Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

„Polscy żołnierze zabijali migrantów i udzielających im pomocy wolontariuszy. Następnie zakopywali ciała w dołach lub pozostawiali je na rozszarpanie wilkom w przygranicznych lasach. Do wykonywania tych zadań zmuszani byli przez dowódców żołnierze, którzy – w obawie, że zostaną przez kolegów za nieposłuszeństwo żywcem spaleni – bez mrugnięcia okiem, dzień w dzień zabijali co najmniej kilkanaście osób. Krwawego, nieludzkiego reżimu Andrzeja Dudy, dopuszczającego się niehumanitarnego traktowania uchodźców, nie mógł znieść tylko 25-letni Emil Czeczko, który podczas pełnienia służby był świadkiem co najmniej dwóch zabójstw. Żołnierz, narażając życie, zdecydował się przedrzeć przez dzielący Polskę i Białoruś drut kolczasty i poprosić Aleksandra Łukaszenkę o azyl i ratunek".

Taki obrazek wyłania się z opowieści dezertera, który w piątek, zaledwie kilka godzin po ucieczce z jednostki, udzielił wywiadu propagandowej białoruskiej telewizji. Z jego opisu wynika, że metody polskich wojskowych niewiele różnią się od tych, o których uczyliśmy się na lekcjach historii, omawiając np. działania funkcjonariuszy SS. Czeczko wspomina sytuację, której miał być świadkiem, kiedy to polski żołnierz rzekomo zabił strzałem w głowę wolontariusza próbującego udzielić migrantom pomocy. Podobne incydenty miały być dla polskich wojskowych czymś powszechnym. „Jestem tylko jednym z żołnierzy, którego zmuszano, by to [zabijać] robić", tłumaczył w wywiadzie.

Trudno o lepszą pożywkę dla białoruskiej propagandy

W końcu od dawna staje ona na głowie, by nie tyle podreperować wizerunek Aleksandra Łukaszenki, co uderzyć w Polskę. Czeczko występuje w roli polskiego żołnierza, którego działania Polski tak bardzo zmierziły, że zdecydował się na dezercję, i który demonstracyjnie odrywa z munduru polską flagę, deklarując przy tym „spuszczenie jej w kiblu". Wywiad z nim wpasował się w antypolską narrację jak ulał. „Szczere wyznanie szlachetnego" dezertera umożliwiło Łukaszence zadanie ciosu znienawidzonej przez niego Polsce, którą samozwańczy prezydent Białorusi traktuje jako jawnego wroga. A to ze względu na poparcie udzielone liderce białoruskiej opozycji Swiatłanie Cichanouskiej, a także nieskrywany stosunek do jego rządów.

Piątkowe i sobotnie materiały emitowane w państwowej białoruskiej telewizji miały jeden przekaz: Polska jest krajem bezlitosnych hipokrytów, fałszywie zasłaniających się europejskimi, demokratycznymi wartościami, a w rzeczywistości funkcjonujących w reżimie autorytarnym.

Białoruscy propagandyści z zatrwożonymi wyrazami twarzy informowali widzów o zbrodniach popełnionych przez polskie władze, które „nie są już w stanie zakryć umaczanych w krwi po łokcie rąk". W ślad za nimi wątek podjęły też media prokremlowskie, te same obrazki pokazując Rosjanom. W obu krajach propagandyści nie ograniczyli się jednak do powtarzania mało wiarygodnych, choć niewątpliwie mrożących krew w żyłach opowieści Emila Czeczki, który bardzo spokojnie, bez mrugnięcia okiem opowiadał o nich, siedząc nad talerzem wafli i czekoladek z pracownicą reżimowej telewizji. Wszyscy zwrócili uwagę na fakt, z którym – mimo że przywoływany przez siejącą chaos i zamęt propagandówkę w jawnie zmanipulowanych wydaniach wiadomości – trudno polemizować. „Polskie władze nie dopuszczały na granicę mediów", grzmią.

To akurat prawda.

 Gratuluję polskim władzom

Białoruska propaganda z upodobaniem podkreśla, że Andrzej Duda zdecydował się na wprowadzenie stanu wyjątkowego w strefie przygranicznej, bo liczył, że odcinając granicę od reporterów, uda mu się „zamieść to, co się tam dzieje, pod dywan".

Można polemizować, dlaczego prezydent Polski podjął taką decyzję. Jego zwolennicy, często wyraźnie nie do końca zdający sobie sprawę z roli mediów w państwach demokratycznych, nie zwrócili na nią uwagi, inni – tylko jej przyklasnęli.

Nie ulega jednak wątpliwości, że od kilku miesięcy polskie władze celowo uniemożliwiają dziennikarzom swobodną pracę w miejscu i czasie, w których obecność mediów była i jest konieczna. Trudno się dziwić, nie tylko polscy przedstawiciele władz wiedzą o tym, że bez niezależnych mediów łatwiej się działa i rządzi, a niepodporządkowani władzy dziennikarze jedynie przeszkadzają. By nie dopuścić do bezstronnego, niezależnego dokumentowania sytuacji na terenach przygranicznych, wyrażają zgodę na lżenie pracowników mediów, traktowanie ich z nieuzasadnioną brutalnością, a także stosowanie wobec nich przemocy. Alarmowali o tym w połowie listopada fotoreporterzy zatrzymani przez „grupę osób w mundurach Wojska Polskiego" w miejscowości Wiejki. Szef MON Mariusz Błaszczak bez żenady przyznał wtedy, że na podobne zachowanie mundurowych nie tylko przyzwala, ale wręcz je nagradza.

Dzisiaj Mariusz Błaszczak nagród nie przyznaje, ale karze tych, którzy mają być odpowiedzialni za fakt, że w szeregach polskich wojsk znalazł się ktoś taki jak Emil Czeczko. Chłopak zwerbowany, przekupiony i zmanipulowany albo pogubiony i głupi, który – jak się okazuje – ze względu na swój styl życia i swoją przeszłość nigdy nie powinien znaleźć się w jakichkolwiek strukturach siłowych. Jego „świadectwo" o rzekomych działaniach polskich służb poszło w świat. Zdaniem komentatorów na Twitterze nie należy się nim przejmować, nie jest bowiem wiarygodne i trudno w nie uwierzyć, a o tym, że białoruski reżim od dawna wykorzystuje konkretnych ludzi w celu siania dezinformacji i propagandy, wiadomo od dawna.

Rzecz jasna moja „wewnętrzna obywatelka" dobrze tę pobożną logikę komentujących rozumie, ale moja „wewnętrzna dziennikarka" szepcze jednak w takich momentach przekornie: „nikogo, kto mógłby to zweryfikować i temu zaprzeczyć, tam nie było". Polskie władze doprowadziły do sytuacji, w której żadna redakcja nie jest w stanie opublikować materiału w pełni obrazującego, co działo się jesienią w strefie przygranicznej.

Pozostaje mi jedynie pogratulować polskim władzom „świetnej" decyzji o niedopuszczaniu przez wiele tygodni niezależnych dziennikarzy do strefy przygranicznej. Sami na siebie ten bicz ukręciliście. Dzięki temu w białoruskiej państwowej telewizji można teraz posłuchać „świadectwa jedynego szlachetnego Polaka", które składa się z niewiarygodnych i niczym niepotwierdzonych historii, ale też komentarzy zależnych od władzy ekspertów, którzy tłumaczą Białorusinom: „polskie władze nie dopuszczały mediów, bo chciały zamieść sprawę pod dywan". Z tą drugą częścią nie sposób się nie zgodzić.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.