Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Poniedziałek, 8.30. Paulina Rakowska (24 lata, łodzianka) wsiada na hulajnogę. Droga do pracy zajmie jej pół godziny - w sam raz, żeby ułożyć sobie w głowie zadania na dzisiejszy dzień.

W tym czasie Magda Szuszkiewicz (25 lat, z Drawska Pomorskiego) jeszcze w piżamie odpali Skype'a i dowie się, co zrobił Charan (39 lat, Hindus), kiedy spała. Nigdy się nie widzieli, ale prowadzą razem firmę. Kiedy ona idzie spać, Charan wstaje - ale dziewięciogodzinna różnica czasu w zasadzie działa na plus: razem pracują całą dobę.

Tylko Jared Broad (28 lat, Nowozelandczyk) przewróci się na drugi bok. Laptop zamknął o czwartej, będzie spał do dziewiątej.

Po południu wszyscy spotkają się w biurze StartUp Chile w centrum Santiago. To ogromna przestrzeń coworkingowa: dwa piętra z rzędami biurek, kolorowymi kanapami (można się zdrzemnąć albo zorganizować spotkanie zespołu) i przeszklonym sufitem, przez który wpada słońce. Na drzwiach kartka: ''Dare not to be square''.

Dosłownie: nie bądź kwadratowy, czyli myśl nieszablonowo. Gdyby ktoś wymyślił kodeks startupowca, byłoby to pierwsze przykazanie.

O tej porze jest tu najbardziej tłoczno. Kilkadziesiąt osób pracuje na laptopach, dyskutuje w grupkach albo leży, gapiąc się w cyfrowe chmury, które przesuwają się po wielkim ekranie zawieszonym na suficie. Słychać hiszpański, angielski, francuski. Ale również czeski, rumuński i polski. Przez ponad dwa lata - od powstania programu - przez centrum przewinęło się blisko 600 młodych przedsiębiorców z 63 krajów. I cały czas zgłaszają się kolejni, zwłaszcza od kiedy prestiżowy ''The Economist'' nazwał to miejsce Chilecon Valley (od Silicon Valley - Doliny Krzemowej), a w świat poszła fama, że Chile, nieduży kraj, ''do tej pory słynący raczej z wydobycia miedzi i tanich win'', stało się jedną z najlepszych przystani dla start-upów.

Albo teraz, albo korporacja

Próby stworzenia drugiej Doliny Krzemowej podejmowano już w wielu miejscach na świecie, najczęściej bezskutecznie. Dlaczego? Na kalifornijski sukces składa się kilka czynników. Po pierwsze, hipisowska kultura lat 60. zostawiła w spadku afirmację wolności, poszukiwania własnej drogi i życia w komunie, czyli w grupie ludzi, którzy bardziej niż rywalizację cenią sobie możliwość dzielenia się (również pomysłami). Po drugie, dzięki łagodnym zimom w Kalifornii można przeżyć za pieniądze mniejsze niż choćby w nękanym mrozami Chicago. Nie jest to bez znaczenia, jeśli jesteś początkującym przedsiębiorcą, wyrzucono cię z mieszkania za niepłacenie rachunków, a jedyną opcją jest nocleg na plaży i śniadanie złożone z przejrzałych pomarańczy. Trzeci czynnik to Uniwersytet Stanforda - jedna z najlepszych uczelni technologicznych na świecie. Czwarty - imigranci, którzy ściągają tu z całego świata razem ze swoimi pomysłami, talentami i zapałem. To oni, jak pokazują niedawne badania, zakładają dziś ponad połowę wszystkich start-upów w Dolinie Krzemowej. I wreszcie - aniołowie biznesu, czyli inwestorzy, którzy skłonni są wesprzeć gotówką najdziwniejsze pomysły początkujących inżynierów.

Nicolas Shea, absolwent Stanforda, który wymyślił StartUp Chile, musiał zdawać sobie sprawę, że poza klimatem jego ojczyzna ma niewiele wspólnego z Kalifornią. Gospodarka Chile opiera się na górnictwie, resztki kultury hipisowskiej zmiotła dyktatura Pinocheta, a dla większości młodych ludzi sukces nadal oznacza mozolne pięcie się po korporacyjnych szczebelkach. Jak w tych warunkach stworzyć ekosystem przedsiębiorczości podobny do kalifornijskiego?

Wymyślił, że obiecujący przedsiębiorca dostanie równowartość 40 tys. dol. i wizę na rok. Co najważniejsze, inwestor - w tym wypadku państwo chilijskie - nie żąda w zamian udziałów w firmie, jak ma to miejsce w większości programów tego typu. Jedyne obowiązki, jakie nałoży na przyszłego Marka Zuckerberga, to zamieszkanie w Santiago przynajmniej na pół roku i dzielenie się wiedzą i umiejętnościami (jak - o tym za chwilę).

- Dzięki temu mogliśmy się skupić tylko na projekcie, bez myślenia, skąd wziąć na czynsz i rachunki - przyznają Gosia i Mateusz Łapsa-Malawscy, pierwsi Polacy w programie. Graficzka i informatyk z Krakowa, oboje po trzydziestce, spędzili w Chile osiem miesięcy.

Pomysł ich start-upu, mówią, pojawił się przypadkiem. Na wakacjach w Sztokholmie próbowali zwiedzać miasto śladami bohaterów ''Millennium'' Stiega Larssona, sprawdzając - na zmianę w książce i w iPhonie - w której knajpce Mikael Blomkvist zjadł kolację i gdzie mieszkała Lisbeth Salander. - Pomyśleliśmy: dlaczego tego nie połączyć? Przyjeżdżasz w nowe miejsce i ściągasz na telefon historyjkę, która prowadzi cię przez miasto.

Startup, czyli Polak potrafi: ''Polski start-up jednym z najlepszych w Europie'' ; ''Polski start-up w Cannes. Próbuje zmienić telewizję'' Projekt ''Chayamuni'' - gry miejskiej dla ambitnych podróżników - trafił jednak do szuflady. Gosia pracowała na etacie w Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej "Manggha", Mateusz w Motoroli, spłacali kredyt na mieszkanie w Krakowie i pewnie nie ruszyliby do przodu, gdyby znajomy programista z Nowego Jorku nie wspomniał im o StartUp Chile. - Decyzję, że nas przyjęli, dostaliśmy w listopadzie, a w styczniu wylądowaliśmy w Santiago. Bez znajomości hiszpańskiego, z czterema walizkami. Rodzina mówiła: oszaleliście. A my mieliśmy poczucie, że albo zrobimy to teraz, albo utkniemy w korporacjach na resztę życia.

Poza czasem i pieniędzmi, które dostali, liczyło się też coś innego: wzajemna inspiracja. Mateusz: - Siedzisz przy biurku i po lewej stronie masz inżyniera z Holandii, który pracuje nad projektem plecaka z wbudowaną ładowarką do telefonu i laptopa, a po prawej Chilijczyka, który robi aplikację ułatwiającą rozliczanie się po imprezach.

Gosia: - Masz problem, prosisz, by ktoś zerknął na twój ekran. A że to akurat grafik z Argentyny, to podsuwa ci rozwiązanie, na które byś nie wpadł.

Mateusz: - Wieczorem idziesz na piwo z ludźmi, którzy mają podobne problemy, ale inne spojrzenie na wiele spraw. I z tego najczęściej wychodzi coś ciekawego.

Zapomnij o pieniądzach

CV Magdy Szuszkiewicz: urodziła się w Drawsku Pomorskim, liceum ukończyła w Krakowie, a studia w Londynie. - Informatyka i biznes na King's College. Świetne studia, by zrozumieć nowe technologie i ich wykorzystanie w biznesie.

- Drogie?

- Dostałam kredyt studencki, który muszę spłacić. Ale żeby się utrzymać, przez cztery lata studiów pracowałam w barach i restauracjach, na pełny etat, 40 godzin w tygodniu.

- Było ciężko?

- Do domu wracałam przed północą i siadałam do nauki, a potem cztery godziny snu i na zajęcia. To mnie nauczyło wytrwałości. I tego, że jak się czegoś chce, nie można myśleć: ''Oj, nie mam pieniędzy''. Najlepsze pomysły powstają, gdy się nie ma środków. Bo trzeba kombinować, żeby powstało coś fajnego i żeby jeszcze ktoś za to zapłacił.

Zanim wymyśliła start-up, przeszła przez korporacje: Goldman Sachs, Orange, Groupon. - Uczyłam się nowych rzeczy, ale brakowało mi ryzyka. I poczucia, że wszystko zależy ode mnie.

Inaika to platforma społecznościowa dla pasjonatów. Od Facebooka różni ją to, że łączy ludzi mających wspólne zainteresowania. Można tu znaleźć instruktorów i nauczycieli z najróżniejszych dziedzin. - Chcieliśmy stworzyć miejsce, gdzie ludzie będą się nawzajem inspirować, a nie tylko dzielić informacjami z codziennego życia, np. że ktoś właśnie wyszedł spod prysznica.

Charana swojego wspólnika, informatyka z Indii, znalazła przez internet, na cofounderslab.com. To strona randkowa dla przedsiębiorców: ogłaszają się tam informatycy, graficy, osoby, które szukają kogoś do pomocy przy start-upie. - Na początku rozmawialiśmy przez Skype'a. Dobry team musi być jak małżeństwo: zgrany charakterologicznie. Dobrze też, żeby jedna osoba znała się na technologii, a druga na biznesie.

Kiedy dostali się do StartUp Chile, uzgodnili, że przeniesie się tylko Magda. - Na studiach prawie pół roku z każdego semestru musieliśmy spędzać na praktykach. I ja zawsze tak kombinowałam, żeby te praktyki zrobić za granicą: Madryt, Indie, Paryż. Chciałam zobaczyć, jak się pracuje w innych krajach. Teraz, jak przyjeżdżam w nowe miejsce, po trzech dniach czuję się jak w domu.

Skok na bank

Jared opowie mi o swoim pomyśle w cztery minuty. Tyle czasu - średnio - ma startupowiec podczas ''pitch session'' - spotkania, na którym młodzi przedsiębiorcy ''sprzedają'' swoje pomysły potencjalnym inwestorom.

- Giełda jest dziś prawie w całości kontrolowana przez komputery. W bankach inwestycyjnych decyzję o tym, czy kupić albo sprzedać akcje, podejmuje nie człowiek, tylko specjalny program. Ale dostęp do tych programów, czyli algorytmów inwestycyjnych, mają jedynie najwięksi gracze, jak Goldman Sachs. Ja chcę je uwolnić.

- To znaczy?

- Wyobraź sobie 50 inżynierów, którzy tworzą algorytmy w klimatyzowanym biurze wielkiego banku. Co by było, gdyby te same narzędzia dać tysiącom inżynierów z całego świata? QuantConnect ma być platformą, która to umożliwi. Każdy inżynier będzie mógł stworzyć algorytm inwestycyjny, a zwykły człowiek skorzystać z niego. Chcemy zdemokratyzować świat finansów.

- Chcesz doprowadzić Goldman Sachs do upadku?

- A pamiętasz taki twór jak Encyklopedia Britannica? Upadła, bo okazało się, że kilkaset milionów internautów jest w stanie szybciej i lepiej robić to, co robi kilkuset redaktorów. Potrzebowali tylko odpowiedniej platformy, czyli Wikipedii. Chcę zrobić to samo w świecie finansów.

Polski innowator nie ma lekko: ''Mamy genialne polskie wynalazki! I co? I nic'' Jared pierwsze pieniądze zarobił, kosząc trawniki sąsiadom. Potem odkrył, że w piwnicy biblioteki, w której pracował w weekendy, kurzy się kilkanaście komputerów. - Odkupiłem je za 250 dol., zainstalowałem na nich kopie kultowej gry ''Doom 95''. Rozeszły się błyskawicznie. Zarobiłem 2, może 3 tys. dolarów i zainwestowałem na giełdzie. Do dziś pamiętam nazwę firmy i uczucie podniecenia, gdy akcje podskoczyły z 16 do 24 centów. Zaraz potem firma zbankrutowała, a ja wszystko straciłem. I bardzo dobrze: niepowodzenia uczą, że możesz zacząć od nowa.

Po studiach, z dyplomem inżyniera biomedycyny, szybko znalazł pracę w dziale badawczym dużej firmy technologicznej. - Prace nad sztucznym sercem były fascynujące, ale brakowało mi wolności, poczucia, że mogę realizować własne pomysły.

- Nie szkoda było ci rzucać stabilnej roboty?

- Szkoda? Ja się bałem, że nie dam rady spłacić kredytu za studia. Chciałem podróżować, ale przed oczami miałem rosnące odsetki. I wtedy powiedziałem sobie: 'Jared, nie może być tak, że nie robisz czegoś ze strachu'. Sprzedałem wszystko, co miałem, spłaciłem kredyt i zatrudniłem się jako elektryk na statku płynącym do Chin, bo na bilet lotniczy już nie starczyło.

Przez kilka lat pracował w organizacjach pozarządowych zajmujących się usuwaniem skutków katastrof humanitarnych w Azji i Ameryce. Dostarczał wodę na Haiti, budował szpital w Chile, usuwał skutki powodzi w Birmie. - Na wszystko brakowało pieniędzy. Pamiętam, jak w przerwie między jednym projektem a drugim pojechałem do Nowego Jorku. Nagle znalazłem się w centrum finansowym świata i pomyślałem: na giełdzie bogacą się najbogatsi, a dlaczego nie tacy ludzie jak my?

Przez trzy lata pisał program. Znajomych i rodzinę przekonał, żeby powierzyli mu swoje pieniądze. - Uzbierałem 50 tys. dol. Niedużo, ale mogłem już sprawdzać moje algorytmy, inwestując na giełdzie. Wkrótce obracałem 250 tys. dziennie.

Nie czuję, że pracuję

CV Pauliny: studia w Łodzi (zarządzanie) i Szkocji (ekonomia ekologiczna), staż w Parlamencie Europejskim w Brukseli, praca na giełdach klimatycznych w Londynie i Budapeszcie. Gubi się, gdy wymienia kraje, w których mieszkała.

- Po co ci ten start-up? - pytam, bo z takim CV mogłaby teraz popijać kawę w biurowcu z widokiem na londyńskie City.

- Tak naprawdę rzuciłam pracę dla wolontariatu. Mój szef miał oczy jak spodki, kiedy mu to powiedziałam. Nie mógł uwierzyć, że zostawiam świetną posadę z dobrą pensją, żeby w Boliwii budować kuchnie zasilane energią słoneczną.

Tamten wolontariat się nie udał. Już po przyjeździe do Ameryki Południowej Paulina dostała wiadomość, że organizacja, dla której miała pracować, odwołuje jej pobyt. Nie podali przyczyny. - Zaczęłam się przyglądać, jak to funkcjonuje. Okazuje się, że wolontariat to również wielki biznes, nie zawsze uczciwy. Coś ci pokażę - otwiera laptop. - Typowy przykład: organizacja, która za zorganizowanie tygodniowego wolontariatu w Chile bierze od ciebie 900 dol. Co za to dostaniesz? Odbiór z lotniska, zakwaterowanie, miejsce w pierwszym lepszym projekcie charytatywnym. Trudno powiedzieć, dlaczego kosztuje to prawie tysiąc dolarów i na co idzie reszta tych pieniędzy. Inny przykład: znajomi z Belgii, po studiach pielęgniarskich, pojechali do Wenezueli leczyć dzieci. Okazało się, że będą się z nimi tylko bawić. Organizacja, która ich tam wysłała, zupełnie nie była zainteresowana tym, by wykorzystać ich kompetencje.

Wymyśliła VOFAIR - system, który przyznaje certyfikaty organizacjom wolontariackim, które działają etycznie, odpowiedzialnie i w sposób przemyślany. - To projekt społeczny. Naszym celem nie jest zarabianie pieniędzy samo w sobie, tylko naprawienie świata wolontariatu.

Dziś pracują z nią cztery osoby, każda innej narodowości. Nico, Chilijczyk, zajmuje się informatyczną stroną projektu. Marina, Hiszpanka, odpowiada za metodologię, czyli za to, jak oceniać projekty wolontariackie. Cristina wprowadza VOFAIR na rynek niemiecki, a Maya, Amerykanka, odpowiada za komunikację.

- Moja mama dzwoni do mnie i pyta, kiedy znajdę normalną pracę. A ja jej mówię, że start-up to więcej niż praca. W korporacji spędzałam 45 godzin tygodniowo, pracując dla kogoś, i dwie godziny w korkach w drodze do biura. Tutaj sama decyduję, kiedy pracuję.

Wśród przedsiębiorców krąży dowcip: ''Po czym poznać startupowca? Po tym, że nie wie, że najbliższy poniedziałek to dzień wolny od pracy''. Inna wersja tego żartu brzmi: ''Po tym, że kiedyś miał hobby''.

- Oddzielam życie prywatne od zawodowego. To znaczy, że przez pół soboty staram się w ogóle nie myśleć o start-upie - zarzeka się Paulina. - Ale jeśli akurat wtedy wpadnie mi do głowy świetny pomysł, to przecież muszę o tym opowiedzieć chłopakowi, prawda?

Gosia i Mateusz (od gry miejskiej) przed wyjazdem z Chile postanowili zobaczyć Buenos Aires. - Przysięgaliśmy sobie: żadnej pracy przez dwa tygodnie. Skończyło się tak, że codziennie siedzieliśmy nad start-upem. Ale tylko do dwudziestej.

Magda: - Od kiedy mam start-up, w ogóle nie czuję, że pracuję.

Carlos Leiva Burotto (25 lat, Chilijczyk), autor bloga o nowych technologiach, widzi to tak: - Start-up to nie praca, tylko styl życia. Ludzie chodzą do biura i zarabiają pieniądze, by przez dwa tygodnie w roku robić coś fajnego, na przykład pojechać na wakacje. My jesteśmy na wakacjach cały czas.

Burotto ma dyplom inżyniera mikrobiologii, którego - jak z dumą podkreśla - nigdy nie użył. Zarabia, prowadząc blog i pracując jako konsultant dla firm technologicznych wchodzących na rynek Ameryki Południowej. A po godzinach oczywiście pracuje nad własnym start-upem.

Porażki są cool

Wszystko fajnie, myślę, ale kto za to płaci? Gdyby polski rząd wpadł na pomysł ściągnięcia do Warszawy geeków z całego świata, zaraz podniosłaby się wrzawa, że marnujemy pieniądze podatników.

Horacio Melo, dyrektor StartUp Chile, wzdycha, dając mi do zrozumienia, że na takie pytania odpowiadał już setki razy. - To projekt społeczny, który ma na celu ożywienie przedsiębiorczości. Chcemy przekonać młodych ludzi, że nawet jeśli pochodzą z małego kraju takiego jak Chile, mogą stworzyć firmę o globalnym zasięgu. Dlatego ściągamy utalentowanych ludzi z całego świata, żeby mogli ich inspirować, dzielić się wiedzą.

Faktycznie, każdy, kto bierze udział w programie, zobowiązuje się do pracy społecznej. Startupowcy organizują spotkania dla osób, które myślą o własnym projekcie, konsultują pomysły, uczą programowania czy grafiki albo jeżdżą po kraju i tłumaczą, jak stworzyć start-up.

- To działa. W pierwszej edycji programu mieliśmy 10 proc. zgłoszeń z Chile. Dziś jest ich 40 proc. - mówi Melo.

- A co z tymi, którzy po pół roku stwierdzą, że lepiej im będzie w San Francisco? To w porządku, że ktoś bierze 40 tys. dol. i wkrótce znika?

- 30 proc. start-upów zostaje w Chile, ale nikogo nie zatrzymujemy. Wierzymy, że przedsiębiorcy sami najlepiej wiedzą, gdzie są najlepsze warunki dla ich projektów. Dla nas ważne jest to, że działając tutaj, przyczynili się do rozwoju ekosystemu przedsiębiorczości.

Do tej pory do programu zgłosiło się ponad 5 tys. zespołów z ponad 70 krajów. Z 597 start-upów, które zostały zakwalifikowane, 35 zdobyło finansowanie od inwestorów zewnętrznych - łącznie ponad 14 mln dol. Chociaż na razie nie narodziła się wśród nich gwiazda na miarę Facebooka, Melo twierdzi, że sukcesów jest sporo. Uczestnicy wymyślili między innymi:

Cruisewise - serwis, za pomocą którego można zabukować rejs w dowolne miejsce na świecie (udało mu się zdobyć 1,5 mln dol. od inwestorów), Pick1 - platformę do badań marketingowych (zdobyła 1 mln dol. dofinansowania, a wśród jej klientów są m.in. Ikea i Toyota);

Babelverse - serwis skupiający tłumaczy. Można się z nimi połączyć przez internet, a szybkie tłumaczenie z dowolnego języka nie jest droższe od taksówki (ponad 1 mln dol. dofinansowania);

UniPlaces - serwis dla studentów, który ułatwia znalezienie zakwaterowania na czas studiów (ponad 500 tys. euro).

Jednak około 90 proc. start-upów pada. Może to oznaczać, że z dziesięciu osób, o których pisałam w tym tekście, tylko jedna odniesie sukces. - Nie boicie się, że się nie uda? - pytam moich rozmówców.

Paulina: - Ja bym powiedziała, że to nie strach, tylko uświadomione ryzyko.

- Tutaj mówimy, że porażki są dobre. Pokazują ci, co było nie tak. Chodzi o to, by się otrząsnąć i iść dalej - mówi Carlos.

- Wytrwałość - zgadza się Horacio Melo - to podstawowa cecha startupowca.

- Do StartUp Chile aplikowałam trzy razy - opowiada Paulina. - Jak się nie dostałam za pierwszym razem, pomyślałam: OK, trzeba poprawić projekt. Za drugim: OK, trzeba jeszcze lepiej poprawić projekt. Trzeci raz to już szłam jak na wojnę: No, to ja wam teraz pokażę. Przyjęli mnie.

- Pisałem e-maile do inwestorów. Jak widzisz szóstą odmowę, masz chwilę zwątpienia. Ale i tak wierzysz, że za siódmym razem to będzie ''tak'' - mówi Jared.

Magda: - Jak za pierwszym razem nie wyjdzie, spróbuję drugi, trzeci, 50. Wiem, że w końcu kiedyś mi się uda.

Solidarność innowatorów. I Polka potrafi: ''Założycielka Geek Girls Carrots: dziewczyny w świecie nowych technologii muszą trzymać się razem'' ; ''19-latka z głową pełną pomysłów''

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.