Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Sprawa uchodźców próbujących przekroczyć polsko-białoruską granicę była dla PiS darem z nieba. Ostatnie tygodnie były dla rządzącej partii niepomyślne. Z koalicji odszedł Jarosław Gowin z kilkoma posłami, co sprawiło, że większość, jaką dysponuje w Sejmie rząd, jest krucha. Gowin na odchodne wbił szpilę w "Polski ład" – program, który miał zapewnić PiS-owi wygraną w najbliższych wyborach. Były wicepremier stwierdził, że program będzie katastrofą dla gospodarki i uderzy w klasę średnią – cokolwiek to określenie znaczy. Powiedział też, że finanse państwa są w znacznie gorszej sytuacji, niż twierdzą premier i minister finansów. Nawet jeżeli przedstawia obraz zbyt czarny i celowo wali w PiS, z którym współrządził przez sześć lat, jego słowa mają znaczenie.

Jarosław Kaczyński otworzył zbyt wiele frontów i już się zorientował, że z niektórych będzie musiał dokonać „planowego odwrotu". Zaatakował TVN – największą amerykańską inwestycję w Polsce, nie mając większej szansy na przeprowadzenie ustawy wymierzonej w stację. Zaniepokojeni poczuli się niektórzy zwolennicy PiS, którzy musieli zadać sobie kilka pytań. Dlaczego Polska na własne życzenie konfliktuje się z naszym najważniejszym sojusznikiem? Czy prezes na pewno wie, co robi? Czy Zjednoczona Prawica na pewno jest zjednoczona i zachowała sterowność, skoro Kaczyński coś zapowiada, a prezydent ostentacyjnie to blokuje?

Złe wiadomości przychodzą z Brukseli, która blokuje pieniądze z Funduszu Odbudowy, a dodatkowo zapowiada kary pieniężne za niedostosowanie się do postanowienia TSUE w sprawie Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego. PiS będzie się musiał cofnąć albo ryzykuje utratę unijnych pieniędzy. Wyborcy znów zadają sobie pytanie – po co nam ten konflikt, co chciał osiągnąć Kaczyński, polecając premierowi Morawieckiemu skierowanie do trybunału Julii Przyłębskiej pytania o wyższość polskiego prawa nad unijnym?

Do tego dochodzi inflacja, którą odczuwają wszyscy Polacy, nawet jeżeli polityką się nie interesują. Narodowy Bank Polski, kierowany przez zaufanego człowieka Kaczyńskiego, nie ma pomysłu na opanowanie inflacji, może poza modlitwą. Tymczasem minister Sasin zapowiada kolejne podwyżki cen energii, które mocno odczują uboższe gospodarstwa domowe, w dużej mierze dotychczasowi wyborcy PiS.

Wydarzenia swoje, sondaże swoje

To tylko niektóre plagi, które spadły w ostatnich miesiącach na PiS. Wymieńmy jeszcze przedłużającą się pandemię, z którą rząd słabo sobie radzi, kolejne rewelacje zawarte w wyciekających mailach ministra Dworczyka, sprawę elektrowni Turów i konflikt z Czechami, a także powrót Donalda Tuska do czynnej polityki.

Jeżeli mimo wszystko sondaże pokazują, że PiS wciąż jest najpopularniejszą partią, a według niektórych ma większe poparcie niż łącznie Koalicja Obywatelska, Polska 2050 i PSL, to zawdzięcza to opozycji, która nie potrafi przekonać większości wyborców, że jest poważną alternatywą dla Zjednoczonej Prawicy. Klasycznym tego przykładem jest reakcja na kryzys na polsko-białoruskiej granicy.

Dylemat, z jakim mamy do czynienia, doskonale opisał Piotr Buras na portalu OKO.press. „Za dramatem Afgańczyków na granicy wschodniej stoi fundamentalne dla całej Unii Europejskiej pytanie: jak pogodzić skuteczną kontrolę granic z przestrzeganiem praw człowieka i szacunkiem dla wartości, na jakich zbudowana jest Unia. Skończył się czas, kiedy w Polsce mogliśmy udawać, że pytanie to nas nie dotyczy".

Poważni politycy muszą zatem odpowiedzieć na kilka pytań: jak chronić granice, czego skądinąd wymaga od nas Unia Europejska, przestrzegać praw człowieka i zachować się po ludzku w konkretnych, skrajnych sytuacjach. A to nie wszystko, bo na granicy z Białorusią mamy do czynienia ze zorganizowaną akcją Łukaszenki i Putina, którzy dążą, jeżeli nie do destabilizacji Unii Europejskiej i jej słabych ogniw, takich jak Polska, to w każdym razie chcą wyrządzić jak największe szkody.

Przy okazji – może celowo, może przypadkiem – dwaj dyktatorzy zrobili prezent PiS-owi i kłopot polskiej demokratycznej opozycji. PiS ma bowiem zadanie łatwe – mógł wykazać się sprawczością, twardością, postawić zasieki, wprowadzić stan wyjątkowy. Rząd dysponuje informacjami, do których dostępu nie ma opozycja, więc może przedstawiać własną wersję zagrożeń zza wschodniej granicy, a opozycja może co najwyżej podawać je w wątpliwość.

PiS dostał więc prezent, a opozycja gorący kartofel i, niestety, poradziła sobie z nim najgorzej jak mogła. Donald Tusk szybko zrozumiał, jaką pułapkę zastawia PiS z pomocą Łukaszenki i Putina, i na Twitterze napisał, że granice muszą być chronione. Za to inni politycy opozycji uznali za swoją powinność przede wszystkim zająć się losem grupki Afgańczyków sprowadzonych przez służby Łukaszenki i koczujących pod granicą z naszym krajem. Humanitarne gesty wobec głodnych i zziębniętych są łatwe, bo są oczywiste. Ale nie rozwiązują problemu, jaki Polsce funduje Łukaszenka. Sprawę mocno nagłośniły zarówno media liberalne, jak i prorządowe. Do opinii publicznej dotarł przekaz: opozycja jest za otwartą granicą, przez którą mogą swobodnie przechodzić imigranci, których dostarczać może w dowolnej liczbie Łukaszenka z pomocą Putina.

Część opozycji i liberalnych mediów nie rozumie, że sytuacja jest inna niż w 2015 r., gdy mnóstwo imigrantów dotarło do Unii Europejskiej i Unia proponowała, by pomóc krajom granicznym – Grecji, Włochom i Hiszpanii – rozmieszczając imigrantów w innych krajach członkowskich. Tym razem to Polska jest krajem granicznym i jej obowiązkiem jest powstrzymanie napływu przybyszów spoza Europy, na co naciska zresztą Komisja Europejska. Politycy opozycji, zamiast podejść do problemu poważnie, urządzali happeningi, przez co w oczach dużej części wyborców stali się postaciami niepoważnymi. Franciszek Sterczewski, grając w berka z funkcjonariuszami Straży Granicznej, zyskał rozpoznawalność i dla pewnej grupy wyborców stał się bohaterem. Zapewnił sobie w ten sposób ponowny wybór na posła, niezależnie od tego, z jakiego ugrupowania będzie startował. Jednocześnie pogrążył Koalicję Obywatelską i dodał kilka punktów poparcia PiS-owi, a poza pustymi gestami nie zrobił niczego pożytecznego dla grupy koczujących na granicy Afgańczyków.

Podkreślę raz jeszcze – kryzys na granicy z Białorusią postawił opozycję w sytuacji trudnej, a dla PiS-u był samograjem. Opozycja powinna była poważnie się zastanowić nad swoją reakcją, mówić jednym głosem o zagrożeniach związanych z działaniami władz Białorusi i o tym, że to władze Białorusi uczyniły z imigrantów zakładników w rozgrywce z Unią Europejską. Dopiero po takim jasnym komunikacie można się było starać pomóc koczującym, angażując do tego organizacje pozarządowe, najlepiej we współpracy z Kościołem.

Czego nie powiedzieli Nitras i Grodzki

Siłą PiS-u nie jest intelekt jego przywódców ani nawet zdolności organizacyjne, ale dyscyplina, umiejętność mówienia jednym głosem, unikanie wypowiedzi, które wykorzystać może na swoją korzyść strona przeciwna. To na szczęście nie zawsze się PiS-owi udaje. Tymczasem przedstawiciele opozycji prowadzą grę indywidualną, która nie uwzględnia interesów całego ugrupowania. Politycy uwielbiają barwne wypowiedzi, wiedzą, że będą cytowane przez media. Sławomir Nitras mógł powiedzieć, że przywileje Kościoła są nadmierne, z czym zgodziłaby się większość wierzących. Ale wolał mówić o piłowaniu przywilejów katolików, co było dla mediów rządowych, a także dla biskupów prezentem. Marszałek Senatu Tomasz Grodzki, zamiast podkreślić, że szpitale są słabo wyposażone, a ich rozmieszczenie często nieracjonalne, wolał straszyć likwidacją 90 proc. placówek.

Nitras na krótko stał się bohaterem antyklerykałów i bez trudu zdobędzie mandat w kolejnych wyborach, ale Koalicji Obywatelskiej zaszkodził.

Powrót Donalda Tuska do czynnej polityki pobudził nadzieje na to, że Koalicja Obywatelska, a także cała demokratyczna opozycja zyska silne przywództwo i w rozgrywce z PiS-em przejmie inicjatywę. Ale poza „efektem Tuska", czyli przepływem części wyborców od Hołowni do KO, nic pozytywnego dla opozycji na razie się nie wydarzyło. Donald Tusk nie potrafił określić jasnego i jednolitego dla całej opozycji stanowiska w sprawie wypadków na granicy z Białorusią, nie wykorzystał oczywistych błędów PiS w polityce zagranicznej, nie narzucił w debacie publicznej własnych tematów i własnego języka, nie pokazał, że kieruje ugrupowaniem odpowiedzialnym, zdolnym przejąć władzę, a nie gromadą sympatycznych happenerów. To wszystko źle Polsce wróży. Sondaże pokazują, że PiS ma szanse rządzić po następnych wyborach, jeżeli nie samodzielnie, to w koalicji z jeszcze bardziej populistycznymi ugrupowaniami. To prawdopodobnie oznaczałoby rzeczywisty polexit i ostateczne pożegnanie się z liberalną demokracją w Polsce.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.