobusem w XXI wiek

W latach 70. XX wieku poczuliśmy w Warszawie powiew wielkiego świata. Na ulice wyjechały autobusy na francuskiej licencji firmy Berliet, o niebo wygodniejsze i bardziej eleganckie od ogórkowatych polskich jelczy. Gierek kupił licencję, by pomóc zakładom Berlieta i umocnić relacje z politykami francuskimi. Berlietowi wiele to nie pomogło, marka znikła z rynku w latach 80.

Dziś autobusy produkowane w polskiej firmie Solaris Bus & Coach SA podbijają europejski rynek. Firmę założył Krzysztof Olszewski, który przyjechał do Polski w 1994 roku po kilkunastu latach pracy w Niemczech, między innymi w zakładach Neoplan.

Neoplan Polska Sp. z o.o. sprzedawała niemieckie pojazdy. W 1995 roku Olszewski uruchomił montownię autobusów w Bolechowie pod Poznaniem, a po kilku latach zmienił nazwę spółki na Solaris Bus & Coach i wraz z żoną Solange stali się jej jedynymi właścicielami. Nie zadowolili się montownią i produkcją na czyjejś licencji. Wraz z grupą inżynierów z własnego Biura Technicznego stworzyli całkowicie nową markę pojazdu o nazwie Solaris Urbino (w kilku wersjach), Solaris Alpino i trolejbus Solaris Trollino.

Obecnie firma zatrudnia 2200 osób w Polsce i blisko 300 w swoich zagranicznych przedstawicielstwach. W roku 2000 rozpoczęła eksport autobusów do Czech i Niemiec. Dziś eksport stanowi 80 proc. sprzedaży, a pojazdy marki Solaris jeżdżą po drogach w 26 krajach. Atutem Solarisa nie jest "tania polska siła robocza", ale wysokie kwalifikacje inżynierów i menedżerów.

Dyskusja o 25-letniej Polsce

Przy okazji plebiscytu chcemy podyskutować z czytelnikami "Gazety Wyborczej" o tym, co nam się udało wspólnie zrobić w ostatnim dwudziestopięcioleciu. Jak doceniliśmy i wykorzystaliśmy naszą wolność? Co jeszcze powinniśmy zrobić, żeby nam wszystkim było z tą wolnością lepiej?

W poniedziałek rozpoczynamy debatę o polskim biznesie.

Jakie firmy najbardziej zmieniły polską gospodarkę po transformacji? Jakie decyzje gospodarcze okazały się najważniejsze? Kogo ekonomiści i przedsiębiorcy typują na człowieka 25-lecia w kategorii biznes?

Czytaj od poniedziałku w "Gazecie Wyborczej". Pisz do nas: ludziewolnosci@wyborcza.pl

Czytelnicy już typują Ludzi Wolności!

Oto najciekawsze uzasadnienia kandydatur, które dostaliśmy w miniony weekend:

- Jerzy Owsiak (kategoria: społeczeństwo) Od lat pokazuje społeczeństwu wartości, które są ponadczasowe. Uczy wrażliwości społecznej, tolerancji, zasad prawdziwego człowieczeństwa, które tak bardzo są w codziennym pędzie za pieniądzem pomijane. Łączy swoimi działaniami pokolenia, ludzi chorych ze zdrowymi, daje szansę na uśmiech i wiarę, że słowo "człowiek" wciąż dużo znaczy. (nadesłała Tamara Olszewska)

- Krzysztof Jasiutowicz (kat. społeczeństwo) - współtwórca polskojęzycznej Wikipedii, wolnej encyklopedii, związany już wcześniej ze środowiskiem wolnego oprogramowania. Przez pierwsze pięć lat był liderem tego projektu, doprowadzając do zaangażowania zwykłych ludzi w tworzenie wolnej kultury (nadesłał Sławek Borewicz).

- Zbigniew Brzeziński (kat. społeczeństwo) Wkład profesora Zbigniewa Brzezińskiego w budowę Wolnej Polski jest nie do przecenienia. Najpierw, używając swojej pozycji pośród czynników oficjalnych w USA, uczył on Amerykę Polski i jej problemów, był wytrychem otwierającym wiele drzwi wolności dla polskich opozycjonistów. Kiedy już udało się odzyskać niepodległość, Profesor był niesłychanie upartym rzecznikiem wstąpienia Polski do NATO, co w kontekście ostatnich poczynań Rosji nabrało szczególnego znaczenia. Nie wyobrażam sobie Wolnej Polski bez misji "Zbiga" (nadesłał Grzegorz Lewandowski).

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.