Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

W 1998 r. wówczas dwudziestoczteroletni francuski przedsiębiorca Christian de Boisredon wyjechał w wakacyjną podróż dookoła świata. W Chile przeczytał artykuł o mikrokredytach - małych pożyczkach udzielanych biednym ludziom w ubogich krajach np. na start małego biznesu - i postanowił założyć tam organizację udzielającą takich pożyczek. Wkrótce rozrosła się na tyle, że 30 tys. Chilijczyków otworzyło dzięki niej własne firmy, a ponad 100 tys. ludzi zyskało pracę. De Boisredon uwierzył wtedy, że dziennikarstwo może zmieniać świat - podsuwając ambitnym i chętnym do pomagania innym ludziom pomysły, jak działać. W akcji uczestniczy kilkadziesiąt gazet z całego świata: od Francji i Południowej Afryki po Brazylię, Indie, Pakistan, Meksyk i Singapur. Dołączyła do niej też ''Gazeta''.

Brzydkie warzywa

Miliony głodnych można nakarmić tym, -czego bogaty świat nie chce jeść - bo źle wygląda. Wiemy, jak to zrobić

Janet Otieno, ''The Daily Nation'', Kenia

Na liście gości zaproszonych na wystawny obiad w trakcie spotkania w Nairobi 19 lutego 2012 r. znalazło się ponad 500 ministrów i dyplomatów z całego świata. W złożonym z pięciu dań menu nie zabrakło takich atrakcji jak dal z żółtej soczewicy, grillowana słodka kukurydza i wielki wybór warzyw - wśród nich fasolka po francusku. Tyle że tym razem posiłek nieco się różnił od innych. Wszystkie składniki do jego przygotowania zostały odrzucone przez brytyjskie supermarkety, bo nie były wystarczająco ''piękne''.

W przygotowaniu posiłku pomógł Tristram Stuart, autor książki ''Marnotrawstwo: odkrywając globalny skandal żywieniowy'' i założyciel ruchu Feeding the 5000 (Nakarmić 5 tys.) walczącego z marnowaniem jedzenia na świecie. Stuart odwiedził wcześniej kilku kenijskich farmerów i kupił od nich 1,6 tony niechcianych owoców i warzyw. To właśnie z nich przyrządził obiad, którym nakarmiono VIP-ów, wśród nich kenijskiego stałego sekretarza ds. środowiska Alego Mohameda.

- Marnowanie nadających się do zjedzenia, ''brzydkich'' warzyw jest głęboko zakorzenione w naszym systemie produkcji i symbolizuje wszystkie nasze zaniedbania - przekonuje Stuart. Jedzenie, którego nie zużyto do przygotowania uczty, rozdano miejscowym organizacjom dobroczynnym, jak szkoła Msedo w slumsach Nairobi.

Według prowadzącego szkołę Siago Benedicta uczniowie zwykle dostają tylko jeden posiłek dziennie, jednak w dniu, kiedy Stuart przysłał im jedzenie, dostali dwa porządne posiłki. A ponieważ w szkole nie ma miejsca na przechowywanie jedzenia, resztę zabrali do domów.

Stuart przekonuje, że poza generowaniem kosztów i szkodliwym wpływem na środowisko marnowanie jedzenia zwiększa też presję na i tak już bardzo napięty światowy system żywienia.

- To skandal, że marnuje się tyle jedzenia w kraju, w którym mieszkają miliony głodnych ludzi; spotkaliśmy rolnika zaopatrującego brytyjski supermarket, który jest zmuszany do marnowania nawet 40 ton warzyw tygodniowo - a to aż 40 proc. jego upraw! - opowiada Stuart.

Jednak zamiast załamywać ręce z rozpaczy albo wyrzucać niechciane jedzenie, rolnicy nauczyli się używać niechcianych resztek do karmienia świń, krów i innych zwierząt domowych, które dają im środki do życia, produkując mięso czy mleko.

W ostatnich latach za głód na świecie obwiniano susze, słabe zbiory zbóż i spekulacje na rynkach żywności. Jednak według FAO (Organizacji Narodów Zjednoczonych ds. Wyżywienia i Rolnictwa) to właśnie marnowanie jedzenia może w najbliższych dziesięcioleciach znacznie pogorszyć sytuację żywnościową na świecie.

UNEP (ONZ-owski program ds. środowiska) we współpracy z FAO w tym roku rozpoczęły globalną kampanię: ''Myśl. Jedz. Oszczędzaj. Zmniejszaj swój food print'' (food print mierzy poziom nietolerancji na niektóre pokarmy). Kampania ma zmniejszyć ilość jedzenia marnowanego w procesie produkcji.

Według ostatnich badań przeprowadzonych przez FAO mniej więcej jedna trzecia produkowanego na świecie jedzenia jest marnowana na etapie produkcji albo konsumpcji. Oznacza to stratę 1,3 bln ton rocznie. UNEP i FAO szacują, że koszt zmarnowanej żywności to ok. tryliona dolarów. Według ich raportu detaliczni sprzedawcy i konsumenci wyrzucają rocznie ok. 300 mln ton żywności nadającej się do zjedzenia, z czego ponad połowa jest marnowana w krajach uprzemysłowionych. Ta ilość to więcej niż cała produkcja netto żywności w Afryce Subsaharyjskiej. Wystarczyłaby, żeby wykarmić 900 mln głodnych na całym świecie. A właśnie w Afryce Subsaharyjskiej głoduje ok. 239 mln ludzi.

Jak łatwo zostać superbohaterem:

''Marnujemy bilion ton jedzenia. Czy odpadki nakarmią świat?''

 

Patent na wyżywienie świata i redukcję emisji dwutlenku węgla: ''Can Eating Insects Save the World''

- Marnowanie jedzenia jest po prostu bez sensu - ekonomicznie, środowiskowo i etycznie - przekonuje szef UNEP Achim Steiner. - Żeby wcielić w życie wizję zrównoważonego świata, musimy zmienić sposób, w jaki produkujemy i konsumujemy nasze produkty naturalne - mówił na początku roku, tłumacząc, że marnowanie jedzenia staje się największym problemem nie tylko Afryki.

Jednak nie całe jedzenie marnuje się w procesie produkcji albo przy dostawach; także konsumenci poprzez nieprawidłowe przechowywanie i wyrzucanie jedzenia przyczyniają się do zwiększania głodu i niepewności żywieniowej na świecie.

Według strony internetowej kampanii ''Myśl. Jedz. Oszczędzaj. Zmniejszaj swój food print'' nawet najprostsze działania konsumentów i sprzedawców mogą bardzo zmniejszyć ilość marnowanego jedzenia. Autorzy kampanii apelują, żeby unikać impulsywnego kupowania, zjadać to, co mamy w lodówce, przed kolejnymi zakupami, mrozić świeże produkty, gotować i zjadać to, co kupiliśmy, w pierwszej kolejności, twórczo wykorzystywać resztki, a wreszcie - oddawać niepsujące się szybko produkty domom dziecka i schroniskom.

Podczas gdy eksperci po raz kolejny wzywają do zwiększenia produkcji, żeby nakarmić głodujących w Kenii i innych krajach rozwijających się, World Hunger Education Service przekonuje, że świat już w tej chwili produkuje tyle jedzenia, że powinno wystarczyć dla wszystkich. Jego dane wskazują, że w samym rolnictwie produkowanych jest dzisiaj o 17 proc. kalorii więcej na osobę niż 30 lat temu, chociaż światowa populacja zwiększyła się aż o 70 proc.

Być może kraje rozwijające się mogłyby nauczyć się czegoś od lokalnych władz w Wielkiej Brytanii, które zapewniają odbiór zbędnego jedzenia od mieszkańców. Współpracują też z organizacjami takimi jak WRAP-UK , zajmującymi się recyklingiem zmarnowanej żywności.

UNEP prosi też rodziny w Afryce, by korzystały z miejscowych metod chronienia żywności. Na przykład w Nigerii mąka garri jest wytwarzana z bulw manioku obieranych, mytych, tartych albo tłuczonych. Później fermentuje i jest prażona, żeby można było długo ją przechowywać. Z kolei w zachodniej Kenii skrobia kukurydziana jest suszona i przechowywana w popiele, żeby chronić ją przed robactwem i grzybami. Takie metody świetnie się sprawdzają na terenach, gdzie nie ma stałego dopływu prądu, a także tam, gdzie jest duża ilość żywności, która może być przechowywana właśnie w ten sposób.

przełożyła Marta Urzędowska

Prąd z autostrady

Turbiny montowane przy drogach odzyskują energię ruchu powietrza wytwarzanego przez... ciężarówki

Elisa Barberis, ''La Stampa''

''Kto z nas, zatrzymawszy się na pasie awaryjnym na autostradzie, nie odczuł wstrząsów samochodu spowodowanych przez przejeżdżające obok tiry? Powiedzieliśmy więc: dlaczego nie wykorzystać ruchu powietrza wywoływanego przez ciężarówki, żarłocznie pożerające paliwa płynne, żeby wytwarzać nową," czystą "energię?''. Kilku przyjaciół - inżynier z Toskanii, menedżer z Mediolanu i biznesmen z Werony - wpadło pewnego wieczoru przy kolacji na pomysł, żeby zastosować ''recykling'' obecnie marnowanej energii za pomocą systemu turbin wiatrowych o pionowych osiach zamontowanych przy drogach.

Trzy lata później Enel, największy dostarczyciel energii elektrycznej we Włoszech, postanowił zainwestować w ten ambitny pomysł, który dopiero ma zostać zrealizowany w tym kraju. Enel włączył nowo założoną firmę Stefano Sciurpy, Gianluki Gennaiego i Giovanniego Favallego do swojego inkubatora - Atei. Atea na początek zainwestuje 250 tys. euro i zobowiązała się do zainwestowania dalszych 400 tys., jeżeli wyniki eksperymentu okażą się pomyślne.

Jak dotychczas są one więcej niż zachęcające; prototyp zainstalowany w pobliżu wyjazdu z autostrady w Desenzano del Garda na drodze do Wenecji od roku wytworzył 3 megawatogodziny, czyli mniej więcej tyle energii elektrycznej, ile zużywa przeciętna czteroosobowa rodzina zajmująca mieszkanie o powierzchni 80 m kw. Jest to energia, którą można by sprzedawać w sieci albo wykorzystywać do zasilania bramek pobierania opłat na autostradach, oświetlenia, monitorów prędkości i stacji obsługi, dzięki czemu autostrady w całym kraju stałyby się samowystarczalne pod względem energii elektrycznej.

Dzięki systemowi Air Fighter składającemu się z dziesięciu anemometrów umieszczonych na różnych wysokościach obok pasów drogowych autostrady mierzono średnią i maksymalną prędkość wiatru oraz jej wariancję wzdłuż jednego z odcinków autostrady A4 pozostawionego na dwa miesiące do dyspozycji firmy Serenissima Trading. ''Zdaliśmy sobie sprawę z tego, że ciężarówki poruszają duże masy powietrza - wyjaśnia Sciurpa - i że w grę wchodzą liczby podobne do tych, które występują w wielkich elektrowniach wiatrowych na południu kraju''. Następnie ustalono, jaka turbina - o wysokości mniej więcej trzech metrów - najlepiej odpowiadałaby opracowanemu modelowi matematycznemu.

System miał widoczną przewagę nad wielkimi wiatrakami zainstalowanymi w górach, na które często narzekano, że szkodzą krajobrazowi, i nad polami fotoelektrycznymi. System wytwarza energię niezależnie od warunków pogodowych, w dzień i w nocy. Obniża się przy tym koszty związane z likwidowaniem zanieczyszczeń, takich jak usuwanie krzemionki z paneli słonecznych.

Nieprzypadkowo w złotej erze energii wiatrowej we Włoszech Enel zdecydował się skupić w Atei uwagę na ''zielonych'' technologiach. Według Krajowego Zrzeszenia Energii Wiatrowej (Anev) w 2013 r. powinno się dzięki niej zaspokoić niemal 5 proc. krajowego zapotrzebowania na energię elektryczną. To wyraźnie ograniczy import paliw, co przyniesie korzyści nie tylko gospodarcze, ale także związane z ochroną środowiska. Jednakże, jak mówi inżynier Alberto Arena z Krajowej Agencji ds. Nowych Technologii, Energetyki i Trwałego Rozwoju Gospodarczego (Enea), ''wciąż jeszcze zbyt mało inwestuje się w prace badawcze i rozwojowe''.

Jest zatem miejsce na nowe pomysły, a chociaż raz może się okazać, że ruch samochodów ciężarowych jest zasobem, a nie jedynie źródłem problemów. Następny cel? Utworzyć autostradowy park energii wiatrowej składający się z co najmniej dziesięciu turbin połączonych w sieć. Byłoby to ogromne zwycięstwo Sciurpy i jego kolegów, krok w stronę bardziej ekologicznej przyszłości Włoch.

przełożył Andrzej Ehrlich

Brudne złoto:

''Anatomia szwedzkiego cudu. Jak zamienić śmieci w energię''

 

Zbuduj sobie ładowarkę: ''Maker Workshop - Wind Power Generator''

Ekspres do kawy z zieloną duszą

Siła Kamiry polega na połączeniu tradycji z nową technologią - jak w piórze

Giuseppe Bottero, ''La Stampa''

''Dlaczego nie zrobić sobie naprawdę dobrej kawy we własnym domu, na własnej kuchence?''.

O ile poranne espresso to bardzo ważna część życia każdego Włocha, o tyle dla Sycylijczyka Nina Santora filiżanka gorącej kawy zawsze była czymś o wiele ważniejszym - obsesją.

Zdecydowanie odmówił chodzenia do baru (za drogo) i wyrzucił kilkanaście elektronicznych ekspresów do kawy, więc postanowił stworzyć własne, wyjątkowe rozwiązanie dostępne w warunkach domowych. Chociaż może powinniśmy powiedzieć: ''w warunkach tarasowych''.

Zachęcony marzeniem o idealnej maszynce do kawy, 15 lat temu rzucił pracę sprzedawcy i zajął się rozbieraniem i składaniem na nowo starych ekspresów ''moka'', zmieniając je w nową, ''rzemieślniczą'' maszynę. Bardzo tanią, bo nie potrzebuje filtra, a wsypuje się do niej tylko najprostszą, ekologiczną kawę mieloną. - Najprostsze rzeczy są najlepsze i trwają najdłużej - przekonuje Santoro.

Pierwszy prototyp pochodzi z 1998 r., a zdobycie patentu zajęło mu kilka miesięcy. - Kiedy teraz o tym myślę, wydaje mi się, że to było kompletne szaleństwo - wspomina dzisiaj. - To była dziedzina przesycona technologią, sektor całkowicie kontrolowany przez przemysłowych gigantów, którzy mieli wszystko: ekspertów, techników, chemików, laboratoria i olbrzymi kapitał - wylicza.

A jednak Santoro czuł, że gdzieś tam znajdzie się dla niego miejsce: wciągnął do sprawy przyjaciół i krewnych, przekonał początkowo sceptycznych rodziców i zainwestował w Kamirę .

Santoro przekonuje, że siła Kamiry polega na połączeniu tradycji z nową technologią - jak w piórze. A w dodatku jego maszynka zadziała niezależnie od źródła ciepła - nieważne, czy użyjemy maszynki gazowej, płyty elektrycznej, czy kuchni, w której palimy drewnem. - Możesz używać jej w domu i w pracy, ale jest też idealna w podróży, na żaglach czy kempingu - wylicza Sycylijczyk.

Pierwsze wyzwanie - i pierwsze zwycięstwo - polegało na pokonaniu biurokracji. Dopiero w 2003 r. idealna maszynka do kawy pojawiła się na wystawach sklepowych. Jednak sycylijski rzemieślnik rozkręcił swój biznes głównie w internecie. Jego stronę natychmiast zaczęły odwiedzać tłumy, a historia kawy za 4 centy (we włoskich barach kosztuje 1 euro, a filtry do domowego użytku kosztują co najmniej 20 centów) zaczęła krążyć na blogach i w sieciach społecznościowych. Resztę zrobiło jego doświadczenie w sprzedaży: pojawiał się na wiejskich festynach, targach fair-trade. Wspomina, że na początku pomagała mu tylko jedno osoba - dziewczyna o imieniu Rossella.

Santoro, w połowie anarchista, w połowie biznesmen, uśmiecha się, kiedy mówi, że jego Kamira ma ''zieloną duszę''. - Ekspresy do kawy używane w barach korzystają z bardzo wysokiego ciśnienia - nawet 15 barów - podczas gdy nasza maszynka - tylko z 3, co gwarantuje większe bezpieczeństwo używania jej w domu. Gwarantowane są też niższe rachunki - dodaje.

Zapewnia, że poza szacunkiem dla środowiska wielka korzyść z używania Kamiry to smak kawy. Santoro: - Ponieważ przy jej użyciu temperatura nigdy nie osiąga 100 stopni - zatrzymuje się na blisko 93 - kawa opada dzięki sile ciążenia, a zawarte w niej olejki nigdy się nie przypalają, co pozwala zachować smak mieszanki.

Jego maszynka jest w stanie zrobić naraz dwie filiżanki kawy. Dlatego nie do pomyślenia byłoby zastąpienie nią maszyn produkowanych przez przemysłowych gigantów, używanych w barach dużych miast na północy Włoch, które każdego ranka wypełniają się tłumem klientów.

Jednak Santoro się nie przejmuje, przyjmuje filozofię slow food. Uśmiecha się, wyglądając ze swojego tarasu wychodzącego na morze. - Chyba warto poczekać kilka sekund dużej, żeby cieszyć się smakiem prawdziwej kawy, prawda?

przełożyła Marta Urzędowska

Babyloankowie

Pożycz 20 euro koledze z biednego kraju

Anne Rodier, ''Le Monde''

45-letnia Maha Amer potrzebowała 300 euro na zakup dwóch baranów, a Carole Younes postanowiła wesprzeć jej bliskowschodnie mikroprzedsiębiorstwo. Od lat poświęca 2,5 proc. swojego budżetu na filantropię. ''Dawniej po prostu dawałam pieniądze, ale pomysł Babyloan.org bardzo mi się spodobał. Sama wybieram projekt, na który przeznaczę fundusze, jestem informowana, jak zostały spożytkowane i jakie przyniosły społeczne skutki''. Babyloan.org - pierwszy europejski portal, który z myślą o walce z prekariatem i nędzą w świecie udziela ''solidarnych'' mikropożyczek - jest platformą crowdfundingu, czyli finansowania przez osoby prywatne mikroprzedsiębiorstw we Francji i za granicą. Internauta pożycza co najmniej -20 euro bez oprocentowania. Pieniądze przelewane są na konto stowarzyszonej z portalem instytucji mikrokredytowania, która bierze na siebie ryzyko finansowe. Babyloan - stworzony w 2008 r. na wzór amerykańskiej Kivy, światowego numeru jeden, jeśli chodzi o mikrokredyty udzielane przez osoby prywatne osobom prywatnym - stał się szybko numerem dwa.

''Pożyczka solidarna nie jest sposobem oszczędzania, lecz nową formą filantropii - tłumaczy założyciel portalu Arnaud Poissonnier. - Dzięki dźwigni finansowej można jedną niedużą kwotę zainwestować w dwa, trzy, cztery i więcej udanych projektów''.

''Babyloanka'' Carole Younes, z zawodu finansistka, realizuje obecnie 35. rolniczy i handlowy projekt ''rozwijający nowe źródła dochodów''. Po Masze Amer był Suhair, 39-letni ojciec sześciorga dzieci, który potrzebował 270 euro na uprawę cytrusów, a potem 61-letnia Toffaha, która za 270 euro rozbudowała sklepik. ''Co miesiąc wybieram jeden projekt. Termin spłaty to 4-18 miesięcy. Po odzyskaniu pieniędzy inwestuję je ponownie'' - opowiada Carole Younes. 70 proc. internautów odzyskuje pożyczone sumy. W Babyloanie co dziesięć minut udziela się komuś pożyczki. Jedynie 9,5 proc. wierzycieli zabiera z systemu włożone fundusze. ''Dla reszty to pieniądze uśpione'' - mówi Poissonnier.

W ciągu pięciu lat Babyloan zebrał 5,7 mln euro i wspomógł 13,75 tys. mikroprzedsiębiorstw w 14 państwach, głównie w krajach Południa -(85 proc.) i we Francji (15 proc.). Wkład w postaci finansowania społecznościowego pozwala obniżyć stopy procentowe instytucji mikrofinansowania, niemniej wciąż sięgają one 9-28 proc. rocznie. Średnia wysokość kredytu to 450 euro dla mikrofirm z Południa i 3 tys. euro dla krajów Północy. Na przykład Pierre Battelier z Saint-Ouen dzięki pożyczce w wysokości 3 tys. euro mógł zakupić materiały dla swojej spółdzielni Młody Filmowiec organizującej warsztaty audiowizualne.

Ciemna strona pomagania:

''Zadeptani przez dobroczyńców''

;

''Fala samobójstw w Indiach. Powód? Mikrokredyty''

 

Jak pomagać wykluczonym - debata ''Mikropożyczki jako narzędzie rozwoju PESów''

Lecz ''marzenie o społecznościowym finansowaniu łatwo może zamienić się dla internauty w koszmar'' - ostrzega Arnaud Poissonnier, który jako były bankowiec bez wątpienia nie jest naiwny. Przypomina, że w dziejach 800 tego typu przedsięwzięć, jakie powstały na świecie, przewinęło się wielu nieuczciwych kredytobiorców, którzy zniknęli z kasą, nie wykorzystując jej do zrealizowania przedstawionego planu. Co więcej, ''w przypadku bankructwa instytucji mikrofinansowania nie odzyskamy swoich pieniędzy'' - o czym internauci są z góry informowani. Jednak od 2008 r. już 25 tys. podjęło to ryzyko.

przełożył Sergiusz Kowalski

Woda ze ścieków

Najtrudniej było przekonać mieszkańców Singapuru, że taka woda jest bezpieczna

Grace Chua, ''The Straits Times'', Singapur

W zeszłym miesiącu sekretarz generalny ONZ Ban Ki-moon alarmował, że na świecie może zabraknąć świeżej wody, tymczasem stowarzyszenie Global Water System Project ostrzegło, że zmiany klimatu, rolnictwo i energetyka powodują, że będziemy potrzebować jej coraz więcej.

Maleńki Singapur opracował rozwiązanie, które może pomóc innym. Wodę, którą można pić albo wykorzystać przemysłowo, uzyskuje się z tej, która była spuszczana w łazience do umywalki, albo odprowadzanej z fabryk do ścieków.

Oczyszczone ścieki są w użyciu już od dziesięciu lat, przy czym ludzie przezwyciężyli swoje początkowe opory dzięki kampaniom prowadzonym przez agencje publiczne, które skupiły uwagę na palącym problemie zapotrzebowania na wodę i na tym, jak się ją oczyszcza, a nie na jej mrocznym pochodzeniu.

W Singapurze jest znana jako ''newater'' - nowa woda. Nazwę tę wymyślił ówczesny przewodniczący agencji wodnej Public Utilities Board (rady przedsiębiorstw komunalnych) Lee Ek Tieng jako sexy i nadającą się do marketingu, zamiast na przykład nazwy ''woda wysoko oczyszczona'' albo ''woda przemysłowa wysokiej jakości''.

Przewiduje się, że do 2060 roku newater zaspokoi do 55 proc. zapotrzebowania Singapuru na wodę, które według prognoz wzrośnie dwukrotnie, z obecnych 400 mln galonów (1800 mln litrów) dziennie do blisko 800 mln (3600 mln litrów). Z odsalania uzyska się dalsze 25 proc. potrzebnej wody, a pozostałą ilość ze zbiorników i z importu.

To wielka sprawa dla wyspy o powierzchni 700 km kw., która od długiego czasu była uzależniona od wody gromadzonej z opadów oraz kupowanej i dostarczanej rurociągami z Malezji zgodnie z traktatem wygasającym w 2061 roku.

Do wyprodukowania newater zużytą wodę poddaje się trzykrotnemu procesowi oczyszczania. Przeważająca część produktu jest wykorzystywana do chłodzenia w przemyśle albo w zakładach produkcyjnych, w których potrzeba wody o wysokim stopniu czystości.

Od 2 do 3 proc. produktu miesza się z wodą w zbiornikach w kraju, przerabia się ją i przetwarza w wodę zdatną do picia. Najpierw poddaje się ją mikrofiltracji, potem cząsteczki przepycha przez membranę, która wyłapuje drobniejsze zanieczyszczenia, takie jak związki organiczne i wirusy, w procesie nazywanym osmozą odwróconą. Wreszcie wodę dezynfekuje się światłem ultrafioletowym zabijającym wszelkie bakterie. Na koniec dodaje się substancje chemiczne, aby przywrócić równowagę pH. Pozostałe odpady są mieszane ze ściekami i wylewane.

Rozwiązanie to pojawiło się po badaniach trwających dziesiątki lat, w trakcie których obniżano koszty technologii przetwarzania wody, a także zmniejszano zużycie energii w procesie. To spowodowało, że oczyszczanie ścieków do tak wysokiego poziomu stało się bardziej opłacalne.

Wicedyrektor ds. technologii PUB Puah Aiok Num mówi: ''Przez cały czas chodziło nam o to, żeby wykorzystywać każdą kroplę więcej niż jeden raz''.

W 2006 r. rząd Singapuru zaczął przeznaczać wielkie pieniądze - według ostatnich obliczeń -470 mln dolarów singapurskich - na rozwój miejscowego przemysłu ochrony środowiska i gospodarki wodnej. Liczba przedsiębiorstw zajmujących się wodą się podwoiła.

Izraelska firma przetwarzania wody Desalitech sprawdza nową metodę odsalania w jednym z zakładów newater, zaś singapurska Flagship Ecosystems zbudowała zakład scentralizowanego przetwarzania ścieków w Dhace, stolicy Bangladeszu.

Jak powiedział pewien taksówkarz z Singapuru: ''Będę to pił, pod warunkiem że będzie czyste. Jeżeli będę pić dostatecznie często, przyzwyczaję się do tego''.

przełożył Andrzej Ehrlich

Daleko od Singapuru:

''Przeciw prywatyzowaniu wody''

 

Bogaci oszczędzają: ''San Diego's Sewage May Soon Be Drinkable Water''

''Gazeta'' zaprasza do akcji: ''Jak urządzić świat?''

* Po co nam ekologia? * Na czym polega kryzys ekonomiczny? * Internet nas wzbogaca czy spłyca?

W nowym programie edukacyjnym "Gazety Wyborczej'' i Centrum Edukacji Obywatelskiej publikujemy skłaniające do dyskusji teksty i organizujemy debaty. Wszystko z myślą o uczniach szkół ponadpodstawowych i ich nauczycielach, którzy chcieliby sprawić, żeby świat był lepszy.

Zachęcamy szkoły do rejestracji. Formularz zgłoszeniowy dostępny jest na ceo.org.pl/jak. Partnerem akcji jest Enea. Więcej na wyborcza.pl/jakurzadzicswiat

Na pytanie, jak urządzić świat, odpowiedzieli już:

 

Ivan Krastev: ''Wielki Brat śledzi polityków'' ; ''Wnuku, dasz dom dziadkowi?'' ;

 

Andrzej Elżanowski: ''Krowa też człowiek'';

 

Jan Hartman: ''Mięsożerco, nie czuj się winny'' ;

 

Rafał Stec: ''Jądro cyberciemności'' ;

 

Marek Beylin: ''Polityka jest cool!'' ;

 

Marek Beylin: "Solidarna Panna E'' ;

 

Zygmunt Bauman: "Boimy się wolności, marzymy o wspólnocie'' ;

 

Adam Kompowski: "Generacja iPhone'a odstawia samochód'' ;

 

Aleksandra Klich i Robert Siewiorek: "Miej mniej, gdy chcesz więcej'' ;

 

Tomasz Szlendak: "Państwo rottweiler'' ;

 

Wojciech Orliński: "Internet poza prawem'' ;

 

Katarzyna Brejwo: "Uciekaj z korpo do startupu'' ;

 

Łukasz Długowski: "Niech odżyją nasze miasta'' ;

 

Norman Davies: ''Potrzebujecie liberalnego Jana Pawła II'' ;

 

Robert Siewiorek: ''Czy generacja txt zamęczy język?'' ;

 

Joanna Kuciel-Frydryszak: ''Czytam internet i jestem chora''

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.