Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Ku własnemu zaskoczeniu, od kilku dni towarzyszy mi pogłębiające się uczucie mentalnej duszności spowodowane coraz gęstszymi oparami absurdu i surrealizmu. Wywołuje je reakcja mojego kraju na sytuację na granicy z Białorusią. Zaskoczony jestem o tyle, że absurdów w ostatnich latach nie brakuje – jednak to, co się dzieje obecnie poraża swoistym bezwstydem, amoralnością i ośmieszaniem Polski. Czuję się coraz bardziej zażenowany i zdumiony tym, jak nisko upadliśmy, jak mali i podli ludzie decydują obecnie o polityce naszego państwa. Polityce mającej teraz bardzo konkretne przełożenie na reputację Polski i losy – a być może nawet życie i śmierć – bardzo konkretnych ludzi.

Drut kolczasty staje się nowym symbolem Polski

Dewiza "Za wolność naszą i waszą" brzmi dziś równie szyderczo, jak "Arbeit macht frei". Odbieram to bardzo osobiście – przez lata wiele inicjatyw Fundacji Otwarty Dialog nakierowanych było na pomoc uchodźcom i migrantom ze Wschodu. Mimo biurokratycznych przeszkód, urzędniczej głupoty i politycznej obojętności, byłem dumny z tego, że dla wielu Polska stała się drugim domem. Dziś szyderczo odwraca się do przybyszów plecami.

Grupa 32 (trzydziestu dwóch!) afgańskich uchodźców od dwóch tygodni koczuje na naszej granicy. Straż Graniczna i wojsko przestały dostarczać im wodę i jedzenie, a wszelka napływająca z kraju pomoc (w tym medyczna) jest blokowana. Zgodnie z prawem polskim i międzynarodowym, każdy z nich ma prawo do złożenia wniosku o uchodźstwo, względnie inną formę ochrony. Istnieją procedury, które dokładnie wskazują kryteria i regulują proces ich rozpatrywania – w tym czasie osoby te mają zabezpieczone podstawowe potrzeby życiowe.

Tymczasem wbrew prawu, zasadom humanitaryzmu i elementarnej ludzkiej przyzwoitości, uchodźcy na granicy są siłowo zawracani. Nie mają jednak dokąd pójść – drogę powrotną zagradza wojsko białoruskie. Znajdujący się na miejscu prawnicy i działacze fundacji Ocalenie dokładnie opisują ich sytuację. Tak, jest wielce prawdopodobne, że obecność tej grupy uchodźców jest białoruską prowokacją. Ten argument podnoszą kolejni przedstawiciele polskiego rządu, prężący muskuły w mediach, zapewniając rzekomo trzęsący się ze strachu naród, że nie oddamy "nachodźcom" ani guzika.

Mobilizowane są kolejne siły, a sytuacja uchodźców na granicy urasta do rangi największego od lat wyzwania dla bezpieczeństwa narodowego sporego i względnie zasobnego państwa UE i NATO. Ze złośliwą satysfakcją, w rasistowskim tonie prezentowane są kolejne kilometry drutu kolczastego i zasieków instalowanych na granicy, które mają ochronić nas przed egzystencjalnym nieomal zagrożeniem dla Polski. Czy rządzący nie zdają sobie sprawy z własnej śmieszności? W wyniku połączenia komicznego nieomal absurdu i wiążących się z nim ludzkich tragedii nasza rzeczywistość staje się coraz bardziej groteskowa.

To nie wszystko

Straż Graniczną "wspiera" naczelny polski narodowiec Robert Bąkiewicz i jego świta ze Straży Narodowej. Bronią polskich granic przed wycieńczoną garstką przybyszy. Publiczny meldunek o zabezpieczeniu granicy liderowi Ruchu Narodowego Robertowi Winnickiemu składa wiceszef służb specjalnych Maciej Wąsik.

Przypomnijmy, że dzieje się to w następstwie wycofywania wojsk amerykańskich z Afganistanu i przejmowania kontroli nad tym krajem przez talibów. W tym wypadku nie chodzi o eksportowanie Irakijczyków przez Łukaszenkę, lecz – zapewne – początek naturalnej fali migracyjnej Afgańczyków uciekających przed wojną i terrorem. Cyniczne wykorzystywanie ich tragedii przez białoruskiego dyktatora nie uprawnia nas do zamykania na nią oczu.

Dziś minister edukacji Przemysław Czarnek, naczelny homofob i symbol postępującej faszyzacji życia publicznego w Polsce, z przejęciem deklaruje zapobieżenie gwałtom i zabójstwom kobiet, które rzekomo "dzieją się na potęgę" we Francji i Niemczech. Newsem TVP ilustrującym powagę zagrożenia staje się powalony drewnianą drabinką metr kolczastego ogrodzenia na granicy. Sprawa ma taką rangę, że huknąć o "znajomości sprawców" musi sam minister obrony – Mariusz Błaszczak.

Tymczasem od uchodźców odganiani są działacze organizacji pozarządowych i ratownicy medyczni. W mediach społecznościowych narasta patriotyczne wzmożenie, w trendach na Twitterze pojawia się tag #StopIslam, plenią się stare historie spiskowe o przenoszonych przez uchodźców pasożytach i chorobach zakaźnych oraz strefach szariatu w zachodniej Europie. Rzekomo dawany Łukaszence i Putinowi odpór daje poczucie siły. Silne państwo wreszcie robi, co do niego należy i broni dekadenckiej Europy, która bez nas przekształciłaby się w muzułmański kalifat. Potomkowie husarii nadymają się z dumy i nowo odkrytego poczucia sprawczości.

Założenia, których nie podzielam

W tej sytuacji ostrożni eksperci (m.in. były dyplomata Witold Jurasz oraz były polityk i politolog Marek Migalski) obawiają się, że wezwania do pomocy uchodźcom umożliwią PiS kolejne zwycięstwo wyborcze i wpiszą się w diaboliczne plany Łukaszenki i Putina. Zdania przeciwne piętnowane są jako naiwność i głupota. Bardzo przepraszam – ja tych założeń i przekonań kompletnie nie podzielam. Czy naprawdę największym zmartwieniem przeciętnego Polaka są hipotetyczne gwałty i morderstwa, których mają się dopuścić zabiedzeni Afgańczycy? Czy problem przemocy, w tym seksualnej i domowej w Polsce nie występuje? Czy w tym kraju nie ma poważniejszych problemów? Czy mamy de facto zalegitymizować absurdalną i podłą rządową propagandę, zgodnie z którą uchodźca to nie człowiek potrzebujący solidarności i pomocy, lecz potencjalny rozsiewacz zarazy, postrach kobiet i terrorysta? Czy nie da się wypracować sensownej narracji "prouchodźczej", opartej zarówno na kwestiach moralnych, jak i czysto pragmatycznych? Ostrożni eksperci piętnują pięknoduchostwo i rzekome oderwanie "liberałów" od rzeczywistości. Wskazują również, że państwo musi być silne i nie poddawać się prowokacjom, a decydenci kierować się rozumem – nie emocjami.

Jesteśmy niemal 40-milionowym narodem i rozwiniętym krajem w środku Europy. Ze względu na zagrożenie ze strony putinowskiej Rosji i sytuację na Białorusi stajemy się coraz bardziej państwem frontowym. Destabilizacja sytuacji w Polsce i UE to elementarz wymierzonych w nas działań hybrydowych. Nikt o zdrowych zmysłach tego nie kwestionuje. Nikt nie postuluje likwidacji granic i odstąpienia od sprawdzania uchodźców pod kątem bezpieczeństwa – wbrew sugestiom "realistów" sprowadzających do absurdu głosy o konieczności wpuszczenia ich (choćby czasowego – filtracyjnego i humanitarnego) na terytorium Polski.

Silne państwo nie ośmiesza się jednak demonstracjami siły wobec najsłabszych i towarzyszącym im propagandowym cyrkiem – to budzi jedynie politowanie, a wśród myślących obywateli – zażenowanie.

 Polska powoli wymiera

Jeśli faktycznie mamy do czynienia z potencjalnym (jakimkolwiek) zagrożeniem granic ze strony Białorusi i – być może – nadchodzącym kryzysem migracyjnym, wyślijmy na granice wojsko i specjalistyczny sprzęt. Nie w liczbie tysiąca, lecz – jeśli trzeba – znacznie większej. Politycznie – opracowujmy kolejne sankcje i retorsje – nie tylko wobec Łukaszenki, lecz i Putina, zabiegajmy o to w krajach sąsiedzkich i szerzej – na poziomie UE. Żołnierze na granicy niech strzegą jej bezpieczeństwa, lecz także tworzą obozy przejściowe, w których napływający uchodźcy będą mogli otrzymać podstawową pomoc i zostać poddani odpowiedniej weryfikacji. A na początek warto zacząć od wykorzystania istniejących już ośrodków.

Uprośćmy i usprawnijmy procedury związane z rozpatrywaniem wniosków o ochronę. Opracujmy programy wsparcia i integracji przybyszów – i przyznawajmy je tym, którzy ich potrzebują. Róbmy to we współpracy z organizacjami wspierającymi uchodźców i imigrantów. Zaprośmy przedstawicieli innych państw, by korzystali z naszych doświadczeń. I nie instalujmy drutu, który przewrócić może każdy głupi. Nasza demografia, rynek pracy i szeroko pojęta gospodarka tylko na nowych mieszkańcach naszego kraju skorzystają.

Czas uświadomić sobie, że Polska powoli wymiera, polityka prorodzinna nie przynosi efektów, a pracodawcy – w wielu sektorach gospodarki – dramatycznie potrzebują rąk do pracy. Każda wypracowana i wydana w tym kraju złotówka jest ekonomiczną wartością. Wypracujmy wreszcie sensowną politykę migracyjną. Liberalną, inkluzywną, lecz rozsądną – od czegoś mamy w końcu administrację, policję i dwupłciowych tajniaków. Są nowoczesne technologie. Podejdźmy do tematu na poważnie, zadbajmy o nasz wizerunek, działajmy przyszłościowo, budujmy polskie soft power w nawiązaniu do historycznych wzorców wielokulturowego kraju wolności i tolerancji.

Obalmy zasieki

Tak, wiem, że najpierw musimy zmienić władze. Ale czy taki kierunek myślenia naprawdę jest utopijny? Czy taki wysiłek organizacyjny naprawdę nas przerasta? Koncepcyjnie, prawnie, finansowo, logistycznie?

Gdy w 2017 roku wraz z Fundacją Otwarty Dialog staliśmy się obiektem nagonki rządowej propagandy, pleniły się kolejne historie spiskowe o naszych tajemniczych mocodawcach, demonicznych powiązaniach i agenturalnych związkach. Zaczęto wtedy wyzywać mnie między innymi od "Ukraińców". Od tego czasu hejt i groźby towarzyszą mi nieustannie. Dziś, dzięki takim ludziom jak ministrowie Piotr Gliński, Maciej Wąsik, Przemysław Czarnek i Tomasz Rzymkowski wyzywają mnie od "uchodźców".

A realni uchodźcy – przepraszam za sformułowanie – gniją na naszej granicy już 14. dzień.

Czy pozwolimy o tym decydować Wąsikom i Bąkiewczom? Czy to się dzieje w naszym imieniu? Pojedźmy tam i symbolicznie przewróćmy – jak proponuje twórca Obywateli RP Paweł Kasprzak – te zasieki. Zaprotestujmy – czynnie i zdecydowanie, w duchu obywatelskiego nieposłuszeństwa. Barierki są tylko w głowach.

Autor jest aktywistą Fundacji Otwarty Dialog.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.